Nowy numer 23/2021 Archiwum

Na dyżurze w sutannie

Kim czuje się kapelan szpitalny w dobie COVID-19? – Nie jesteśmy bohaterami, raczej chcemy być Szymonami z Cyreny – mówi najmłodszy, jak do tej pory, duszpasterz posługujący na oddziałach w płockim szpitalu na Winiarach.

Z tą posługą ks. Jakub Kępczyński zetknął się już w ramach praktyk seminaryjnych. Po niespełna pięciu latach od święceń, wikariacie w Karniewie i Świedziebni znów pojawił się w jego życiu szpital. Jednak z powodu pandemii wyglądający zupełnie inaczej. Jednym z bolesnych znaków epidemii jest opustoszała kaplica, do której pacjenci z oddziałów nie mogą swobodnie przychodzić. Inne wyzwanie, szczególnie w pierwszych dniach, to wizyty u chorych na COVID-19.

– Początki były trudne, ale pomagali mi lekarze i pielęgniarki, uczący mnie zewnętrznego przygotowania, choćby procedury zakładania kombinezonu ochronnego i jego bezpiecznego zdejmowania, aby samemu się nie zarazić. A niełatwo się do niego przyzwyczaić, bo jest w nim bardzo gorąco. Z drugiej strony cieszymy się, że w ogóle jest możliwość pójścia do chorych – mówi ks. Jakub, który posługuje w płockim szpitalu na Winiarach od grudnia wraz z ks. Marcinem Zboińskim, a jednocześnie, gdy zajdzie taka potrzeba, odwiedza pacjentów w szpitalu tymczasowym. Sam już jako dziecko oswoił się ze szpitalną rzeczywistością, bo od siódmego roku życia zmagał się z zapaleniem stawów.

Potem choroba minęła, ale po wstąpieniu do seminarium pojawiła się w nim gotowość do pracy właśnie w takim miejscu, gdzie obecność kapłana jest szczególnie potrzebna. – Nie zawsze jest przyjemnie, ale wydaje mi się, że jednak obecność w szpitalu księdza w sutannie to ważny znak, bo nawet jeśli nie dzisiaj, to może za tydzień, za miesiąc coś może się zmienić w życiu jakiegoś człowieka – mówi. Wydaje się, że te niespełna pół roku to zbyt krótki czas, aby czegoś doświadczyć, ale dla księdza Jakuba już przyniósł on mocne świadectwa, jak w tym szpitalnym świecie, przesyconym cierpieniem i lękiem, potrzebny jest kapelan. I to nie superman, bohater, ale raczej Szymon z Cyreny, który towarzyszy drugiemu człowiekowi w cierpieniu.

– Na początku mojej posługi zadzwonił do mnie pewien mężczyzna z prośbą, aby pójść do jego żony na oddział, by udzielić jej sakramentów. Potem spotkaliśmy się przed szpitalem na rozmowę. Takich rozmów i spotkań było kilka i zakończyły się spowiedzią tego mężczyzny po kilkudziesięciu latach. Wtedy usłyszałem od niego, że gdyby nie te rozmowy, to pewnie nadal by nie skorzystałby ze spowiedzi. Powiedział też słowa, które zapadły mi w pamięć: „Ma ksiądz w oczach coś, co człowieka przyciąga, i niech ksiądz tego nie zmarnuje...” – uśmiecha się ks. Jakub. Innym razem otrzymał telefon od młodej dziewczyny, która prosiła, by wraz z jej rodziną poszedł do babci, która leżała na oddziale płucnym. Nie można było wejść do sali, ale dla chorej ważna była już sama obecność kapelana i błogosławieństwo udzielone przez okno.

W szpitalnej rzeczywistości sam kapelan może czasem uczyć się od świeckich, przeżywających swoje dramaty w świetle wiary. Ksiądz Jakub wspomina matkę, której 29-letni syn trafił nagle do szpitala w ciężkim stanie. Kobieta przyszła do kaplicy szpitalnej. Usiedli przed ołtarzem, w którym znajduje się obraz Chrystusa Zmartwychwstałego, wieńczący monumentalną drogę krzyżową namalowaną dla tego miejsca przez płocką malarkę Dorotę Goleniewską-Szelągowską. – Patrząc na stację, w której Maryja trzyma w ramionach ciało Jezusa, ta kobieta stwierdziła, że od Niej uczy się przeżywania choroby swojego dziecka – wspomina młody kapelan.

Do szpitalnej kaplicy, która nosi wezwanie św. o. Pio, trafiają nie tylko bliscy chorych, ale – co ciekawe – również osoby z zewnątrz, które przyszły do otwartego obok punktu szczepień przeciw COVID-19. W tej kaplicy też zaczyna się codzienna posługa kapelana. Tu ks. Jakub, podobnie jak inni księża, czerpie siłę do codziennej pracy, swoistego dyżuru duszpasterskiego, który rozpoczyna rankiem, a kończy wieczorem. Pacjenci nie mają możliwości tu przyjść, więc to kapłan musi do nich dotrzeć, przechodząc przez oddziały i udzielając sakramentów, albo czasem po prostu towarzysząc im przez jakiś czas, aby nie czuli się samotni. Dzięki obecności kapelana nawet pacjenci covidowi, jeśli tego pragną, mogą przyjąć Komunię św.

– Na takim oddziale są strefy tzw. czysta i brudna. My ze strefy brudnej nie możemy nic wynieść, więc niesiemy Komunię św. w naczyniach jednorazowego użytku. Wcześniej też wiemy, ile Komunii mamy udzielić – wyjaśnia procedurę ks. Jakub. Wchodząc na szpitalną salę z Komunią św., często widzi błysk, może łzę w oczach niektórych pacjentów. Takie chwile dają radość i motywują do tego, by nie patrząc na trudności i przykre słowa, które też czasem się zdarzają, następnego dnia tu wrócić. – Chociaż bardzo dobrze czułem się jako wikariusz, nie żałuję, że zgodziłem się zostać kapelanem – zapewnia ksiądz Jakub.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama