Nowy numer 26/2022 Archiwum

Tylu chorych, samotnych… Kto im pomoże?

Z Płocka wkrótce odejdą siostry szarytki. Są one najstarszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym w diecezji. Jego historia sięga czasów biskupa Poniatowskiego.

Powstaje kolejna wyrwa na duchowej mapie diecezji. Niestety, zaledwie w ciągu dekady odeszły już dwie rodzinny zakonne: albertynki z Ciechanowa i misjonarki klaretynki z Modlina, zaś przybyli przed dwoma laty misjonarze klaretyni. Ten zakonny bilans jest więc ujemny. Powód jest jeden – coraz większy brak powołań.

Ta misja się nie kończy

– Będzie mi bardzo trudno po raz ostatni zamknąć drzwi naszego domu – wyznaje s. Józefa, przełożona płockiej wspólnoty sióstr szarytek. – Gdy wstępowałam do zgromadzenia w 1975 roku, w warszawskiej prowincji było ponad 900 sióstr, dziś pozostało ok. 300. Ponieważ wciąż prowadzimy wiele dzieł, a sióstr jest coraz mniej, stąd taka bolesna decyzja – wyjaśnia s. Józefa. Jak podkreśla, ich płocka fundacja wyróżniała się długą historią oraz obecnością sióstr, które bardzo wiele dokonały w dziedzinie opieki nad chorymi; wśród nich warto przypomnieć s. Walerię Stasiak, która przez 50 lat posługiwała w Płocku, i s. Helenę Pszczółkowską.

Ponad 200-letni pobyt szarytek w Płocku dobiega końca, ale nie kończy się ich misja i charyzmat. – Dla mnie powołanie zakonne i wybór właśnie tej rodziny zakonnej to największy dar od Boga. W tej formie życia zakonnego jest ukryta duchowa świeżość, bo co roku wracamy jakby do początku, odnawiając nasze śluby. W tym życiu i posłudze są ukryte prostota i zwyczajność – wyznaje s. Józefa.

Dzieli się świadectwem swego powołania. – Od dziecka chciałam być siostrą zakonną. Kiedyś podzieliłam się tym pragnieniem z pewną siostrą klauzurową, a ona mi wtedy powiedziała: „Abyś tylko była dobra…”. Wprawdzie trochę stroniłam od szarytek, a pielęgniarstwo było mi dalekie, ale wybrałam właśnie tę drogę. Choć miałam wiele wątpliwości i wewnętrznych niepokojów przed wyborem, to po wstąpieniu do zgromadzenia otrzymałam wielki pokój serca. Byłam i wciąż jestem bardzo szczęśliwa! – mówi s. Józefa. Wspomina pewną chorą, od której wiele się nauczyła, dzięki niej przełamała w sobie lęk. – To było w Przasnyszu, gdzie m.in. opiekowałam się chorą, która miała otwartą ranę i bardzo cierpiała, ale – co najważniejsze – często modliła się, śpiewając jedną pieśń: „O Maryjo, przyjm w ofierze”. Jej postawa pomogła mi w zbliżeniu się do każdego chorego i umierającego człowieka – stwierdza siostra.

Od ponad dwóch lat jest przełożoną w Płocku. Wraz z nią posługują jeszcze dwie siostry. Mają jedną misję: chociaż same w większości są emerytkami, wciąż odwiedzają chorych. Będą tak czynić do ostatniego dnia pobytu w Płocku. – Bo dla mnie chory jest najważniejszą osobą. Gdy ktoś woła o pomoc, to jako szarytki mamy wszystko zostawić i biec do niego, jakby się paliło. To też czuwanie przy chorym, aby nie został sam, aż po godzinę śmierci – dodaje s. Józefa.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama