Nowy numer 23/2021 Archiwum

Rozkaz nr 00485

Od tych niepozornych cyfr w 1937 r. rozpoczyna się historia sowieckiego ludobójstwa na Polakach, o którym przypomina wystawa IPN w Pułtusku – miejscu, gdzie do ojczyzny powracają spadkobiercy tamtych wydarzeń.

Park przy pułtuskim Domu Polonii bywa tłem dla wielu wystaw, ale ekspozycja przygotowana przez Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej właśnie tutaj zyskuje dodatkowy kontekst i dopełnienie. To w pułtuskim zamku od 2016 r. bije serce Polonii powracającej ze Wschodu. Są to potomkowie rodaków, o których tragicznych losach opowiada wystawa „Rozkaz nr 00485. Antypolska operacja NKWD na sowieckiej Ukrainie 1937–1938”.

W ramach tej operacji aresztowano ponad 143 tys. osób, spośród których co najmniej 111 tys. rozstrzelano, a kilkadziesiąt tysięcy skazano i zesłano do łagrów na kilkuletnie wyroki. Wystarczyło polsko brzmiące nazwisko, kilka słów wypowiedzianych w ojczystym języku albo polska książka czy modlitewnik znalezione podczas rewizji. Wystawa powstała dzięki współpracy m.in. z archiwami ukraińskimi w Chmielnickim, Odessie i Winnicy. Kopie ok. 800 tys. przekazanych dokumentów pozwalają odkryć skalę zbrodni.

– Nasza pamięć narodowa jest sumą także takich trudnych wydarzeń. IPN czyni wiele, aby ten mord znalazł należne miejsce w pamięci Polaków. Na szesnastu planszach udało się umieścić tylko niewielki fragment tej historii. Wystawa zaczyna się od „operacji polskiej”, ale pamiętajmy, że kilka miesięcy wcześniej odbyły się deportacje w głąb Kazachstanu – mówi dr Jarosław Szarek, prezes IPN. – Do Pułtuska przyjeżdżają potomkowie tych ludzi. Łączą nas pamięć, wiara, kultura, dziedzictwo. Przywiązanie do ojczyzny było silniejsze niż plany oprawców, którzy chcieli wyrwać im polskość z serca. Takiego patriotyzmu powinniśmy się od nich uczyć. Deportacje w 1936 r. przeżyła m.in. rodzina Paszkowskich, których potomkowie realizują dziś pragnienie o powrocie do Polski i etapami osiedlają się w ojczyźnie.

– Moi rodzice i dziadkowie zostali zesłani z Żytomierszczyzny. Jeden dziadek pracował jako leśniczy, drugi był stolarzem. Zwykli ludzie. Nikomu nie robili nic złego, ale Sowieci stwierdzili, że to wrogowie. Wsadzili ich do bydlęcych wagonów. Jechali trzy miesiące. Opowiadali, że wielu nie przeżyło tej podróży. Było tak zimno, że rzeczy przymarzały do podłogi. Kiedy to wspominali, to jeszcze tak do mnie nie docierało, dopiero teraz zaczęłam rozumieć, co oni czuli. Ja urodziłam się w Kazachstanie. Widziałam, jak przeżywali ten bardzo ciężki los. Marzyli o powrocie do ojczyzny. Nie udało się. Zmarli w Kazachstanie. Ja spełniłam ich marzenie – opowiada Irena Rybkina, z domu Paszkowska, która przyjechała do Pułtuska w listopadzie 2020 roku.

Przywiozła ze sobą pamiątki, które w Kazachstanie przypominały jej bliskim o Polsce. – To książeczka do modlitwy mojego dziadka, z 1899 roku. Udało mu się ją przechować, chociaż polskie książki były zabronione, tak jak polski język. Modlić się po polsku też nie było można. Ale modliliśmy się w domu. Pamiętam, jak dziadkowie klękali przed obrazkiem, który też zabrałam do ojczyzny. Języka uczyli mnie m.in. z tej książeczki – wspomina kobieta, pokazując wysłużony modlitewnik. Pułtuski Dom Polonii od przeszło 30 lat działa na rzecz Polaków mieszkających poza granicami kraju, a od 2016 r. pełni także funkcję Ośrodka Adaptacyjnego dla Repatriantów.

– Ci ludzie całe życie uważali się za Polaków i poprzez różne działania starali się tę polskość zachować, tak jak pani Irena, która była aktywną działaczką polonijną. W Kazachstanie pomagała przy stowarzyszeniach, tłumaczyła dokumenty. Oni o tym nie mówią, przez swoją skromność. To są takie nasze perełki, piastunowie polskości na obczyźnie – opowiada o rodakach Antonina Grabowska z pułtuskiego zespołu adaptacyjnego dla repatriantów.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama