Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ogień księdza Mroczkowskiego

Był księdzem, uczonym, duszpasterzem i społecznikiem. Łatwo było go spotkać w kościele, na ulicy, na różnych wydarzeniach czy w radiu. Taki ksiądz na wyciągnięcie ręki – aby dać mądrą radę, wysłuchać i wspólnie się pomodlić.

Ksiądz prof. Ireneusz Mroczkowski odszedł nagle 17 sierpnia w wieku niespełna 71 lat. Aż trudno pozbierać myśli i pisać o nim w czasie przeszłym. Bo odszedł ktoś wyjątkowy, powszechnie znany, lubiany i ceniony. Odszedł kapłan niepospolity: o nieprzeciętnych walorach umysłu, ale i serca.

Ksiądz serca niespokojnego

U niego wszystko brało się z pasji życia prawdziwym kapłaństwem. Dobrze znał nasze i swoje, księżowskie, słabości, grzechy, porażki. Ale nie znosił, gdy nie było w nas wyobraźni, walki i właśnie pasji, gdy zgadzaliśmy się na płaskość, przeciętność, bylejakość, obrastanie w tłuszcz. W czasie studiów na KUL odbywały się co rok spotkania wigilijne dla uczących się tam księży i świeckich z naszej diecezji. Pewnego razu podczas takiego spotkania wypadło mu mówić homilię. Dominantą Ewangelii były w tym dniu słowa Jezusa: „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął”.

Nie zapomnę, jak zakończył swoją homilię: „Jezu, który przyszedłeś ogień rzucić na ziemię, uczyń serca nasze według serca Twego”. Nie: „Jezu, cichy i pokornego serca...”, ale właśnie tak. Często też powtarzał strofę z „Przesłania Pana Cogito” Zbigniewa Herberta: „czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź/ dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę/ (...) Bądź wierny Idź”. Część tej strofy wypisał już w 1974 r. na swoim obrazku prymicyjnym. A nie jest to przecież żaden nabożny cytat. Do tego zaczerpnięty z Herberta, niegłaskanego wtedy ani przez cenzurę, ani przez władze. Widać od początku uważał, że prawdziwy kapłan, o którego tak zmagał się w sobie i w nas, musi mieć coś z poety, umieć, jak pisywał Hei- degger, poetycko przejść przez ziemię. Wzruszyło mnie, gdy na pogrzebie swojego kursowego kolegi ks. Eugeniusza Klonowskiego – nie bojąc się podejrzenia o brak oryginalności – analizował strofa po strofie wiersz ks. Twardowskiego: „własnego kapłaństwa się wstydzę/ własnego kapłaństwa się lękam/ i przed kapłaństwem w proch padam/ i przed kapłaństwem klękam”.

Gdzie tam Gieniowi było do poezji? A jednak wyczuł w tym swoim kursowym koledze z Lucienia k. Gostynina jej nutkę... To, że mieszkając latami w prostej wiejskiej chałupie, wybudował właśnie w Lucieniu niezwykłej urody kościół „à la Corbusier”. I tę nutkę poezji w życiu kolegi odkrywając, takie właśnie niezapomniane kazanie nad jego trumną powiedział. A wcześniej wiele tygodni czuwał przy jego łóżku w hospicjum, gdy ks. Eugeniusz nie dawał znaków świadomości. Czytał mu na głos brewiarz, psalm po psalmie, w nadziei, że usłyszy, że słyszy...

Aż do granic wrażliwości

Oczywiście był dobrym naukowcem – moralistą, etykiem, specem od spowiednictwa i kierownikiem dużego seminarium naukowego. We wszystkich tych dziedzinach chodził po pograniczu, trudnym pograniczu z katolicką nauką społeczną, z psychologią, z medycyną, z poezją właśnie. Szukał odpowiedzi, jak wiara i etos weryfikują się w nauce, a nauka znajduje swoje spełnienie w wierze i etosie. Szkoda, że nie dokończy już swojej książki o sumieniu, nad którą ostatnio pracował. Ma jednak rację ks. prof. Wojciech Góralski – a on się na tym zna jak mało kto – nie to nadawało rys kapłaństwu ks. Ireneusza. Tym rysem było czucie Ewangelii w życiu i czucie życia w Ewangelii. Ksiądz musi to potrafić – chwytać kształt, zapach Ewangelii w życiu.

To się nazywa wrażliwość. Wrażliwość płynąca z wizji moralności pojętej jako naśladowanie Chrystusa w jego Dobrej Nowinie, w pochylaniu się nad ludzkimi biedami, nad brakami w komunikacji. Wiedział, że kapłańskim antidotum na niewiarę szerzącą się w świecie, na pustoszejące seminaria jest nasze kapłańskie bycie z... I to bycie z ludźmi było dla niego najważniejsze. Tego chciał jako rektor nauczyć przyszłych księży, swoich studentów – kleryków. Umiał jak mało kto nawiązywać kontakt, rozmawiać, zwyczajnie i porywająco: z biskupem i z ateistą, z pielęgniarką i z chorym na raka, z siostrą pasjonistką i z panią z kuchni, z mariawitą i z dzieckiem. Opowiadała mi kiedyś znajoma: „Wie ksiądz, moja Ania bardzo boi się spowiedzi. Wczoraj była u spowiedzi u ks. Mroczkowskiego (Ania miała wtedy 9 lat). Pierwsze pytanie spowiednika brzmiało: »Jak masz na imię?«. »Ania«. »Aniu, a masz kotka albo pieska?«. »Kotka«. »Jak ma na imię kotek?«. »Tak i tak«. Potem było o grzechach Ani, a potem pokuta”.

Ania wróciła zachwycona. I już nigdy się nie bała. Pewnie nie pamiętał tej spowiedzi, były ich przecież tysiące... Ale to w konfesjonale zostawiał wyraźny ślad, Bożą pieczęć na sercach. Mówił, że to nasza najważniejsza kapłańska robota. Że polski kapłan przetrwa, jeśli wytrwa w konfesjonale... Zastanawiające, ale on, człowiek wielkiej wiary, znakomicie rozumiał istotę wątpienia. Głęboko o nim mówił. Dialogował z poszukującymi, agnostykami, niewierzącymi. A jednocześnie zawsze bolał nad niewiarą, obojętnością, odchodzeniem od Boga. Pamiętam, jak opowiadał, że gdy był w wojsku, martwiło go, że ci od Jaruzelskiego tymi swoimi argumentami, indoktrynacją mogą wygrać, mogą naprawdę przekonać ludzi, że wiara nie ma sensu, że sens jest tylko w materii, w światopoglądzie naukowym, a nie w staroświeckim Kościele. W ostatnich miesiącach znowu parę razy słyszałem od niego: „Wiesz, ilu Szwedów wierzy? 7 procent! A z naszą młodzieżą jest niewiele lepiej” – dodawał. I bolał nad pustoszejącymi seminariami, chuchał i dmuchał na każde powołanie.

Dzielić się sobą

Przyszedł czas, że dopadły nas choroby. Jego – w 2006 r. bardzo groźny rak. Jak niezwykle potrafił włączyć to doświadczenie w duszpasterstwo! Zaczął organizować rekolekcje dla chorych onkologicznie w katedrze, odwiedzać w domach, spowiadać, pocieszać. Wiedział, że nie potrzeba wielkich słów, że wystarczą małe, proste, dobre, by ludzie odnajdywali pokój, ciszę, pogodzenie. Nie pamiętam, czy właśnie wtedy, czy już wcześniej zaczęło się jego wędrowanie do sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Ile razy tam był, modlił się koronką, spowiadał, przemawiał! Zawierzał siebie. Zawierzał tamtych ludzi, prostych, zatroskanych o los, o zdrowie, o pracę, o dzieci. Był pośród nich. Chciał być.

Tak jak był na nocnych pielgrzymkach do Obór czy pieszej płockiej pielgrzymce do Skępego. Tak jak do końca trwał przy ks. Piotrze Błońskim, umierającym na raka w pierwszym roku kapłaństwa, a potem starał się o zebranie świadectw jego świętości. Bo taki ma być autentyczny ksiądz – ma ufać Bożemu miłosierdziu. Dzielić się nim. Dzielić się sobą, swoim czasem, prostym słowem. Już całkiem na koniec – pamiętam, jak jeszcze niedawno wspominał: „Gdyby ktoś wtedy, przed operacją, powiedział mi, że będę żył 5 lat, przyjąłbym to w ciemno”. Żył 14. A nam się wciąż zdaje, że za mało. Że za szybko. Że to niemożliwe.


Dekalog chorych na raka wg ks. Mroczkowskiego

1. Pamiętaj o życiu w całym jego biologicznym, psychicznym i duchowym bogactwie.

2. Dziękuj za każdy dzień, który jest darem.

3. W miarę możliwości nie przerywaj swojej aktywności zawodowej.

4. Wpisuj dni twego tygodnia w tajemnice Różańca: radosne, chwalebne, bolesne i światła.

5. Myśl serdecznie o wszystkich, których spotkałeś na korytarzach i salach szpitalnych. Przypominaj sobie twarze dzieci, ludzi młodych i lekarzy.

6. Regularnie przystępuj do sakramentu namaszczenia chorych.

7. Codziennie módl się o siły ducha na trudne chwile, także te ostatnie.

8. Spotykaj się z ludźmi. Patrz na nich jako na osobowe znaki Bożego miłosierdzia.

9. Módl się za naukowców, którzy szukają lekarstwa przeciw twojej chorobie.

10. Nie opowiadaj o swoich przeżyciach, kiedy cię nie proszą, ale nigdy nie ukrywaj swojej choroby. Nie unikaj świadczenia o działaniu Boga w twojej chorobie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama