Nowy numer 21/2022 Archiwum

Dzieci utkane z pragnienia

Jaki byłby żłóbek, gdyby nie było w nim Jezusa? A co przeżywają małżonkowie, którzy nie mogą doczekać się swej „maleńkiej miłości”?

Razem dzieckiem na świat przychodzą tak naprawdę mama i tata. Najpierw jednak długo dojrzewają i nie mogą się doczekać, aż na końcu zawiłych procedur adopcyjnych otrzymują dziecko, które rodzi się dla nich nie z ciała, ale z pragnienia.

Najlepsze, co mogło ich spotkać

To były niezapomniane święta Bożego Narodzenia dla Joanny i Mirosława, gdy na krótko przed wigilią otrzymali największy prezent, prawdziwą gwiazdkę z nieba – upragnione dziecko. Wpierw jednak przeszli przez trudne doświadczenia, w których mimo wszystko zwyciężyła nadzieja.

Przez 12 lat małżeństwa nie doczekali się dziecka. I choć zrobili wiele w dziedzinie leczenia i diagnostyki, to jednak medycyna zdawała się zawodzić. Mimo to nie zdecydowali się na metodę in vitro. I tak oto powoli zaczęła dojrzewać myśl o adopcji. – Wtedy umierała moja mama. Ja nawet próbowałam zawrzeć taki układ z Panem Bogiem, że rezygnuję z macierzyństwa, aby tylko ona przeżyła. Mama zmarła, a ja poczułam się boleśnie niewysłuchana. Zrozumiałam jednak, że z Nim tak nie wolno… Kilka lat po tym przyszła do nas Basia. Przypomniałam sobie słowa ks. Twardowskiego, który pisał, że gdy Pan Bóg zamyka drzwi, to otwiera okno. I ja tego doświadczyłam – mówi Joanna.

Ona wcześniej zaakceptowała, że chce być rodzicem adopcyjnym, jej mąż potrzebował trochę więcej czasu, aby do tego dojrzeć. Nie naciskała, cierpliwie czekała, aż on sam się zgodzi. Pewnego dnia poprosił, aby zadzwoniła do ośrodka adopcyjnego. Czas oczekiwania trwał długie dwa lata.

– Dziś mamy zdrowe dziecko, z talentami, których ja ani mój mąż nie posiadamy. Basia śpiewa i gra, jest dzieckiem bardzo inteligentnym i wrażliwym. Powtarzam innym, że spotkało nas najlepsze, co mogło się nam przydarzyć, bo sprawy najważniejsze to te najbardziej wyczekiwane. Tak właśnie było z naszą Basią: tak wytęsknioną i wyczekiwaną przez nas! Urodziła się zdrowa, daleko stąd, a do adopcji trafiła akurat do Ciechanowa, gdy miała 10 miesięcy. Pamiętam tamto Boże Narodzenie: nie byłam w stanie przygotować świąt, bo radość z dziecka była tak wielka i nowina wydawała się aż nierealna, że wprost nie mogłam uwierzyć, że trzymam córkę na rękach. Niektórzy mi mówią, że jest nawet do mnie podobna – opowiada Joanna.

Jak podkreśla mama Basi, w relacji z dzieckiem bardzo ważne są prawda i szczerość. – Gdy miała cztery latka, zapytała mnie, jak miała na imię pani, która ją urodziła, czy może Maryja...

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama