Nowy numer 26/2022 Archiwum

Z komży się nie wyrasta

Czy przeminęła moda na bycie ministrantem? Jest to problem, bo puste miejsca przy ołtarzach przełożyły się na puste miejsca w seminarium.

To jeden z „wielkanocnych tematów”, w które warto wejść, aby nie tyle wzbudzać nostalgię, ile szukać raczej nadziei.

Aż zakrystia była za mała

Ktoś wspomina, jak dawniej w płockiej Stanisławówce, gdy zaczynała się Msza św., najpierw przez 2–3 minuty wychodziły całe zastępy ministrantów, aż brakowało dla nich miejsca w dużym prezbiterium. A któż w Ciechanowie nie pamięta długich procesji idących przez farę, w których szła ubrana w komże i alby setka ministrantów? Kronika ministrancka z tej parafii sięgała swą historią końca lat 40. XX w. i opisywała, jak przez dekady komunizmu, z kolejnymi księżmi opiekunami i w czasie różnych wydarzeń parafialnych, krzepła i rosła w liczbę ta grupa. Ministranci mieli swój Wieczernik, czyli kilka sal, w których odbywały się ich cotygodniowe spotkania.

Spośród takich właśnie wspólnot w latach 70., 80. i 90. XX w. zrodziło się wiele powołań kapłańskich. Były to również czasy kard. Stefana Wyszyńskiego oraz Jana Pawła II i jego pielgrzymek do Polski. Jeszcze pięć lat temu, w czasie niedawnej peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, w diecezji można było podziwiać piękne szpalery uroczyście ubranej w komże, alby, a nawet czerwone sutanny Liturgicznej Służby Ołtarza. Po prostu ci młodzi chłopcy stojący blisko ołtarza byli żywą wizytówką i ozdobą swych parafii. Ale potem przyszła epidemia, a teraz, gdy najtrudniej wrócić do kościoła dzieciom i młodzieży, grupy ministranckie nie mogą się podnieść.

Problem jest tym poważniejszy, że to właśnie z tych wspólnot najczęściej wywodzili się kandydaci do seminarium i do kapłaństwa. Często na tę kwestię zwracają uwagę biskupi Piotr Libera i Mirosław Milewski, którzy na spotkaniach duszpasterskich z księżmi podkreślają, jak ważna jest praca parafialna z ministrantami dla wzbudzania nowych powołań. Temu celowi ma również służyć zbliżająca się 29 maja V Pielgrzymka Służby Liturgicznej Diecezji Płockiej do Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku. W czasie tego wydarzenia 60 ministrantów zostanie pobłogosławionych do posługi lektorów i ceremoniarzy.

Coś rwało człowieka do ołtarza

Czy jednak wróci moda na służbę przy ołtarzu? Jacek Łuczak z Soczewki k. Płocka jest ministrantem z 45-letnim stażem. – Ta przygoda rozpoczęła się zaraz po I Komunii św. Do zakrystii poszedłem z bratem. Pamiętam, że na początku nie było dla mnie nawet komży. To były przecież czasy, gdy ministranci nie mieścili się w zakrystii, bo było ich tak wielu – wspomina. Do dziś wspomina tamte zbiórki, próby liturgiczne, a później ćwiczenie czytania czy śpiewu psalmu responsoryjnego.

– Coś rwało człowieka do ołtarza. Ta dawna dobra szkoła wymagała przygotowania, próby, ćwiczenia, aby liturgia była piękna. Dbał o to w naszej parafii ks. prał. Andrzej Kondracki, wieloletni proboszcz. On mnie przyjmował do grona ministrantów, pobłogosławił moją komżę, uczył mnie właściwego czytania i dykcji. Moja ministrantura to była dobra szkoła ks. Kondrackiego. Ale to było jeszcze coś więcej, bo dla nas kościół stał się wtedy środowiskiem, w którym spędzało się bardzo dużo czasu. Pamiętam, że gdy byłem już starszym ministrantem, malowano naszą świątynię w Soczewce. Pomagaliśmy wtedy malarzom, sprzątaliśmy. To były całe popołudnia spędzone w parafii – wspomina J. Łuczak.

Z tej posługi ministranckiej w naturalny sposób zrodziło się zaangażowanie w Ruch Światło–Życie. – Co ciekawe, byliśmy chyba jedyną oazową grupą parafialną w diecezji, która formowała się praktycznie bez moderatora. Ksiądz prałat nas zebrał, przychodził czasami na spotkania, ale nie czuł się na siłach, aby wejść w charyzmat oazowy jako moderator. Jednak gdzie i jak tylko mógł, pomagał nam. To był też znak zaufania i odpowiedzialności, jakimi nas obdarzył. Z tak niewielkiej parafii, jaką jest Soczewka, było nas ok. 25 osób w oazie. Z ministrantury i oazy zrodziło się wreszcie pragnienie wstąpienia do seminarium.

– To był ten czas, gdy codziennie wieczorem byłem w kościele. Stało się to tak naturalną treścią życia, że zaprowadziło mnie do seminarium. Wytrwałem tam niemal półtora roku, później postanowiłem odejść. Pamiętam do dziś pytanie ówczesnego ks. wicerektora Bronisława Gwiazdy: „Jakim chcesz być księdzem i czy wytrwasz?”. Wyjaśniłem mu, że „teraz wiem, że nie mogę tu nie przyjść, ale nie wiem, czy zostanę księdzem”. Okazało się, że nie, ale i w seminarium, i w życiu chcę okazać wierność Bogu. I właśnie bycie ministrantem do dziś jest dla mnie znakiem tej wierności i konsekwencji, że byłem i jestem blisko Niego – tłumaczy Jacek Łuczak.

Pozostały ministrantura i przyjaźń

Zazwyczaj gdy młody chłopak idzie do szkoły średniej albo jest już po bierzmowaniu, odchodzi z grupy ministranckiej, jakby to miała być domena małych chłopców. Może rodzi się to również z niezrozumienia, że bycie w grupie ministrantów i blisko ołtarza buduje więzi, które warto pielęgnować nawet przez całe życie.

– Ja po latach zostałem sam z mojego pokolenia przy ołtarzu. Inni się wykruszyli, ale potem dołączył mój kolega, który wcześniej wyjechał do Hiszpanii. Odkąd wrócił do kraju, razem stajemy przy ołtarzu i służymy jako ministranci i lektorzy. On przychodzi razem ze swoim synem. Łącznie w parafii jest dziś pięciu ministrantów. W moim przypadku piękne jest to, że ta służba wciąż trwa – wyznaje ministrant z Soczewki. – Dla mnie to naturalne, bo dorastałem jako ministrant. Czuję się źle, gdy nie jestem przy ołtarzu, chyba że jestem akurat w innym kościele. Tylko moja żona jest pokrzywdzona, że ciągle siedzi sama w ławce. Wielu jest takich, którzy przeszli przez wspólnotę ministrancką, ale potem ich drogi się rozeszły. Co ważne, zawsze można wrócić do bycia ministrantem, a może zwłaszcza dzisiaj potrzeba, aby dorośli już mężczyźni, dawni ministranci z tych pokoleń, gdy było nas tylu przy ołtarzu, na nowo założyli komże. Może tu jest ukryte lekarstwo na osłabione życie parafialne i kryzys powołań do seminarium – zastanawia się Jacek Łuczak.

– Dla mnie to takie naturalne, a nie wyjątkowe, że mimo wieku wciąż zakładam komżę i idę służyć do ołtarza. Bo z komży się nie wyrasta! Nauczyli mnie tego rodzice i babcia. A może znakiem błogosławieństwa za tę służbę jest to, że Pan Bóg zaoszczędził mi problemów wychowawczych w rodzinie, że nasze córki chodziły zawsze z nami do kościoła, a teraz tak samo postępują w swoich rodzinach. Zostały mi ministrantura i przyjaźń. I to się liczy! – dodaje ministrant z Soczewki. To świadectwo potwierdza ks. prał. Andrzej Kondracki. – Tam, w cieniu naszego kościoła, ważne były więzi przyjaźni, które kształtowały się w tych młodych ludziach przez służbę przy ołtarzu, przez oazę, i to od dziecka – stwierdza emerytowany proboszcz podpłockiej parafii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama