Nowy numer 47/2021 Archiwum

Misjonarze w szpitalnych piżamach

– Nie chodzi o to, by już na początku wzbijać się na jakieś duchowe wyżyny, ale być dla tych ludzi najpierw człowiekiem, a później księdzem – mówi ks. Jakub Kępczyński, od niedawna diecezjalny duszpasterz Apostolstwa Chorych.

Gdy choroba i cierpienie spada na człowieka z dużą siłą rażenia, zwykle wywołuje bunt, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości. Odpowiedzią na rozpacz i bezsens cierpienia może być szczególny apostolat, który zrodził się w Kościele ponad 90 lat temu. – Pokazuje, że cierpienie ma jakiś sens i warto tego sensu szukać – uważa ks. J. Kępczyński, który od niespełna roku posługuje jako kapelan w płockim szpitalu na Winiarach.

Duchowa ofiara

Na krajowej stronie internetowej Apostolstwa Chorych możemy przeczytać, że ta wspólnota została założona przez ks. Jakuba Willenborga w Holandii i zatwierdzona przez papieża Piusa XI. Niedługo po jej powstaniu dotarła do Polski, gdzie liczy dziś ok. 2,5 tys. członków. Przynależność do niej opiera się na trzech filarach czy też warunkach – najprościej mówiąc na: przyjęciu cierpienia w wyniku choroby jako woli Bożej, znoszenia go cierpliwie i ofiarowania w jakiejś intencji – najczęściej Kościoła, kapłanów, ojczyzny.

Oczywiście, zdarza się, że choroba minie – wtedy kończy się i misja danej osoby w apostolstwie. Osoba cierpiąca – nawet unieruchomiona w łóżku – może działać poprzez akt wolnej woli, duchową ofiarę ze swojego cierpienia. – Apostolstwo Chorych pokazuje, że każdy etap życia, nawet tak trudny, można wykorzystać jak najlepiej. Każda osoba – czy zdrowa, czy chora – może czuć się potrzebna. My często nawet sobie nie uświadamiamy, jak wiele mogą dać Kościołowi te osoby, które wydają się już niektórym ciężarem – mówi ks. Jakub Kępczyński.

Wciąż jednak niewiele mówi się o tym apostolstwie i owocach, jakie może dać. Jeszcze nie tak dawno, bo w latach 80. i 90., w Ciechanowie działała Wspólna Modlitewna Chorych, której ostoją była rodzina Pepławskich, a w szczególności poruszający się na wózku inwalidzkim pan Krzysztof i jego siostra, pani Stefania. Oboje już nie żyją, ale do dziś pozostali w pamięci m.in. ówczesnych duszpasterzy. To w książce o Krzysztofie Pepławskim – „Umiał pięknie żyć” – można znaleźć wspomnienia pani Stefanii ze spotkania z Ojcem Świętym w gdańskiej katedrze w 1987 roku. Wówczas Jana Paweł II na jej prośbę: „Ojcze Święty, podziel się swoim krzyżem” odpowiedział: „Zawsze się dzielę”. Później, jak wspominała jeszcze kilka lat temu pani Stefania, wielokrotnie doświadczali nasilenia swoich chorób, gdy tylko papież Polak wyruszał w jakąś trudną podróż apostolską. Takich misjonarzy – w szpitalnej piżamie, chociaż nienależących formalnie do apostolstwa – można spotkać i teraz.

– Przypominam sobie pana, którego najpierw spotkałem na OIOM-ie po covidzie, a później już na oddziale płucnym. Ów pan miał wielkie pragnienie przyjęcia Komunii św. Jednocześnie sam przekonywał innych pacjentów, którzy tam byli, aby skorzystali z tej możliwości, że na oddział przychodzi ksiądz i można przyjąć Komunię św. Dzięki niemu jeden z mężczyzn przyjął sakrament namaszczenia chorych. Dla mnie to przykład takiego apostoła, który przekazuje innym dobrą wiadomość – uważa ks. Jakub. Zdarza się nawet tak, że pacjenci sami informują księdza, że dany chory, teraz już może w gorszym stanie, wcześniej przyjmował sakramenty. W ten sposób wzajemnie siebie wspomagają.

Inna perspektywa

Symbolem Apostolstwa Chorych jest krzyż z wpisanym w niego hasłem: „Z Chrystusem jestem przybity do krzyża”, nawiązującym do słów św. Pawła w Liście do Galatów (Ga 2,19). To trudne i mocne słowa, jak przyznaje ks. Jakub, dlatego zwykle nie od razu rozmawia się o krzyżu, ofierze. Może być tak, że te słowa nigdy nie padną.

– Nie chodzi o to, by już na początku wzbijać się na jakieś duchowe wyżyny, ale być dla tych ludzi najpierw człowiekiem, a później księdzem. Bycie kapelanem wymaga dużo pokory, cierpliwości, czasem wysłuchania historii całego życia. Czasami, gdy jestem na oddziale i wchodzę do sali, po prostu pytam, jak pacjenci się czują, jak przeżywają dzień. Nieraz zadaję choremu pytanie, co dzisiaj chce mi „dobrego lub radosnego powiedzieć”. Brzmi to prowokująco, ale chcę pokazać, że warto szukać tych dobrych chwil nawet w tej trudnej sytuacji. I, co ciekawe, chorzy często znajdują jakąś odpowiedź. Na przykład, że był… dobry obiad, co w warunkach szpitalnych jest naprawdę sukcesem – mówi z uśmiechem młody kapelan.

Zauważa, że tym chorym, którzy potrafią patrzeć na krzyż i mają świadomość cierpienia Jezusa, łatwiej znosić to, czego doświadczają. – Dla mnie pięknym widokiem jest, gdy chory trzyma w dłoniach różaniec. To tak, jakby przez te tajemnice bolesne swojego życia dążył do tajemnicy chwalebnej – mówi duszpasterz Apostolstwa Chorych. Do odkrywania sensu sytuacji, w jakiej człowiek się znalazł, często nieodzowne są inne osoby; ktoś, kto stojąc z boku, pomoże wyrwać się z błędnego koła pytań: „dlaczego?”. W takich przypadkach inną perspektywę stara się pokazać chorym s. Julita, służka, która pracuje jako pielęgniarka w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Płocku, a jednocześnie jeździ do pacjentów objętych opieką długoterminową. W lecznicy ma często do czynienia z pacjentami powypadkowymi, w różnym stanie.

– Pamiętam pana, który był po operacji odjęcia prawej ręki. Gdy odzyskał pełną świadomość i dotarło do niego, co się wydarzyło, żadna z pielęgniarek nie miała odwagi pójść do niego. Ponieważ dzwonił jego dzwonek, poszłam do niego jako pierwsza. Był w szoku, zdezorientowany. Zadał mi pytanie: „Jak ja mam teraz żyć, jak mam przytulić swoje pięcioletnie dziecko?”. Przez moment myślałam intensywnie: „Boże, co ja mam mu powiedzieć?”. Zaczęłam wtedy mówić, że Bóg dopuścił do tego, ale rozumiem go, że przeżywa ogromne cierpienie i że nie jest w stanie zrozumieć tego, co się wydarzyło. Powiedziałam też, że może trzeba spojrzeć na to, czego Pan Bóg oczekuje od niego. Co on może zrobić w tym doświadczeniu? Ten mężczyzna był na oddziale kilka dni i wracał do tego pytania: „dlaczego?”. Ale później był wdzięczny za to ukierunkowanie i zaglądał do nas na blok – wspomina s. Julita. Wieloletnie doświadczenie pielęgniarki, ale też i ukrytej dla świata siostry zakonnej – bo bezhabitowej – pokazuje jej, że chorzy buntują się, ale szukają kontaktu, pociechy, proszą o modlitwę. – Jednak potrzeba dużo czasu, żeby przemyśleli sobie tę sytuację, żeby przeanalizowali swoje życie, to przed wypadkiem, chorobą, i to po niej. Staram się im podpowiedzieć takie rozwiązania, żeby znaleźli w tym wszystkim jakiś pokój. I zawsze się za nich modlę – mówi s. Julita.

Znak dla świata

Pole pracy kapelana szpitala może się wydawać dobrym miejscem na szerzenie idei Apostolstwa Chorych, ale chorzy bywają na oddziałach krótko.

– W takiej sytuacji my, kapelani, możemy zwykle „zasiać ziarno”, jednak sam proces dojrzewania do decyzji, aby przystąpić do tego apostolatu, odbywa się już poza szpitalem i trudno nam w tym towarzyszyć choremu. Inaczej jest w parafiach, gdzie duszpasterze mają stały i dłuższy kontakt z chorymi. Odgrywają oni bardzo ważną rolę w szerzeniu tego dzieła – mówi ks. Jakub Kępczyński. Kapelan zwraca uwagę, że Apostolstwo Chorych jest w dzisiejszych czasach również ważnym sygnałem dla członków ich rodzin. Takie osoby, znosząc swoje trudne doświadczenie, przez światło wiary pokazują sens tego, co przeżywają, również na przekór współczesnemu światu, który chorobę i cierpienie stara się często wykluczyć z krajobrazu życia człowieka.

– Takie świadectwa można przeczytać w miesięczniku wydawanym przez tę wspólnotę, pod tym samym tytułem – „Apostolstwo Chorych”. Można powiedzieć, że to jest żywy list, również ludzi chorych do chorych. Są też wspominane różne intencje, które można przesłać na adres wydawnictwa, aby włączyć w tę modlitwę innych – mówi ks. Jakub, który chce, aby idea tej wspólnoty szerzej przeniknęła do diecezji płockiej.


Więcej o apostolstwie na www.apchor.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama