Nowy numer 39/2022 Archiwum

37 arów pod dom Boży

Kaplica w Lisewie nie ma wielowiekowej historii, nie jest perłą architektury.Ale mieszkańcom małej miejscowości powiatu płońskiego przypomina, że zawsze chcieli być bliżej nieba.

Lisewo znajdowało się na uboczu parafii Joniec, na jej krańcu, i przez to było często zaniedbywane duszpastersko. Był nawet taki moment w historii, że pojawili się tam mariawici, wybudowali swój kościół i prężnie działali.

Dopiero ks. proboszcz Zygmunt Serejko zaczął bardzo mocno walczyć o swoich parafian. Jeździł tam odprawiać Msze św., bardzo chciał przyciągnąć ludzi do wspólnoty parafialnej. Zresztą wszystko opisał dokładnie w kronice parafialnej. To jest kluczowe miejsce, w którym łączy się kilka parafii – opowiada ks. Włodzimierz Czarnomski, proboszcz parafii św. Ludwika w Jońcu. Decyzję o budowie kaplicy podjął biskup Bogdan Sikorski. – Nie było łatwo. Był wtedy kryzys finansowy. Reformy Balcerowicza i szalejąca inflacja nie ułatwiały zadania. Budowaliśmy osiem lat, z przerwami na remont kościoła parafialnego w Jońcu. Wspólnie daliśmy radę. Wierni z Lisewa, Strubin, Soboklęszcza, Dalanówka – właściwie cała parafia bardzo się angażowała. Jedni przywozili kamienie pod fundamenty, inni dali drzewo, cegły; organizowaliśmy też zbiórki. Wiele osób pracowało w czynie społecznym. Ludzie bardzo się cieszyli i ta ich radość rekompensowała wszelkie przeciwności. To było moje największe wyzwanie w tej parafii i mam nadzieję, że piękne będą jego owoce – wspomina ówczesny proboszcz ks. Tadeusz Wołowiec. Zaczęło się od krzyża, który stanął na polu wśród zbóż. – Plac pod budowę kaplicy był poświęcony przed żniwami. Pamiętam, że wycinaliśmy kłosy i ustawialiśmy snopki. Płakaliśmy ze wzruszenia, gdy ks. Tadeusz Wołowiec błogosławił to miejsce. Postawiono wtedy krzyż, który symbolizował nasze oczekiwanie na tę kaplicę. To była niezwykła chwila. Jeszcze za jego poprzednika ks. Ludomira Kokosińskiego spotykaliśmy się na Mszach św. w prowizorycznej kaplicy u państwa Karczewskich, ale takiego prawdziwego kościoła nigdy nie mieliśmy – wspomina Stanisława Kapczyńska z Soboklęszcza, córka państwa Jankowskich, którzy podarowali plac pod kościół. Było kilka koncepcji lokalizacji kaplicy, ale ostatecznie propozycja wyszła właśnie od małżonków Anny i Stanisława Jankowskich, których gospodarstwo usytuowane było przy skrzyżowaniu dróg w Lisewie. – Dziadkowie mieli wielkie pragnienie, żeby przekazać plac pod budowę kościoła. Pamiętajmy, że kiedyś ziemia miała ogromną wartość dla ludzi. Oni byli przeświadczeni, że cokolwiek by się działo w przyszłości z gospodarstwem, to będzie to najlepiej zagospodarowane 37 arów z całego ich dobytku. I mieli rację. Nie doczekali tej kaplicy, ale ich decyzja sprawiła, że to jest także dla nas najpiękniejsze świadectwo ich wiary – mówi wnuk ofiarodawców, Edward. Historia patrona parafii św. Antoniego także nie jest przypadkowa, ponieważ ziemia Jankowskich należała wcześniej do rodziny Krzemińskich. Jedyny spadkobierca – Antoni Krzemiński – zmarł w młodym wieku, pozostawiając żonę Annę, później Jankowską, i córkę Jadwigę, która przechowując w sercu pamięć po utraconym ojcu, najbardziej ucieszyła się z decyzji ks. Wołowca, który przez wzgląd na tę historię postanowił, że to właśnie św. Antoni z Padwy będzie patronem miejsca. – To były takie wzruszające momenty, gdy ktoś podarował pierwsze szaty liturgiczne, obrus na ołtarz. Niezapomniany był ten pierwszy raz, kiedy przygotowywaliśmy żłóbek. Pamiętam, że wtedy pan Wojciech Rutkowski podarował choinki. Jak myśmy się wzruszali. Jakie to było szczęście, jakie emocje. To była radość. Nareszcie mieliśmy „nasze” miejsce do spotkania z Bogiem – opowiada S. Kapczyńska.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy