Nowy numer 26/2022 Archiwum

Główny Scenarzysta je zaskoczył

Ilu ludzi, tyle historii, ale jeden głos. Boży głos. Czy dziś można go usłyszeć?

Zakon? W ogóle o nim nie myślałam... – tak czasem zaczyna się historia powołania.

Czy tu można być szczęśliwym?

– Wstyd się przyznać, ale gdy byłam nastolatką, chodziłam wprawdzie na Mszę św., ale... skubałam w kościele słonecznik. Taka byłam pobożna – śmieje się s. Dominika Burnos ze Zgromadzenia Misjonarek Krwi Chrystusa, która obecnie mieszka w domu zakonnym w podpłockim Rogozinie i pracuje od kilku lat jako pedagog w ośrodku szkolno-wychowawczym.

– Mimo że pochodzę z tradycyjnej, katolickiej rodziny, jako nastolatka nudziłam się na Mszy św., jak większość młodych ludzi. Wydawało mi się, że tam nie dzieje się nic atrakcyjnego. Więc skąd moje powołanie? Myślę, że przyszło najpierw przez doświadczenie ogromnej miłości Pana Boga, a później przez samo świadectwo sióstr, chociaż na początku w ogóle nie myślałam o zakonie, bo sądziłam, że w nim nie można być szczęśliwym – przyznaje misjonarka. Siostra Dominika pochodzi z diecezji zielonogórsko-gorzowskiej. Do jej parafii proboszcz zaprosił kiedyś na rekolekcje wielkopostne kilkunastoosobową ekipę ewangelizacyjną, złożoną ze zgromadzeń Misjonarzy i Misjonarek Krwi Chrystusa oraz osób świeckich. Wtedy była to nowość, lekka sensacja. I wtedy właśnie zaintrygowało ją, że siostry wydają się autentycznie szczęśliwe. Potem sama pojechała na rekolekcje i – jak mówi – zakochała się w Jezusie.

– Gdy ktoś mnie pyta, czy jestem szczęśliwa, odpowiadam: „Jestem szczęśliwa, ale nie zawsze zadowolona”. Przeżywając różne trudności – i te z zewnątrz, i te osobiste – nigdy nie żałowałam jednego: tego, że oddałam swoje życie Jezusowi i On mnie na tej drodze znalazł. Kiedyś wydawało mi się, że to niemożliwe, że nie dam rady, bo nie mogę sobie tak po prostu iść na zakupy albo na basen, a bardzo lubię pływać. Jednak wybierając najwyższą wartość – Jezusa – te inne rzeczy nie były już tak ważne. I tak jest do dziś. W dalszym ciągu przy tym najważniejszym wyborze wszystko inne jednak blednie – dzieli się misjonarka Krwi Chrystusa z Rogozina.

Uszyta na miarę

Również dla służki z Płocka s. Agnieszki Kłosińskiej zakon był kiedyś ostatnim ze scenariuszy życiowych, jaki mogła sobie sama wybrać. Wybrał Pan Bóg i to skutecznie. – Był taki okres w moim życiu, gdy się zbuntowałam. To był czas po śmierci mojej babci. Miałam wątpliwości dotyczące wiary, rodziły się we mnie różne pytania, że skoro Pan Bóg taki dobry, to dlaczego na świecie jest tyle cierpienia. W którymś momencie spotkałam jednak młodych ludzi z organizacji harcerskiej. Chcieli mnie przybliżyć do Pana Boga, ale ostatecznie stwierdzili, że nic mi już nie wytłumaczą i mogą się po prostu za mnie pomodlić. I to był moment, gdy poczułam, że Jezus jest naprawdę w moim życiu, że to jest Osoba, która się o mnie troszczy – opowiada s. Agnieszka.

Tak zaczęła się jej duchowa rewolucja. Zauważyła, że życie jest najpiękniejszym prezentem i że Bóg obecny jest w swoim słowie i sakramentach. Ale jakiegoś spektakularnego „znaku” nie było. – Miałam jeszcze chłopaka i rozważałam małżeństwo. Jednak w którymś momencie Pan Bóg coraz bardziej zaczął rozgaszczać się w moim sercu. Ta Boża miłość zaczęła mnie przepełniać i czułam, że jedynie ona jest w stanie nasycić moje serce – wspomina siostra służka. Dziś mówi, że wybierając zakon, nie czuła się zmuszona przez Boga – przeciwnie, czuła pełną wolność. I na tym etapie główny Scenarzysta ją zaskoczył. – Jeśli chodzi o wybór zakonu, to było o tyle zabawnie, że cały czas się pchałam do klauzury... – śmieje się s. Agnieszka, którą dziś, gdy widzi się jej entuzjazm i energię, faktycznie trudno wyobrazić sobie w zakonie kontemplacyjnym.

– Chciałam jak Mała Tereska zamknąć się w klasztorze i poświęcić wszystko radykalnie. Ale Pan Bóg dał mi za patrona św. Franciszka... – wspomina. Do jednego z licznych honorackich zgromadzeń, do służek, nie przekonał jej taki czy inny charyzmat pracy sióstr, ani brak habitu, ale doświadczenie „bycia u siebie” podczas rekolekcji przeżywanych w jednym z domów tego zgromadzenia. I tak jego duchowość okazała się uszyta na jej miarę. – To było pierwsze odczucie, a dzisiaj, żyjąc przez lata tą duchowością, widzę, że to jest autentycznie moje – mówi.

Po prostu być

Dzisiaj siostry pomagają przede wszystkim młodym ludziom odnajdywać ich własną drogę, i to nawet niekoniecznie w zakonie. W domu Misjonarek Krwi Chrystusa w podpłockim Rogozinie, mającym za patronów św. Annę i św. Joachima, dziadków Pana Jezusa, przez ostatnie lata prowadzone są rekolekcje i dni skupienia dla młodzieży. I niekoniecznie uczestniczą w nich „twarde” kandydatki na zakonnice.

– Zgłasza się zwykle kilkanaście dziewczyn. Studentki lub uczennice szkoły średniej. One mają poczucie, że my do niczego ich nie namawiamy, bo część z nich ma chłopaków i nie wiąże przyszłości z zakonem. Staramy się, by czuły się w swych wyborach wolne – zapewnia misjonarka Krwi Chrystusa z Rogozina. Czego szukają? Wyciszenia. Czasu sam na sam z Jezusem. Potwierdzają to opinie uczestniczek tych spotkań. Jak mówi s. Dominika, nie było dotychczas takiej grupy, w której część dziewczyn, albo przynajmniej jedna z nich, nie wskazałaby na adorację jako najważniejszy czas w całym programie. Siostry z kolei starają się im towarzyszyć, po prostu z nimi być. Może to klucz do serc młodych ludzi, zastanawia się s. Dominika.

Dziś przecież duża część młodzieży nawet nie przychodzi do kościoła, by tak jak ona, gdy była nastolatką, „poskubać słonecznik”. Po prostu nie przychodzi w ogóle. Więc być. Towarzyszyć, nawet, a może szczególnie w czasie pandemii. – Teraz to bezpośrednie towarzyszenie z powodu pandemii jest bardzo ograniczone, ale myślę, że nie możemy sobie tego łatwo odpuszczać. Owszem, jest dużo rekolekcji w internecie, ale chodzi o to, abyśmy za łatwo nie rezygnowali ze spotkań, choćby w małych grupach, na tyle, na ile pozwala reżim sanitarny. To jest nie do zastąpienia – uważa s. Dominika. Takie rekolekcje i dni skupienia organizują też od lat siostry służki. Siostra Agnieszka Kłosińska zauważa, że te spotkania, to zapraszanie młodych do domu zakonnego, do ich wspólnoty ma sens.

– Przyjeżdżając na takie rekolekcje, młodzież widzi, że to jednak jest inna przestrzeń życia i dostrzega w tym wartość. Część z nich jest pod wrażeniem, że można w ten sposób żyć, bo to sprzeczne z tym, co świat dziś proponuje. Młodzi ludzie zadają też wiele pytań. Czasem pytają wprost o powołania zakonne, a czasem po prostu o życie, o to na przykład, jak wybrać właściwe studia. Pamiętam dziewczynę, która przyjechała na nasze rekolekcje ze swoim chłopakiem, bo chciała, żeby siostra dyskretnie przyjrzała mu się i oceniła, czy może być dobrym kandydatem na męża – wspomina z uśmiechem s. Agnieszka Kłosińska. – Myślę, że w takich sytuacjach młodzi mają świadomość, że osoba zakonna w pewnym momencie sama musiała rozeznać i dokonać wyboru. Mamy więc pomagać im zadawać sobie pytania i odnajdywać odpowiedzi w sobie – uważa służka.

Nie idziesz sama

Może się wydawać, że w świecie idoli i celebrytów nie jest łatwo przyciągnąć uwagę szczególnie młodego człowieka, choćby nawet tego poszukującego. Jednak – jak twierdzi płocka służka, która katechizuje młodzież w Zespole Szkół Technicznych w Płocku, nie trzeba być nadzwyczajnym księdzem czy siostrą zakonną. – To, co możemy dać światu, to nie nasz talent, tylko nasza autentyczność. Zewnętrzny poklask szybko zgaśnie – uważa. Siostry, pracując w różnych środowiskach, zauważają coraz bardziej, jak ważne jest zwyczajne świadectwo życia. I nie potrzeba fajerwerków. Pięknie wyraża to dewiza duchowości Misjonarek Krwi Chrystusa.

– My często mówimy, że mamy być jak krew w organizmie. Krew jest niewidoczna, ale bez niej nie ma życia. Często może się wydawać, że mamy prace skromne, ukryte, niewidoczne dla świata, ale jednak staramy się nie zmarnować żadnej okazji, by wypełniać swoje powołanie – być jak Maryja, pod krzyżem, tam, gdzie Jezus cierpi. Dla nas wszystko jest okazją do misji, praca, każde spotkanie, podróż, odwiedziny – mówi s. Dominika ze zgromadzenia, które ma nie tyle wymiar pasyjny, ile paschalny, niezatrzymujący się na cierpieniu, ale prowadzący do nowego życia. Jak mówią siostry, wychodząc do młodego człowieka, często pogubionego i oderwanego od korzeni rodzinnych, tradycji i wiary, warto mieć mocną świadomość tego, że nie idzie się w pojedynkę. – Wierzę, że wychodząc do młodych, nie wychodzę sama, jako człowiek, tylko tak naprawdę wychodzi Pan Bóg. Dzięki temu nie jesteśmy na przegranej pozycji – zaznacza s. Agnieszka Kłosińska. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama