Nowy numer 26/2022 Archiwum

Malarz wiary

Pastelowe kolory i wielkie wizje chwały Bożej oraz ewangelicznych scen od niemal wieku, dzięki Władysławowi Drapiewskiemu, towarzyszą liturgii w wielu mazowieckich i dobrzyńskich kościołach.

Od śmierci tego wybitnego artysty 30 grudnia minie 60 lat. Był on jednak kimś więcej niż tylko malarzem. Gdy pozna się jego życie i warsztat, nazwanie go teologiem z pędzlem, który genialnie oddaje stan duszy wierzących tej ziemi, nie będzie przesadą. Prace twórcy spotkamy w 27 kościołach diecezji płockiej: jego niebo otwarte, Chrystus, Maryja Panna, Józef, zastępy aniołów i świętych, których do dziś podziwiamy, są wciąż przejmującą katechezą.

W cieniu Mehoffera?

Władysław Drapiewski w pewnym sensie „jest nasz”, bo choć pochodził z Pelplina, to jednak najpiękniej wpisał się w przestrzeń sakralną diecezji płockiej. A zaczął tę pracę od polichromii płockiej katedry w 1904 r. Po kontrowersjach związanych z niezrealizowanym projektem Józefa Mehoffera biskup Apolinary Wnukowski i kapituła katedralna pod przewodem ks. prał. Antoniego Juliana Nowowiejskiego wybrała właśnie jego. Mimo jednak niewątpliwego profesjonalizmu Drapiewskiego i wysokiej klasy jego malarstwa wielu uważało, że jego projekt polichromii katedry był mniej ambitny od tego, który proponował wcześniej Mehoffer.

Pod wpływem polemik prasowych dość szybko pojawiła się opinia, że jego styl to „drapiewszczyzna”, czyli brak smaku, styl epigoński, nic nie wnoszący do sztuki sakralnej. W płockim środowisku wizji Drapiewskiego zdecydowanie bronił znany wówczas społecznik i publicysta ks. prał. Ignacy Lasocki. W 1910 r. w „Miesięczniku Pasterskim Płockim” pisał: „Zapewne malowanie to nie wybije horyzontów nowych niebywałych w dziedzinie współczesnej sztuki kościelnej. Tej niespodzianki nie oczekujemy, lecz możemy się stanowczo nie obawiać niespodzianki boleśniejszej, często dziś spotykanej, by po skończeniu tej polichromii nie być zmuszonym wyznać choć w cichości serca: Tak, mamy malowanie może i wielce nowożytne i oryginalne, szkoda tylko, że ono znalazło się w naszym pięknym, poważnym kościele katedralnym”.

− Niesprawiedliwie traktowano jego malarstwo jako dobre rzemiosło, bo jest w nim również artyzm związany z jakością wykonania i zawartą treścią, która jest przemyślana i według dobrych wzorców − zauważa ks. Stefan Cegłowski, proboszcz parafii katedralnej.

Kiedy rozpoczynał prace nad polichromią naszej katedry, młody Drapiewski był już absolwentem szkoły malarstwa w Kevelaer (zachodnie Niemcy), prowadzonej przez Fryderyka Stummla. Do współpracy ściągnął swojego przyjaciela z Luksemburga Nicka Brüchera. Praca nad dziełem trwała latami, na które nałożyły się wojenne burze i deportacja Drapiewskiego na Syberię. W czasie II wojny światowej, gdy bomba uszkodziła katedrę, prawie całkowitemu zniszczeniu uległa scena przedstawiająca ostatnią wieczerzę w nawie głównej świątyni. Mistrz musiał więc ją namalować od nowa.

Drapiewski tworzył dla płockiej bazyliki, konsultując się ze stroną kościelną. Nadał malaturze kierunek maryjny ze względu na wezwanie kościoła. W polichromii jest więc zauważalna pewna narracja, na którą składają się sceny malarskie, napisy, cytaty z Pisma świętego, a nawet florystyka, w której poszczególne kwiaty są symbolami cnót Maryi.

− Stojąc pod kopułą katedralną, odczytujemy ciąg wydarzeń zbawczych, w który także my jesteśmy wpisani. W kopule mamy przedstawienie Ducha Świętego, który zstępuje na Maryję w Wieczerniku. Niżej, między oknami widzimy czterech ewangelistów, a w trójkątach pod kopułą czterech ojców Kościoła. Na końcu, na dole stoimy my, żywy Kościół zbierający się dziś na modlitwie i liturgii − mówi ks. Cegłowski.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama