Nowy numer 43/2020 Archiwum

Trzy pokolenia dla Ojczyzny

- Każdy z nas wyjmował w tym czerwonym murze jakąś drobinkę i ta masa działaczy spowodowała, że on po prostu pod swoim ciężarem runął - mówi dawny opozycjonista Krzysztof Nowakowski z Płocka, jeden z oznaczonych Krzyżem Wolności i Solidarności w 40-lecie NSZZ "Solidarność".

To już trzy pokolenia w tej związanej z Płockiem rodzinie, zasłużone w walce o wolną Polskę.

Tuż przed 76. rocznicą wybuchu powstania warszawskiego, 30 lipca w Parku Wolności Muzeum Powstania Warszawskiego, z rąk prezydenta RP Andrzeja Dudy Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski odebrała mama Krzysztofa Nowakowskiego, Katarzyna Nowakowska z d. Rabińska ps. Kasia, sanitariuszka i łączniczka 3 Batalionu Pancernego Armii Krajowej "Golski" w Powstaniu Warszawskim.

- To była dla mamy duża radość i wielkie przeżycie - mówi jej syn. - Rokrocznie jeździłem z mamą do Warszawy na uroczystości rocznicowe, ale jakoś nigdy nie zabieraliśmy moich wnuków, a mamy prawnuków. Jednak w tym roku mama postawiła sobie za cel, żeby pojechać razem z nimi, tym bardziej, że miała otrzymać tak wysokie odznaczenie. Widać było, że dzieci też to bardzo przeżywały, bo patrzyły z wielkim zaciekawieniem - mówi Krzysztof Nowakowski, który miesiąc później sam znalazł się w gronie dawnych działaczy opozycji antykomunistycznej odznaczonych Krzyżem Wolności i Solidarności. A wyróżnienie go cieszy go tym bardziej, że ów krzyż nawiązuje do przedwojennego Krzyża Niepodległości, który jako jedno z wielu odznaczeń (w tym Virtuti Militari) otrzymał jego dziadek, Stanisław Rabiński, legionista, oficer kawalerii.

Trzy pokolenia dla Ojczyzny   Katarzyna Nowakowska ps. Kasia odebrała z rąk Prezydenta RP Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski Archiwum Rodziny Nowakowskich

Krzysztof Nowakowski był jedną z 24 osób, zasłużonych działaczy opozycji antykomunistycznej z lat 1956-1989, którzy otrzymali Krzyż Wolności i Solidarności podczas stołecznych obchodów 40-lecia powstania NSZZ "Solidarność".

- Każdy z nas wyjmował w tym czerwonym murze jakąś drobinkę i ta masa działaczy spowodowała, że on po prostu pod swoim ciężarem runął. Nie myśleliśmy o przyszłym splendorze, tym bardziej, że nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Z autopsji mogę powiedzieć, że człowiek podejmując się działalności opozycyjnej w tym czasie, podejmował ryzyko. To nie było tajemnicą. A jednak miało się świadomość przyjętego zobowiązania - mówi dziś Krzysztof Nowakowski, który jak młody i świeżo upieczony pracownik Państwowego Przedsiębiorstwa Gospodarki Rolnej w podpłockich Górach współtworzył w sierpniu ’80 strukturę związkową w zakładzie.

- To był wówczas pokazowy PGR. Towarzysze partyjni przyjeżdżali z centrali, by zobaczyć, jak "pięknie" to wygląda. Oczywiście, to była gigantomania, bo realizowane inwestycje były wystarczające w już jednej trzeciej na potrzeby i możliwości tegoż zakładu. Budowało się m.in. pomnik PRL-u na Radziwiu, który stoi do dzisiaj - mleczarnię, budynek o olbrzymiej kubaturze. Wiedziałem, że zaplecze jest nieadekwatne do możliwości produkcyjnych tegoż zakładu. Powstały też trzy olbrzymie studnie głębinowe na podpłockich łąkach, o czym mało kto teraz wie. Koszt jednej był równowartością dzisiejszego jednego miliona złotych. Jedna taka studnia by wystarczyła. Ostatecznie studnie nigdy nie zostały użyte - wspomina Krzysztof Nowakowski, który w czasie początków "karnawału Solidarności" został w zakładzie wiceprzewodniczącym tworzącego związku; przy czym dostał największą liczbę głosów w wyborach.

- Ludzie pomału zgłaszali swoje problemy, a człowiek starał się wypełniać swoje obowiązku statutowe. Załoga liczyła około 120 osób, z czego 80 proc. to byli członkowie partii. Ja organizowałem wiele spotkań z ciekawymi ludźmi. Po którymś kolejnym spotkaniu, w sierpniu 80 r., podczas porannej narady przyszła pani sekretarz partii i powiedziała, ze dzisiaj zbieramy składki na partię. Na co jeden z panów w niewybrednych słowach zakomunikował, że woli kupić sobie za to wino. Członkowie załogi zaczęli wrzucać swoje legitymacje partyjne do kosza ćwiartkowego, który podlano ropą i podpalono. Później bezpieka przypisała mi to, że ja byłem inicjatorem tego zajścia, ale to było nieprawda. Natomiast, najpoważniejszy zarzut, jaki mi postawiła bezpieka, i z tym się zgadzam, jest taki, że rozbiłem podstawową komórkę partyjną. I rzeczywiście tak było, bo w gronie partyjnych został tylko sekretarz i parę osób - opowiada dawny opozycjonista.

Jaka była cena oporu wobec ówczesnej władzy? Krzysztof Nowakowski wspomina dalej, że mając na utrzymaniu dwoje małych dzieci i żonę, która była na bezpłatnym urlopie macierzyńskim, został usunięty z pracy. - Któregoś dnia żona poszła odebrać mleko dla dzieci w ramach deputatu, który nam przysługiwał, i w mleczarni usłyszała o mnie: "to przez takich "s…" mamy stan wojenny". A ja w tym czasie byłem już po wielu przesłuchaniach. Kiedy usunięto mnie wraz z kolegą, przewodniczącym związku, z przedsiębiorstwa, przez 4 lata walczyłem o przywrócenie do zakładu pracy na to stanowisko. Miałem 27 spraw sądowych, w tym sprawę w sądzie najwyższym, a była to rewizja nadzwyczajna Prokuratora Generalnego od prawomocnego wyroku Warszawskiego Sądu Okręgowego, który przywracał mnie do pracy na to stanowisko. Ten wyrok został utrzymany, ale to nie znaczy, że powróciłem fizycznie do pracy. Pierwotnie przyjęto mnie do zakładu, ale pan dyrektor stwierdził, że ma jedyne wolne stanowisko dozorcy, do zamiatania i odśnieżania podwórza. To była taka zasada, by upokorzyć człowieka - wspomina płocczanin, opozycjonista sierpnia ’80.

W odpowiedzi na pismo od dyrektora napisał, zgodnie z prawdą, że nie wstydzi się i nie unika pracy fizycznej, lecz z uwagi na problemy zdrowotne, schorzenia kręgosłupa nie może się podjąć takiej pracy. Ostatecznie nie tylko nie został przywrócony do pracy, ale jeszcze otrzymał zakaz wstępu na teren zakładu, by nie mógł kontaktować się z załogą. Wraz z żoną i dziećmi musiał też opuścić mieszkanie zakładowe w podpłockich Górach, z powodu nałożonego czynszu represyjnego, którego nie był w stanie opłacić.

Jednocześnie, jak przyznaje Krzysztof Nowakowski, był to czas spotkania wspaniałych ludzi ze środowiska płockiego, i doświadczenia bezinteresownej pomocy. - Usunięci z mieszkania służbowego, wróciliśmy wtedy do moich rodziców. Któregoś popołudnia dzwonek do bramy. Stoi dwóch panów. Nie znam ich. Myślę, że pewnie znów bezpieka przyszła mnie nękać. A oni przedstawili się, że są prawnikami z Komitetu Pomocy Osobom Represjonowanym. To byli mecenasi: Włodzimierz Szafrański i Grzegorz Falkowski. Powiedzieli mi o rzeczach, które ich uwiarygodniały. Zadeklarowali pomoc prawną, między innymi w takich kwestiach, jak postępować wobec bezpieki, na jakie wezwania reagować, na jakie nie, co mówić, czego nie mówić. Dzięki temu czułem się pewniej. Oni pomagali mi występować przed sądami. Chociaż musiałem być tam sam, to oni mi przygotowywali wszystkie pisma procesowe. Czułem przede wszystkim ich wsparcie moralne i przyjacielskie. Warto przypomnieć, że ich praca była non profit - mówi Krzysztof Nowakowski, Kawaler Krzyża Wolności i Solidarności.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama