Nowy numer 26/2022 Archiwum

Dumni z księdza?

Ks. dr Marek Jarosz, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku o niełatwym klimacie, w którym rodzą się powołania do służby w Kościele.

Ks. Włodzimierz Piętka: Dla seminarium rozpoczyna się najpiękniejszy czas w roku, bo w tych dniach są święceni nowi diakoni i księża. Wtedy też rektor bierze na siebie wielką odpowiedzialność, gdy prosi biskupa o udzielenie święceń dla tych młodych ludzi…

Ks. Marek Jarosz: Tak, to prawda, bo w tej chwili zaświadczam za innych, że są godni przyjęcia święceń. Słowa te wypowiadam publicznie wobec biskupa i wspólnoty Kościoła w katedrze. W nich nie chodzi o wypowiedzenie jakiejś formuły, ale o wewnętrzne przekonanie i wcześniejsze zbadanie, czy kandydat spełnia kryteria, które Kościół określa jako niezbędne do przyjęcia święceń. Jest to odpowiedzialność prawna i moralna, którą zaciągam jako wypowiadający te słowa. A będę to czynił jako rektor już 10. rok z kolei.

Dawniej mówiło się na przykład o parafiach obfitujących w powołania? A dzisiaj?

I tak było. Mieliśmy w naszej diecezji parafie i całe regiony, skąd przychodziło wielu kandydatów do seminarium, zwłaszcza z dawnych wschodnich terenów, które przeszły do diecezji łomżyńskiej. Dziś trudno doszukać się podobnej prawidłowości. Dlaczego? Bo gdy w obserwacji danego zjawiska – z punktu widzenia socjologicznego – występują małe liczby, trudno jest o formułowanie ogólnych wniosków, a tak właśnie jest teraz w przypadku powołań do kapłaństwa i zakonu.

Co albo kto pomaga, bądź przeszkadza w rozeznaniu powołania?

Kryzys wiary, który dziś dotyka wielu rodzin, wyraża się m.in. w negatywnym postrzeganiu wyboru drogi życiowej w kierunku kapłaństwa bądź zakonu. O ile dawniej był on postrzegany jako wyróżnienie i nobilitacja, dzisiaj jest raczej traktowany przez wiele rodzin jako dyshonor. Skoro tak, to nawet jeśli dziecko w młodszym wieku zdradza już takie zainteresowania, to są one tłumione, bo rodzice tego od niego nie oczekują. Nie satysfakcjonują ich takie zainteresowania, a tym bardziej wybory. Ten klimat sprawia, że jeśli nawet dziecko odczuwa powołanie, nie pielęgnuje go ani nie rozwija. To jest problem niepogłębionej wiary rodziców i rodziny, aby dar powołania rozwijać.

Jest też inne zjawisko, które dziś powszechnie obserwujemy, a są nim małodzietne rodziny. W takich przypadkach rodzice częściej traktują dzieci jako swoją własność. Zarządzają nimi i uważają, że wstąpienie do seminarium czy zakonu jest stratą dla nich i przekreśleniem ich planów na przyszłość. U takich ludzi nie ma miejsca na ewentualność, aby swoje dziecko poświęcić Bogu, jak to miało miejsce dawniej, gdy tych dzieci było też więcej. Dziś na taką szczodrość względem Boga nie ma miejsca, zwłaszcza gdy w domu wychowuje się jedynak czy jedynaczka. Rodzice nie chcą się więc podzielić swoim potomstwem z innymi, zwłaszcza z Bogiem i Kościołem. Czasami żartuję, że jeśli dziś w rodzinach wierzących rodzice modlą się o powołanie, to bardziej dla dzieci sąsiadów, ale nie swoich. Problem leży właśnie w tym, że nie ma takich pragnień w rodzinach i nie ma takiej dumy z tego, że syn czy córka chcą się poświęcić Bogu w Kościele.

Zmieniają się czasy i ludzie. Czy ulegają również zmianie kryteria przyjęcia do seminarium?

Zasadnicze kryteria w przyjęciu do seminarium nie zmieniają się, bo są określone w dokumentach Kościoła. Jednak obraz kandydata do kapłaństwa sprzed lat różni się od tego współczesnego. Przychodzi on przecież z konkretnego środowiska i czasu, ukształtowany przez aktualne tendencje społeczne. Dziś społeczeństwo indywidualistyczne generuje osoby o takich właśnie predyspozycjach. Dawniej taka cecha mogła dyskwalifikować kandydata do kapłaństwa, dziś już nie, bo tak przecież funkcjonuje przeciętny człowiek. My jednak w seminarium takie postawy chcemy przepracować i nadać im nowe ukierunkowanie.

Biorę do ręki dwa ostatnie Roczniki Diecezji Płockiej. W 2004 r. było 89 alumnów, w 2021 r. – 23. Aż boję się pytać o dalsze perspektywy dla naszego seminarium…

Od dawna wielu bije na alarm i zastanawia się, jak przeciwdziałać temu kryzysowi. Myślę jednak, że trzeba spojrzeć na problem od strony duchowej. Jest to bowiem kryzys koncepcji kapłaństwa we współczesnym Kościele. Uważam, że w sytuacji, gdy Kościół staje się mniejszością w społeczeństwie, wewnętrznie musi się on pozytywnie zradykalizować. Chodzi też o radykalizację postaw kapłańskich, w których nie ma już miejsca na przeciętność i półśrodki. Kto więc myśli dziś o kapłaństwie, powinien o nim myśleć w radykalny sposób. • wlodzimierz.pietka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama