Nowy numer 25/2022 Archiwum

Jak to, Mszy św. nie będzie?

Ks. Tadeusz Łebkowski, dawny kapelan Solidarności w Płocku o stanie wojennym, który okaleczył, ale nie zgasił ducha Polaków.

Agnieszka Małecka: Był Ksiądz młodym wikariuszem w płockiej parafii św. Jana Chrzciciela, gdy został kapelanem rodzącej się Solidarności w tym regionie. Jak wyglądał ten czas z perspektywy nie świeckiego działacza, ale właśnie księdza?

Ks. Tadeusz Łebkowski: Byłem zadziwiony, z jaką siłą wybuchła Solidarność. Nazywam ją kolejnym powstaniem narodowym, chociaż na szczęście nie tak krwawym. Wyrastającym, tak jak pozostałe, z pragnienia wolności i odrzucenia zależności od sąsiadów, którym od wieków przeszkadzała Polska wybijająca się na niepodległość. Rzeczywiście, byłem wtedy duszpasterzem u św. Jana Chrzciciela, oddelegowanym do pracy katechetycznej, a więc przede wszystkim pracowałem z dziećmi, i to mnie głównie pochłaniało. Nawet tak wyraźnie sobie nie uświadamiam, w którym momencie znalazłem się w wirze tamtych wydarzeń…

Pojechał Ksiądz z płocką delegacją Solidarności na Wybrzeże w sierpniu 1980 r.…

Tak, w płockiej Petrochemii powstała wtedy odezwa, popierająca strajk robotników w gdańskiej stoczni. Pojechaliśmy nocą do Gdańska, żeby wręczyć ten dokument w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Dla delegacji naszych opozycjonistów obecność księdza była pewnym znakiem ich wiarygodności wobec kolegów w Gdańsku. Poza tym oni znali mój sposób myślenia. Wynikało to jasno z mojej pracy duszpasterskiej. Potem wysłano mnie jako honorowego gościa na 1. Krajowy Zjazd Delegatów Solidarności w gdańskiej Olivii. Zrozumiałem, że muszę być obecny wśród tych ludzi, bo oni zadawali różne pytania w trudnych sprawach i interesowało ich to, co Kościół może o tym myśleć. Stan wojenny przerwał brutalnie „karnawał Solidarności”. Jak Ksiądz ocenia to, co wydarzyło się 40 lat temu? To była wojna domowa, a do dzisiaj jeszcze powtarzana opinia, że to było mniejsze zło, to bzdura. Zostaliśmy na tyle lat zgaszeni, nie tylko wewnętrznie, ale i zewnętrznie, co widać było w okropnej szarzyźnie tamtego czasu. Stan wojenny był udręczeniem, chociaż ducha wolności całkowicie nam nie odebrał. Owszem, okaleczył, bo potem okazało się, że byli ludzie, którzy dla korzyści donosili. Część z nich musiała ulec komunistycznej propagandzie, bo w ich mowie wyczuwało się straszne emocje i złość. Uważali, że jak jest stan wojenny, to trzeba się bezwzględnie podporządkować. Z perspektywy widzę też, że minione 40 lat było i jest nadal wojowaniem w sprawach dotyczących również naszej ojczyzny, narodu i Kościoła. Dziś jesteśmy świadkami agresji neomarksizmu, który narzucany jest nie prymitywną siłą, jak komunizm, ale na swój sposób bardziej podstępnie, bo przez prawa i instytucje, co dokonuje się w krajach zachodnich. Do tej nowej formuły neomarksizmu, a jednocześnie gospodarczego i politycznego uzależnienia od Niemiec, chce się dziś przymusić Polskę.

Wróćmy do 1981 r. Ksiądz odwiedzał internowanych z płockiego regionu, przebywających w Zakładzie Karnym w Mielęcinie. Jakie nastroje wśród nich panowały?

Jeździłem tam może 3 lub 4 razy, zawożąc paczki, z rodzinami internowanych, a raz z ks. prof. Józefem Kraszewskim i obecnym biskupem seniorem, wówczas ks. Romanem Marcinkowskim. Myślę, że samo zjawienie się księży było dla osadzonych czymś ważnym i niosło silne emocje. Później dowiedziałem się, że gdy byli wiezieni do obozu internowania, a przecież nie wiedzieli, dokąd jadą, był moment, gdy zatrzymali się gdzieś po drodze i obawiali się, czy nie będą rozstrzelani. W więzieniu też zastanawiali się, czy pewnego dnia nie zostaną wywiezieni na jakieś lotnisko i nie polecą na Sybir. Cały czas towarzyszyło im pytanie, jak daleko posuną się komuniści, którzy prowadzili z uwięzionymi wyczerpującą grę psychologiczną.

Poznał Ksiądz ją na własnej skórze, m.in. w czasie rewizji i aresztowania. To było prawdziwe duszpasterstwo czasu próby…

To są moje doświadczenia, ale duch takiej duszpasterskiej pomocy i otwartości istniał przecież u wszystkich księży. Gdy w stanie wojennym przyszła dodatkowo wielka powódź, ludzie szli właśnie do parafii po pomoc, bo niczego nie było w sklepach. U wielu widać było silną więź z Kościołem, co przejawiało się w odważnych postawach. Niedawno ks. Marian Matusiak, również emeryt, opowiadał mi, że gdy był wikariuszem w Chorzelach (dziś to diecezja łomżyńska), odprawiali Mszę św. w strażnicy OSP w miejscowości, w której nie było kościoła. Gdy wybuchł stan wojenny, funkcjonariusz SB zadzwonił do komendanta straży, zakazując Mszy. Na to komendant odpowiedział stanowczo: „To ja zaraz zaprzęgam konie i odwiozę mundury i sikawki do Przasnysza. Jak to, Mszy św. nie będzie?”. agnieszka.malecka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama