Nowy numer 3/2022 Archiwum

O tej historii nie można zapomnieć

Duchowa niezłomność oraz nazywanie dobra i zła po imieniu – to najcenniejsze, czego uczy postawa płockich męczenników. Tak uważają Anna i Grzegorz Byszewscy z nowego koła Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w Płocku, noszącego imię błogosławionych biskupów.

To pierwsze z naszych kół, które ma konkretnych patronów i skonkretyzowany cel działania – mówi Witold Wybult, prezes Stowarzyszenia Rodzin Katolickich Diecezji Płockiej o nowym oddziale, który zawiązał się w płockiej parafii św. Józefa. Tu znalazły przestrzeń do działania osoby, które od kilku lat pielęgnują pamięć historyczną o ofiarach niemieckiego obozu koncentracyjnego w Działdowie, a szczególnie o wyniesionych na ołtarze abp. Antonim Julianie Nowowiejskim i bp. Leonie Wetmańskim.

– Podjęły one wcześniej wiele wysiłków, aby powstało stowarzyszenie rodzin osób, które były więzione albo zginęły w KL Soldau. Była nawet nazwa dla nowego stowarzyszenia – Rodzina Działdowska, ale ze względów formalnych te plany nie mogły być sfinalizowane. Osoby zaangażowane w to dzieło postanowiły więc działać w ramach naszego stowarzyszenia, bo przecież promocja rodziny i ratowanie pamięci o naszych męczennikach wzajemnie się uzupełniają – wyjaśnia Witold Wybult. Trzonem koła jest małżeństwo, Anna i Grzegorz Byszewscy, oboje nauczyciele, którzy widzą dziś szczególną potrzebę pokazywania takich „herosów ducha i wiary”, jakimi byli męczennicy z Działdowa. Wiedzą dobrze, że to misja trudna, niepopularna, ale nie zamierzają z niej rezygnować.

Jasny przekaz

Żadne z nich nie uczy historii (pan Grzegorz jest nauczycielem wychowania fizycznego, a pani Anna – anglistką), ale można powiedzieć, że polską historią żyją i w niej szukają najlepszych wzorców. Takich jak abp Nowowiejski. – Jaką lekcję nam zostawił? Dla mnie to jego niezłomność i bezkompromisowość. Gdy była taka potrzeba, mówił także rzeczy niewygodne. Dobro i zło nazywał po imieniu. Myślę, że gdy dziś również w Kościele wielu wiernych czuje się zagubionych, niepewnych, potrzeba szczególnie takiego wsparcia i jasnych przekazów – uważa Anna Byszewska.

Dla jej męża męczennicy płoccy, podobnie jak rotmistrz Pilecki czy inni bohaterowie czasu wojny i powojennego podziemia antykomunistycznego, to dowód na to, że bez względu na okropieństwo okoliczności można pozostać do końca człowiekiem i ocalić w sobie duchową wolność. Małżeństwo ubolewa, że arcybiskup jest mało znany i rzadko czytany, a przeciętnemu płocczaninowi jego nazwisko może kojarzyć się głównie z nazwą jednej z ulic, przy której wznosi się gmach seminarium. – Może dlatego dziś ta postać wydaje się „niewygodna”, bo był nie tylko więźniem i ofiarą obozu koncentracyjnego, ale stał się też symbolem i świadkiem wiary. Zachował heroiczną postawę do końca, a przecież wszystko mu obiecywano, byle tylko zhańbił krzyż – zastanawia się pan Grzegorz. Arcybiskup Nowowiejski miał wielki wkład w życie duchowe i moralne diecezji, której stolica w 1920 r. musiała stawić czoła bolszewikom.

– Weźmy monumentalną „Monografię Płocka” albo listy pasterskie arcybiskupa; one są niesamowite i bardzo dziś aktualne, jak na przykład nauczanie dotyczące wychowania dzieci i młodzieży czy ubioru. Okazuje się, że to, o czym mówili później kard. Stefan Wyszyński i Jan Paweł II, znajdziemy już w listach pasterskich arcybiskupa Nowowiejskiego – przekonują. Oni sami „ożywianie” jego nauczania rozpoczęli od własnego mieszkania, w którym na jednej ścian, pokrytej farbą tablicową, wypisują kredą cytaty błogosławionego. W listopadzie widniały na niej m.in. słowa: „Bóg i Ojczyzna to najpotężniejsze moce, zdolne każdą duszę polską, katolicką wznieść do najwyższych ofiar i poświęceń”. – Mieliśmy na tej ścianie umieszczać listę zakupów, ale ostatecznie posłużyła do tego celu. Teraz, gdy siadam na chwilę naprzeciwko niej, zakładając buty, mam okazję przynajmniej na chwilę spojrzeć na taki cytat – mówi pani Anna.

Koło z historycznym zacięciem

To ona trafiła na temat KL Soldau i jego ofiar. Sama przyznaje, że pewne rzeczy działy się poza jej intencją i widzi w tym opatrznościowe działanie. – Najpierw, podczas wyjazdu na ŚDM do Krakowa, poznałam panią Teresę Krowicką, ale wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że jako dziecko była więźniem obozu w Działdowie; o samym obozie też praktycznie nic nie wiedziałam. Potem przeczytałam o jej doświadczeniach i trafiłam na spotkanie, na którym o nich opowiadała. Zaprosiłam ją do Szkoły Podstawowej im. Armii Krajowej, w której uczę, na spotkanie ze starszymi dziećmi. W tym czasie też, chyba nieprzypadkowo, dowiedziałam się od swojej cioci, że w Działdowie zginął stryjeczny brat mojego dziadka, o czym się w rodzinie nigdy nie mówiło. Wreszcie pani Teresa wciągnęła mnie w prace nad założeniem stowarzyszenia ocalającego pamięć o ofiarach KL Soldau. Chodziłam na spotkania, pisaliśmy, często do późnych godzin nocnych, wnioski do KRS, ale one niestety wracały z jakichś błahych powodów. Potem była pielgrzymka autokarowa z Płocka do Działdowa, na którą zorganizowałam grupę z klas VI i VII z mojej szkoły. Uczestniczyli w niej uczniowie, którzy byli świeżo po spotkaniu z panią Teresą i mogli na własne oczy zobaczyć tamto miejsce – opowiada Anna Byszewska, która wraz z mężem angażuje się także w działania na rzecz upamiętniania żołnierzy AK (oboje mają legitymacje Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej).

Małżeństwo ma nadzieję, że ich działania w nowo utworzonym kole Stowarzyszenia Rodzin Katolickich będą miały szansę na jeszcze lepszą realizację. – Sami się jeszcze uczymy. W strukturach SRK możemy oprzeć się na doświadczeniu jego prezesa i członków stowarzyszenia. Cieszymy się także, że jest otwartość ze strony ks. Andrzeja Smolenia, proboszcza naszej parafii św. Józefa, gdzie powstało koło – mówią państwo Byszewscy. Nie brakuje im konkretnych pomysłów na działania nowego, 17. w diecezji oddziału SRK, chociaż opowiadają o nich ostrożnie. Mural, rekonstrukcja historyczna, konferencja naukowa, współpraca z jednym ze stowarzyszeń historycznych, spotkania ze świadkami… – To wszystko jest na razie w naszych głowach – uśmiecha się pani Anna. Jako nauczyciele mają świadomość, że tym, czego nie wolno zaniedbać, jest edukacja młodego pokolenia. Trzeba szukać form przekazu, organizować żywe lekcje historii.

– Z pewnością nie jest łatwo zainteresować młodzież takim tematem. Zaczęliśmy od uczestniczenia w corocznych pielgrzymkach autokarowych do Działdowa, na teren dawnego obozu i do pobliskich lasów, które były miejscem kaźni tysięcy ludzi. Oczywiście, mając świadomość, że jedziemy z młodzieżą, staramy się też uatrakcyjnić te wyjazdy, tak aby nie były dla nich jakimś przykrym przymusem, ale łączyły się także z rekreacją i budowaniem więzi. Staramy się więc, by było to coś dla ducha i coś dla ciała. Ostatnio, na przykład, po odwiedzinach w Lasku Komarnickim, mieliśmy ognisko – wyjaśnia Anna Byszewska. Ich zdaniem szczególnie człowiek młody potrzebuje głosu świadków, takich jak płocczanki Teresa Krowicka czy Krystyna Gajewska, które przeszły przez obóz w Działdowie, czy zaangażowanego w ocalanie pamięci o Działdowie ks. Mariana Ofiary. – Oni są nie tyko świadkami historii, ale i wiary – uważają.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy