Nowy numer 39/2022 Archiwum

Pół roku na obczyźnie

Czy Ukraińcy, którzy uciekli do Polski przed wojną i znaleźli tutaj pomoc, m.in. w Płocku, żyją jeszcze nadzieją?

Mija pół roku, odkąd wybuchła wojna w Ukrainie. Gdy się zaczynał ten dramat, w jednej z pierwszych grup uchodźców zza wschodniej granicy były kobiety z dziećmi, które zatrzymały się u płockich mariawitów.

Były przerażone tym, co się stało, przejęte o mężów i ojców, którzy pozostali w Ukrainie, aby walczyć. Jedna z nich trzymała obok siebie walizkę i w ogóle nie chciała jej rozpakować, bo powtarzała, że „przecież za kilka dni wojna się skończy” i najwyżej za tydzień wróci do domu. Tymczasem mija szósty miesiąc… Co się stało z tamtymi nadziejami i jakiej pomocy teraz potrzebują nasi pobratymcy?

Żeby żyć, trzeba się śmiać… nawet przez łzy

Od kilku miesięcy mieszkają w Płocku Luba Komar, jej córka Irina i wnuczka – 3,5-letnia Julianna. Przyjechały z Berdyczowa. Swój drugi dom znalazły w płockim Caritas, gdzie zwłaszcza Irina udziela się w Centrum Pomocy Migrantom i Uchodźcom. Ukraińcy mogą liczyć tam m.in. na pomoc w załatwianiu spraw urzędowych związanych z pobytem na terytorium Polski (w tym nadawanie numeru PESEL), na pomoc w zakresie świadczeń rodzinnych, załatwianie spraw w placówkach oświatowych i medycznych, tłumaczenie dokumentów z polskiego na ukraiński i odwrotnie oraz wszelką pomoc w organizacji spraw codziennych, dotyczących pobytu w Polsce. W tych właśnie sprawach służy im pomocą m.in. Irina. Jak mówi, zdarza się, że w ciągu dnia przychodzi po radę i pomoc nawet do 20 osób. To tylko pokazuje, jak bardzo potrzeba polsko-ukraińskiej współpracy. Jest o tym również przekonana Małgorzata Przemyłska, koordynator centrum pomocy. – Nie tylko Ukraińcy się uczą, ale i ja – słuchając ich rozmów w biurze, zaczynam mówić w ich języku. Te dzielne kobiety z Ukrainy nie od razu uciekały do Polski przed wojną. Pani Luba, już jako emerytowana przedszkolanka, skończywszy przed kilkoma laty kurs rehabilitacji i opieki nad zabytkami, była m.in. kustoszem w muzeum Ławry Peczerskiej w Kijowie. Z córką i wnuczką mieszkały od pewnego czasu w stolicy, a jej syn był wykładowcą na Uniwersytecie Kijowskim. Wybuchła wojna. Na początku liczyły, że wszystko szybko się skończy, ale gdy rosyjskie bomby zaczęły spadać na domy, a zwłaszcza gdy pewnego dnia 13 razy ogłaszano alarm przeciwbombowy i non stop wyły syreny, gdy zobaczyły ogrom zniszczeń i ludzkich tragedii i gdy usłyszały o rosyjskich zbrodniach w Buczy, postanowiły w kwietniu wyjechać do Polski. – Wszystko dla nas zostało przerwane, i to bezpowrotnie: praca, szkoła, znajomości. I już nie wróci to, co było przed wojną. Gdy wyjeżdżałyśmy, to przez trzy dni płakałyśmy, ale teraz, żeby normalnie żyć, trzeba się też śmiać, nawet przez łzy – mówi pani Luba. W czasie rozmowy jej wnuczka jest zajęta malowaniem. Jej rysunek jest pogodny: świeci na nim słońce, jest drzewo i domek, a obok szeroko uśmiechająca się dziewczynka. – To ja! – mówi rezolutna 3,5-latka. – Teraz już jest dobrze, ale jeszcze kilka tygodni temu przejeżdżający samochód na sygnale albo odgłos przelatującego helikoptera budziły w niej ogromne zaniepokojenie – dodaje mama Irina.

Pomoc od Boga i dobrych ludzi

Centrum Pomocy Migrantom i Uchodźcom przy płockiej Caritas działa od marca. – Wydaliśmy do tej pory na te cele ponad 375 tys. zł. Wysłaliśmy 2206 paczek z artykułami spożywczymi, odzieżą i chemią do Lwowa, Żytomierza i Charkowa. W Płocku wydaliśmy 5865 obiadów. 342 rodziny mieszkające w diecezji (jest to 876 osób) otrzymały od nas pomoc prawną i materialną; pięciu rodzinom (13 osobom) zapewniliśmy mieszkanie, trzem osobom pracę, cztery osoby pomagają w ramach wolontariatu. W razie potrzeby zapewniamy też pomoc medyczną – wylicza Małgorzata Przemyłska. Jednak z biegiem czasu te formy pomocy zmieniają się. – Na początku najważniejsze były wsparcie medyczne, odzież, a także pomoc urzędnicza i prawna. Z czasem pojawiły się problemy ze znalezieniem pracy i zamieszkania, a także z wyżywieniem. Wciąż organizujemy kursy języka polskiego – opisuje zmieniające się realia M. Przemyłska. Ale pomoc centrum to przede wszystkim spotkania z ludźmi i niekończące się telefony. – Przyszła do nas Ukrainka, w której rodzinie jakby nie było dość problemów, to jeszcze mąż miał wylew. Trafił do szpitala. Potrzeba było tłumacza, aby ta kobieta mogła porozmawiać z lekarzami, więc zwróciła się do nas. Otrzymała i tłumacza, i jakieś finansowe wsparcie w tym trudnym momencie. Potem, gdy jej męża zabrano na dalsze leczenie do Warszawy, chciała być przy nim. Znowu więc przyszła, aby pomóc jej w znalezieniu tymczasowego mieszkania. Prosiła o jakiś kontakt, numer telefonu, a my znaleźliśmy jej miejsce w hotelu. Mówiła nam, że zanim przyszła do naszego biura, najpierw modliła się w cerkwi, dlatego była przekonana, że tę pomoc otrzymała tak naprawdę od Boga i świętych – opowiadają Irina Komar i Małgorzata Przemyłska.

Jak chleb na stole

Natalia Zubareva niemal od początku wojny przebywa w Płocku. Trafiła tu z Żytomierza. O jej historii pisaliśmy w „Gościu Płockim” przed kilkoma miesiącami. Jako nauczycielka, psycholog, animator kultury i profesjonalna śpiewaczka od kilku miesięcy pomaga Ukraińcom w Płocku i jego okolicach. Od maja pracuje w podpłockim hotelu Dębowa Góra, gdzie przebywa 110 uchodźców z Ukrainy. – Ta grupa wciąż się zmienia, bo jedni wracają do ojczyzny, a inni stamtąd przyjeżdżają. Najwięcej osób jest ze wschodnich regionów, okupowanych przez Rosję. Ci ludzie mimo straszliwej wojny chcieli tam żyć, jak długo było to możliwe, ale gdy stracili domy i pracę, gdy widzieli śmierć na ulicach i zbliżający się front walk, zostali przymuszeni, aby wyjechać – mówi pani Natalia. W hotelu pracuje jako nauczycielka języka polskiego i tłumacz. Jest łącznikiem między dyrekcją i mieszkańcami. To Polka z Kresów, z Żytomierza, która całe życie spędziła w Ukrainie. Zna więc dobrze polską i ukraińską duszę i chce połączyć poprzez kulturę dwa narody. Pragnie, aby przez nieszczęście wojny ludzie stali się sobie bliżsi. Zajmuje się m.in. animacją kulturalną, w tym celu stworzyła nawet dla dzieci teatr Maskotka. Jak sama wyjaśnia, chodzi o bliższe poznanie wrażliwości innych ludzi, którzy żyją obok nas. – Ukraińców zdumiewa, jak wiele spraw, instytucji i wydarzeń jest powiązanych z polską historią, tradycją i wiarą; że szkoły, szpitale mają patronów i że tak uroczyście obchodzi się tu narodowe i kościelne święta. Ukraina nie ma takiej historii i mocnych odniesień, bo historia została jej zabrana i skażona przez lata panowania Związku Sowieckiego. Dopiero teraz, w czasie wojny, ludzie inaczej patrzą na swe dzieje i tożsamość. A to właśnie zadziwia ich w Polsce – że teraźniejszość tak mocno wiąże się tu z historią. Z drugiej strony warto, żeby Polacy wiedzieli, jak fundamentalne dla naszej mentalności jest np. znaczenie chleba. Dla Ukraińca można by postawić na stole wszystkie dania świata, ale gdy brakuje tam chleba, to nie będzie co jeść. To podstawa każdego posiłku. Niedawno podano u nas w hotelu naleśniki, a ludzie i tak sięgali po chleb. Bo chleb uspokoi, pomoże, da wiarę i nadzieję. Gdy jest chleb w domu, to jest też nadzieja, że uda się przetrwać trudne chwile – opowiada pani Natalia. Zwraca również uwagę na różnice międzypokoleniowe w przeżywaniu pobytu w Polsce. – Każde pokolenie patrzy inaczej na tę sytuację. Najstarsi chcieliby wrócić do Ukrainy. Oni tęsknią za bliskimi i za domami, które zostawili, chcieliby otrzymywać swoje emerytury – choć niewielkie, to jednak swoje pieniądze. Młodsi częściej myślą o dobrobycie i chcą zarobić, szukają pracy. Nie wszyscy z nich pragną powrotu do kraju. Za Ukrainą i swoimi rówieśnikami tęskni z kolei młodzież. Ona jest bardziej radykalna i chciałaby powrócić do ukraińskich szkół i uniwersytetów. Zauważyłam, że dzieci z oporami chodziły do polskich placówek. Wolały uczyć się online, po ukraińsku, ze swoimi przyjaciółmi. Ale coś trzeba z tym zrobić, dlatego zorganizowałam „wakacyjną szkołę”, czyli spotkania, na których przygotowuję dzieci do uczęszczania do polskiej szkoły. Zapoznajemy się z polskimi podręcznikami i wyjaśniamy sobie panujące tutaj zwyczaje – opowiada Natalia Zubareva. – Niech Polacy nie zazdroszczą Ukraińcom, że otrzymują pomoc od państwa i organizacji charytatywnych. Proszę o to jedno, jako Polka z Kresów. Czego zazdrościć komuś, kto wszystko stracił? A choć wojna wciąż trwa, my wierzymy w zwycięstwo Ukrainy i w to, że wrócimy do naszych krewnych, do domów. I z serca dziękujemy Polakom, że mimo tragicznych okoliczności staliśmy się bliskimi narodami, że ten eksperyment się powiódł – dodaje Natalia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy