Nowy numer 49/2022 Archiwum

Ludzie utkani z relacji

Kiedyś, między jesienną a zimową porą, pośród gwaru spotkań niczym wieczorna mgła snuły się gawędy ludzi, którzy chociaż nie posiadali zbyt wiele, zawsze znaleźli dla siebie czas – dzisiaj towar deficytowy.

Każda pora roku, szczególnie na wsi, miała swój charakter i obyczaje. Jesień może się dzisiaj kojarzyć z błogimi wieczorami przy dobrym filmie lub książce. A dawniej na dźwięk tego słowa wszystko zwalniało bieg. Po żniwach i wytężonej pracy na roli przychodził czas, który sprzyjał pielęgnowaniu relacji międzyludzkich. Czas – słowo klucz, bez którego nie sposób zrozumieć, jak dawniej funkcjonowała taka społeczność. I nie chodzi o to, czy kiedyś pracy było mniej, czy wręcz przeciwnie. Chodzi o pojęcie czasu rozumianego jako uwaga poświęcona drugiemu. Szczególnie temu, który żył tuż obok.

Wydeptane ścieżki

Z wiekiem w ludziach coraz silniej dochodzi do głosu nostalgia za tym, „co było kiedyś”. Za czym więc tak tęskno naszym babciom, naszym rodzicom teraz, kiedy poranki robią się rześkie, a słońce coraz częściej przysłaniają ponure chmury? Za wsią, gdzie pomiędzy babim latem a wieczorną mgłą snuło się opowieści, gawędy. Gdzie kobiety zbierały się przy szatkowaniu i kiszeniu kapusty, przy krosnach czy darciu pierza, a panowie dyskutowali o plonach i grali w karty. Jeszcze do niedawna w pocie czoła pracowali, rzecz jasna wspólnie, aby zebrać zboże, a jesienią – także razem przygotowywali się do zimy i nabierali sił. W tym wszystkim lubili sobie towarzyszyć, dyskutować – i to wcale nie o polityce.

– Za naszych czasów nie rozmawiało się o polityce. To nie wchodziło w grę, chyba że w bardzo wąskim gronie. Zresztą nikt jeszcze nie myślał, że komuna upadnie, więc każdy się bał. Ludzie wtedy interesowali się sobą. Rozmawiali o życiu, o rodzinie, o sąsiadach, opowiadali dowcipy, śpiewali przyśpiewki. Grało się w warcaby i w karty, w tysiąca albo tzw. szuby 66 – mówi pan Zdzisław, jeden z artystów męskiego zespołu wokalnego Melodia, który działa przy Gminnym Ośrodku Kultury w Opinogórze. Razem z kolegami Władysławem, dwoma Mieczysławami, Stanisławem i Wojciechem poprzez wspólne śpiewanie starają się ocalić od zapomnienia utwory minionych lat. Ich repertuar jest różnorodny, od pieśni biesiadnych, ludowych po patriotyczne, ale najwięcej o miłości, bo – jak przyznają – ona jest najważniejsza. Akcentują też fakt, że dawniej ludzie bardziej potrafili cieszyć się życiem, chociaż niewiele posiadali. – Co tu dużo mówić, teraz ludziom żyje się lepiej, ale nie są dla siebie tak życzliwi jak kiedyś. Jeśli trzeba było pomóc, to nie było z tym najmniejszego problemu. Dzielili się tym, co mieli, nikt nie odmawiał. Po 15, 20 km jechali do siebie, bo był np. odpust w parafii, imieniny. A teraz są szybkie samochody, odpusty na niedzielę się przekłada, a gości nie widać – mówi pan Mieczysław.

Telefony, tablety, telewizja i wysokie płoty przydomowych ogrodzeń przysłaniają nam niekiedy innego człowieka. – Nie było mowy, żeby jeden do drugiego nie przyszedł. Przy każdym domu była ścieżka wydeptana. Teraz ścieżki do sąsiadów pozarastały – kwituje pan Zdzisław.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy