Nowy numer 42/2019 Archiwum

Bóg tworzy najlepsze wiersze, a my?

– Jak mogłem o tym nie napisać... Trzeba! – mówi Lech Franczak, kartkując swój nowy tomik „Trojanie idą do nieba”.

Pierwszy pomysł na tytuł książki wydanej z myślą o upamiętnieniu 100. rocznicy odzyskania niepodległości brzmiał: „Patrioci słońca”. A jednak zwyciężył motyw Trojan, bardziej wyrazisty, niosący wiele skojarzeń. Autor widzi w nich przede wszystkim symbol niezłomnego oporu przeciwko najeźdźcom. – Ta walka Trojan przedłuża się do naszych czasów. Wracaliśmy do tego symbolu także w Solidarności – mówi.

Każdy wiersz opatrzony jest mottem. To fragmenty z wielu źródeł, od Pisma Świętego począwszy, przez starożytnych myślicieli i dramaturgów, poezję wielkich: Norwida, Herberta i Miłosza, słowa marsz. Piłsudskiego, po teksty Jana Pawła II czy kard. Wyszyńskiego. Wiele mówią o obszarze zainteresowań autora. Motta te coś dopowiadają, a czasem wchodzą w dyskusję z wierszami. A są tu utwory urzekająco liryczne, jak „Powitanie zimy”, są wiersze – apele o pamięć i prawdę historyczną, są swoiste poetyzowane biografie „nieśmiertelnych, którzy nie narodzili się na śmierć”. Lech Franczak pisze o bohaterach nie dlatego, że musi, że tak wypada, że oto trzeba wydać kolejny zbiór, a rocznica ku temu odpowiednia... On jest świadkiem, on historią żyje, ma osobisty, emocjonalny stosunek do każdej z postaci.

Rodzinna gleba

To już 23. tomik wierszy mieszkańca Płocka (rocznik ’39), znanego zarówno jako znakomity nauczyciel wychowania fizycznego, działacz sportowy, świetny trener sportowców – medalistów w badmintonie i piłce ręcznej, jak i członek Związku Literatów Polskich i poeta uhonorowany niejednym laurem. Sport, tężyzna fizyczna i poezja to dwa nurty jego życia. Te dwie miłości wyniósł z domu, ze środowiska rodzinnego, najpierw na Wołyniu, gdzie krótkie szczęśliwe lata dzieciństwa przerwała rzeź, jaką zgotowali ukraińscy nacjonaliści Polakom zamieszkującym tę część Kresów. Uratował się z rodzicami – byli nielicznymi ocalonymi spośród mieszkańców niewielkiego Górowa. Ojciec, jak wspomina pan Lech, najpierw służył w Ostrogu na Wołyniu, gnieździe rodowym książąt Ostrogskich, i był znakomitym kawalerzystą. Brał udział w pogrzebie Piłsudskiego, którego podziwiał. Matka, której pan Lech także poświęcił oddzielny wiersz, miała piękny głos. Śpiewała w chórze w Zabłodźcach, który prowadził organista Łebkowski, zamordowany później przez UPA. – Mama mówiła mi, że Bóg pisze najlepsze wiersze. Powtarzała, że trzeba słuchać homilii, czytać Biblię – wspomina autor. Mówi też, że zawsze była z nimi religia, bo na Wołyniu ludzie zbierali się w kościołach, kochali chodzić na Msze. To dlatego rozpoczyna swój tomik od wiersza „Znaki niezwyciężone”, poświęconego chrztowi. – To dla mnie niezwykle ważny wiersz. Wszyscy Polacy na Wołyniu byli ochrzczeni. Ale ten chrzest osobisty wiąże się też ze chrztem całego narodu – wyjaśnia.

Piękni nieśmiertelni

Na okładce zbioru widnieją katedra płocka, łańcuchy i płoccy biskupi męczennicy – Nowowiejski i Wetmański. Są jednymi z wielu „Trojan” tu sportretowanych. – Wybrałem tych bohaterów, którzy duchowo są mi najbardziej bliscy, a zasłużyli się Polsce – mówi autor. W jego poetyckim panteonie pojawiają się sportowcy, którzy byli bohaterami w mundurach, albo żołnierze, którzy w krótkim czasie pokoju byli sportowcami. Jest i Halina Konopacka, która zdobyła złoty medal na igrzyskach w Amsterdamie w 1928 r., a we wrześniu 1939 r. wraz z mężem płk. Ignacym Matuszewskim uczestniczyła w brawurowej akcji wywozu polskiego złota na Zachód. Jest Kazimierz Wierzyński – poeta, ale i redaktor „Przeglądu Sportowego” oraz żołnierz; rodzeństwo: Helena i Stanisław Marusarzowie z Podhala, Bronek Czech, który nie chciał trenować niemieckich sportowców, i major Dobrzański „Hubal”, olimpijczyk z Amsterdamu. Są ludzie silni i piękni młodością, jak Poznańska Piątka, czyli pięciu wychowanków Oratorium ks. Bosko zamordowanych przez gestapo, czy Danuta Siedzikówna „Inka”. Są mali herosi: orlęta lwowskie i płockie, warszawskie i przemyskie. Są ofiary zbrodni katyńskiej. Są święci i błogosławieni, jak Edyta Stein i ks. Jerzy Popiełuszko, o. Maksymilian Kolbe. – Nie mogłem o nich nie napisać – powtarza Lech Franczak, kartkując książkę i zatrzymując się przy każdym bohaterze. Wydarzenia na Wołyniu w 1943 r. to wątek, do którego autor wraca często, także i w tym zbiorze. Pisze m.in. o bohaterskim oficerze Zygmuncie Rumlu, który był obiecującym poetą, a jako jeden z delegatów rządu RP na rozmowy z UPA został okrutnie zamordowany (rozerwano go końmi). Swoją poezją woła wręcz o przywracanie prawdy historycznej i sprawiedliwości bohaterom. O to, by czystki etniczne na Wołyniu nazwano ludobójstwem. By nie czczono tych, którzy byli inżynierami tamtej rzezi. „Każdy, kto milczy wobec zła, rozzuchwala je” – pisze Lech Franczak w wierszu „Moja Matka”. A w wierszu o Edycie Stein i jej siostrze Róży przypomina, że „zamordowano je w Auschwitz w gazowej kaźni niemieckiego obozu zagłady”. Nie „nazistowskiego”. Bo tak, jak nie ma poezji bez wiary, mówi, tak też nie ma poezji bez prawdy. – To zawsze mi przyświecało – podkreśla

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL