Nowy numer 26/2022 Archiwum

Na tym szpitalnym łóżku wiele się we mnie zmieniło

– Dla mnie to będzie wyjątkowa Wielkanoc, niepodobna do innych – mówi pani Anna.

Pandemia zdeterminowała kolejne Święta Paschalne. Zdeterminowała także poprzedzający je Wielki Post. Dla niektórych – jak mówią – był on pierwszym tak prawdziwym...

Ty się tym zajmij

Doświadczenie choroby sprawiło, że niektórzy rozpoczęli swoją paschę wcześniej. Tak jak pani Anna, która na początku marca ze spadającą saturacją i problemami z oddychaniem trafiła do płońskiego szpitala. Diagnoza – zapalenie płuc w wyniku COVID-19. Po tygodniu spędzonym na bezskutecznej antybiotykoterapii w domu zajęte było ponad 20 proc. powierzchni płuc.

– Doskonale pamiętam moment, kiedy trafiłam na oddział. Człowiek jest sam, oddzielony od rodziny, widzi tylko pielęgniarkę i lekarza, którzy – co zrozumiałe – ograniczają swoje wizyty do minimum. Ograniczony jest też przepływ informacji. Oddział jest zamknięty, nie można opuszczać pokoju. Na sali jest druga osoba, która się dusi, zrywa maskę, jest „splątana”, spada z łóżka, nie może oddychać... Woła się pielęgniarkę. Nie zawsze przychodzi od razu, bo właśnie zdążyła się rozebrać z tego „kokonu” bezpieczeństwa, a zanim się ubierze, to chwilę potrwa. Jestem pełna podziwu dla personelu medycznego, za to, ile musi znosić na tych oddziałach! Teraz wiem, że wszystko przebiega w takim rytmie, jak powinno, ale leżąc tam, ma się wrażenie, że wszystko dzieje się bardzo powoli. Narasta poczucie osamotnienia. Zostaje telefon, jeśli ma się siłę mówić...

Na początku w głowie kłębiły mi się tysiące myśli: „Co będzie?”, „Jak sobie pomóc?”, „Co z moją rodziną?”, ale przyszedł taki moment, kiedy dotarło do mnie, że to już nic nie da, kiedy doszłam do symbolicznej ściany. Przyszła taka bezradność, że zupełnie bez buntu, bo nie było ani siły, ani żadnych możliwości działania, zaczęłam tę niemoc, cierpienie oddawać Jezusowi Miłosiernemu. „Ty się tym zajmij, zajmij się moją rodziną” – mówiłam. I wtedy, w tej szpitalnej samotni, zupełnie nieoczekiwanie stanęłam w prawdzie o sobie. Zobaczyłam swoje grzechy, to, jakie popełniałam błędy, z jaką łatwością przychodziło mi ocenianie innych. Jakby ktoś mi to wszystko wyświetlił – opowiada pani Anna. Szpital okazał się dla niej miejscem przełomowym, także w uzdrowieniu duszy. Silne przeżycia, lęk o siebie i najbliższych, a może odizolowanie od wszystkiego, co na co dzień uniemożliwiało wsłuchanie się w siebie, wywołało tak głęboką autorefleksję. Pani Anna mówi wprost, że doznała łaski.

– Ja tam zrozumiałam, co się liczy w życiu: żeby być z ludźmi i dla ludzi, być życzliwym człowiekiem, przyjmować innych takimi, jakimi są, podchodzić do nich z miłością. Mam to poczucie, że na tym szpitalnym łóżku wiele się we mnie zmieniło. Napełniłam się spokojem. I chociaż nieraz jeszcze upadnę, wydaje mi się, że może bardziej świadomie będę dążyć do tego ideału. Myślę, że pokora przychodzi tylko przez cierpienie. Ktoś powie, że to oklepane słowa – tak, ale dla mnie dopiero po doświadczeniu tej choroby nabrały głębi. Jestem wdzięczna Bogu, że tak mnie „przeczołgał”. Najgorsze mam za sobą, ale najbardziej przeraża to, ilu ludzi umiera w samotności, bez sakramentów, z nieuporządkowanym życiem, z którego zostali wyrwani – opowiada. Oparciem w izolacji stała się modlitwa ofiarowana za dusze w czyśćcu cierpiące i ulubiona od lat Koronka do Miłosierdzia Bożego. – Na oddziale covidowym człowiek jest ograbiony ze wszystkiego. To, co mnie trzymało, to modlitwa Koronką do Miłosierdzia Bożego. Wierzę, że wlać nadzieję w te szpitalne „pustynie” może właśnie Jezus Miłosierny – uważa.

Nie wypuścić dłoni

Pani Urszula jest lekarzem neurologiem. W swojej pracy styka się z historiami trudnymi, czasami wręcz beznadziejnymi. Dlatego, gdy tylko może, idzie do kościoła. – Ja nie wiem, jak bym dźwigała te obowiązki, gdyby nie codzienna adoracja i Eucharystia –przyznaje. Wspomina, jak kiedyś u jednego z jej pacjentów stwierdzono guza mózgu. – Diagnoza była jednoznaczna, a ja miałam ją mu przekazać. To był i zawsze jest najtrudniejszy moment dla lekarza, gdy brakuje słów, aby powiedzieć prawdę, a z drugiej strony podnieść na duchu i pocieszyć. I tak było wtedy. Ale okazało się, że człowiek ów zdawał sobie doskonale sprawę z tego, co go czeka. Na to samo chorował jego teść, a dodatkowo ciężko chory był także jego syn. Sytuacja była więc beznadziejna, ale podziwiałam go, jak trzeźwo i ofiarnie patrzył na swoje kończące się życie. Ono zmierzało ku końcowi, ale człowiek ten mówił mi, że prosi Boga, aby przyjął jego cierpienie za życie syna. Po ludzku był w nim żal za tym życiem, ale też były w nim wielka pokora i wdzięczność – wspomina doktor.

– Bardzo trudno przychodzi zaakceptować taki stan, ale kto ma żywą wiarę, przyjmuje nawet najtrudniejszą diagnozę. Przede wszystkim wtedy trzeba pozwolić sobie pomóc, nie burzyć relacji ze światem i z ludźmi, ale przebudować swoje życie w chorobie i cierpieniu – mówi. Wśród jej pacjentów jest wiele osób po udarach, przykutych do łóżka, leżących nieraz w stanie wegetatywnym. Stara się być przy chorych umierających. Za niektórych modli się sama, niektórzy sami proszą o modlitwę. Często bierze ich wtedy za rękę. – Najważniejszy jest uścisk dłoni, modlitwa i świadomość, że w tak ważnej chwili jestem przy takiej osobie – opowiada. – Rodzinie czasami wydaje się, że lekarz się poddaje, ale tak nie jest. W takich chwilach my potrzebujemy wsparcia i o nie prosimy, przez księdza i sakramenty. To również jest konieczne jako lekarstwo i terapia, bo nie tylko ciało, ale i dusza w człowieku choruje – uważa pani Urszula.

– Często sobie powtarzam, gdy stawiam jakąś diagnozę, że „Bóg wie lepiej”, jaka jest faktyczna sytuacja. Ale też chciałabym powiedzieć, choć nie zawsze mogę, żeby pacjenci wiedzieli, iż samotność i izolacja, którą przeżywamy w szpitalu albo zamknięci w domu na kwarantannie, wołają o obecność Boga. Ona rekompensuje wszystkie inne nieobecności w naszym życiu – stwierdza. Pani Urszula sama miała COVID i przebywała w izolacji. Jak mówi, w tej przymusowej samotności i odosobnieniu dostrzegła także pewne dobre strony. – Potrzeba niewiele, otwarcia na ciszę i Boga oraz pragnienia modlitwy. Nie ma co się zatapiać w świecie wirtualnym. Może przez ten czas wielu przypomni sobie, jak bardzo liczą się wnętrze i żywa relacja z Bogiem – podkreśla lekarz.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama