Nowy numer 26/2022 Archiwum

Był "nauczycielem Mazowsza"

Czy Płock i Pułtusk pamiętają, że przez te miasta przeszedł św. Andrzej Bobola, patron Polski?

Przypominamy obszerne fragmenty kazania wygłoszonego przez biskupa Piotra Liberę, poświęconego św. Andrzejowi Boboli, w 2015 r. w katedrze płockiej.

Skąd kult tego męczennika w Płocku – w farze i w katedrze? Czemu znalazł się on w orszaku Drapiewskiego w kaplicy Małachowianki? Nie był przecież św. Andrzej Bobola Mazowszaninem, a okres jego życia, to przełom XVI i XVII wieku, gdy Płock nie miał już takiego znaczenia, jak w świętym średniowieczu. Były to jednak czasy Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Rzeczpospolitej bez stosów, Rzeczpospolitej sięgającej daleko na wschód, a jej znakomity rozwój umożliwiło między innymi kształcenie elity synów szlacheckich w rozsianych po całym kraju kolegiach jezuickich. Bardzo wcześnie zakładano je na Mazowszu, gdzie szlachty było szczególnie dużo, jednym z najznamienitszych stało się kolegium pułtuskie. Następne powstawały w Płocku, w Warszawie, w Łomży. I oto odpowiedź na pytanie o kult św. Andrzeja: we wszystkich tych kolegiach Andrzej Bobola pracował! W Pułtusku odbywał roczną praktykę klerycką jako nauczyciel; w Płocku działał najpierw w roku 1633 - jako opiekun sodalicji mariańskiej, a potem, po rocznym pobycie w Warszawie, jako prefekt studiów w kolegium i kaznodzieja. Z Płocka udał się do Łomży, dzisiaj stolicy diecezji łomżyńskiej, a wtedy - jednego z miast rozległej diecezji płockiej, w którym, obok troski o ambonę, powierzono mu również urząd dyrektora szkoły.

Był więc św. Andrzej prawdziwym magister Masoviae – "nauczycielem Mazowsza". Z zachowanych relacji przełożonych wynika jednak także to, że bywał niecierpliwy, skłonny do gniewu i uparty. Te same świadectwa podkreślają wszelako, że rzetelnie się uczył i dlatego świetnie zdawał egzaminy; że pracował nad sobą, przez co stopniowo pokonywał wady; że swoją bystrością zyskiwał sobie życzliwość ludzi.  Po opuszczeniu Łomży pracował jeszcze w Wilnie, gdzie głosił kazania w kościele św. Kazimierza oraz prowadził wykłady z Pisma Świętego w Akademii. Latem 1652 przybył na Polesie, do Pińska. Powierzono mu tutaj obowiązki kaznodziei i misjonarza ludowego. Często przemierzał drogę Pińsk - Janów Podlaski, katechizując w wioskach, o których Bóg jedynie pamiętał, chrzcząc, spowiadając... Był skutecznym ewangelizatorem - nazywano go na Polesiu: "duszochwat".

Pińsk jako miasto pogranicza Rusi i Rzeczpospolitej był w tamtym czasie miejscem ciągłych zatargów, miastem "ognia i miecza", szubienic i krwi. Zniszczony w roku 1648, następnie odbity przez oddziały polskie, 1657 roku ponownie został zdobyty przez Kozaków. Ojciec Andrzej chroni się w Janowie, a potem w sąsiedniej wiosce. 16 maja do miasta wpada oddział kozacki i zaczyna mordować Polaków i Żydów. Hajdamacy wszędzie wypytują o Bobolę. W końcu chwytają zakonnika, zdzierają z niego habit, na pół obnażonego przywiązują do słupa i biją nahajami. Potem nakładają mu na głowę rodzaj cierniowej korony, wybijają zęby, wyrywają paznokcie, gnają za dwoma końmi do Janowa... Tu przyprowadzają jeńca przed dowódcę. Ten pyta: "Jesteś ty ksiądz?". "Tak – odpowiada zakonnik - moja wiara prowadzi do zbawienia. Nawróćcie się". Na te słowa kozacy wloką kapłana do rzeźni miejskiej, rozkładają na stole i zaczynają przypalać ogniem. Potem wycinają mu skórę na plecach w formie ornatu... Pozwólcie, że nie będę opowiadał dalej wszystkich szczegółów tego bezgranicznego okrucieństwa, jego drogi na Golgotę...

Gdy kozacy wycofają  się z miasta, doczesne szczątki ojca Andrzeja zostaną przeniesione do Pińska i tu pochowane w podziemiach kościoła klasztornego. Ich dramatyczne losy wstrząsająco opisał ks. Mirosław Paciuszkiewicz, wieloletni profesor naszego seminarium, rektor kościoła św. Jana Chrzciciela w Płocku, a po wstąpieniu do jezuitów kustosz sanktuarium św. Andrzeja Boboli przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, w którym męczennik, ogłoszony w 2002 roku patronem Polski, jest dziś pochowany.

Po latach – pisze ojciec Paciuszkiewicz - na ziemi pińskiej zaczęto zapominać o miejscu pochówku jezuity, którego już za życia uważano za świętego. Więc w 1702 roku sam ojciec Andrzej ukazał się rektorowi kolegium pińskiego i wskazał, gdzie znajduje się jego grób. Ciało, mimo że spoczywało w wilgotnej ziemi, znaleziono nietknięte. Zaczęły się mnożyć łaski i cuda, podjęto starania o beatyfikację. Jednak czasy saskie, kasata zakonu jezuitów i upadek Rzeczpospolitej nie sprzyjały temu. Więc ponownie Andrzej Bobola ukazał się w 1819 roku dominikaninowi o. Korzenieckiemu, któremu przepowiedział wskrzeszenie Polski i to, że zostanie jej patronem.

Kult męczennika rozwija się i ku wielkiej radości Polaków – w noc zaborów – w 1853 roku Ojciec Andrzej zostaje ogłoszony błogosławionym. Niestety, już wcześniej trumna z jego ciałem została wywieziona w głąb Rosji. Przebywała tam jeszcze w 1920 roku, gdy na Polskę ruszyły hordy bolszewickie. W niedzielę 8 sierpnia 1920 roku ulicami Warszawy przechodzi potężna procesja błagalna z relikwiami błogosławionego patrona Wschodu. W następną niedzielę, 15 sierpnia, ma miejsce "cud nad Wisłą".
20 lipca 1922 roku uzbrojeni żołnierze sowieccy, po uprzedniej profanacji ciała błogosławionego, bijąc broniących go katolików, przewożą je do Moskwy. Tam zostaje umieszczone w gmachu Wystawy Higienicznej Ludowego Komisariatu Zdrowia - naocznie chce się wykazać, że gdy przestanie działać "katolicka magia", ciało błogosławionego, zachowane dotąd w nienaruszonym stanie, w krótkim czasie ulegnie rozkładowi. Gdy nic takiego się nie dzieje, sława męczennika zaczyna rozchodzić się po Moskwie, a do muzeum ciągnie coraz więcej zwiedzających. Ojciec Andrzej – przez los swych szczątków – głosi Chrystusa tam, gdzie nawet o tym nie marzył! W konsekwencji sowieci ukrywają je w jednym z magazynów. I nie wydadzą ich długo, mimo żądań rządu polskiego, Kościoła. Stalin ustąpi dopiero wtedy, gdy podczas tzw. "wielkiego głodu", ginącej masowo ludności pospieszy z pomocą Pius XI, posyłając do ZSRR ogromne transporty zboża. W zamian papież ma tylko jedną prośbę: "Zwróćcie nam ciało bł. Andrzeja Boboli". W 1923 roku trumnę wydobywa się spośród rupieci, przewozi do Odessy, a stamtąd drogą morską do Rzymu (sowiecki dyktator nie zgodził się na przejazd przez Polskę). W Wielkanoc 1938 roku odbywa się kanonizacja, a niedługo potem święty tryumfalnie, w srebrno-kryształowej trumnie, powraca do Ojczyzny.

Nie wspomniałem o jeszcze jednym upamiętnieniu św. Andrzeja, magistri Masoviae – "nauczyciela Mazowsza", tu, w katedrze... Otóż, jego męczeńska postać, podtrzymywana przez umęczonego Chrystusa, niemal zlewająca się z Nim w ogromie cierpienia z "ognistej Miłości", widnieje na środkowym witrażu nawy bocznej naszej bazyliki, po mojej prawej ręce. Warto przyjść do katedry w słoneczny dzień i poprosić przed tym przejmującym witrażem o wierność wierze, o moc chrześcijańskiego świadectwa w swoim życiu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama