Nowy numer 3/2021 Archiwum

Syzyf z Armenii

Mówią o sobie, że są Ormianami i Polakami. Na swój drugi dom wybrali Pułtusk i okolice, ale krwawi im serce na myśl o bolesnej historii ich rodzin i o zburzonym domu w Górskim Karabachu.

Od 30 lat Grzegorz i Elżbieta Asłanian mieszkają w Polsce. W ich domu pełnym obrazów i ściennych malowideł, który jest prawdziwą galerią sztuki, obok polskiej flagi powiewają flagi Armenii i Górskiego Karabachu.

Nie ma komu liczyć tych łez

Pan Grzegorz jest artystą, malarzem i konserwatorem. Jak mówi, malował od dziecka, nauczył się tego od ojca. Pochodzi z Erewania, tam też ukończył studia. A obok talentu malarskiego znakomicie zna się na filozofii.

Jego dziadkowie Józef i Maria zginęli w 1915 r. w czasie ludobójstwa Ormian. – Mój ojciec miał wtedy zaledwie kilka lat, schowano go w piwnicy, ale widział, jak jego rodzice byli wrzucani do ognia. Boli mnie, jak świat patrzył obojętnie na nasz dramat 100 lat temu i obecnie. Jest w tym wszystkim jakaś hipokryzja i zakłamanie, bo najpierw różne kraje sprzedawały broń, a potem pytały się, czy nie potrzebujemy pomocy humanitarnej. Wymownym świadectwem tej dziejowej niesprawiedliwości są zburzone kościoły, a przecież chrześcijaństwo w Armenii sięga czasów apostolskich. To pokazuje, co się dzisiaj dzieje z Armenią i z chrześcijaństwem w ogóle – mówi rozżalony Grzegorz Asłanian.

Z kolei jego żona Elżbieta jest z Górskiego Karabachu, a więc terytoriów, gdzie ostatnio toczyła się wojna, a które to obszary na mocy rozejmu przeszły teraz pod kontrolę Azerbejdżanu. W 1990 r., w czasie konfliktu azersko-ormiańskiego, zginął jej brat, teraz zmarła matka. Burzliwa historia Armenii boleśnie dotknęła jej rodzinę.

– To, co się dzieje w mojej ojczyźnie, jest straszne. Pochodzę z ziemi Górskiego Karabachu, z powiatu Hadrut, z miejscowości Mec Tager, gdzie mieszkało około 2 tys. Ormian. Tam mieszkała moja mama i cała rodzina, i nasi przodkowie. Dzisiaj tam już nic nie ma. Moja mama Wiktoria zginęła 2 listopada podczas bombardowania. Rodzina, uciekając, zabrała jej ciało ze sobą, bo tam nie będzie już miejsca na ormiańskie groby. Dla nikogo z nas tam nie ma już miejsca. Całe rodziny pozostawiły swoją ojczyznę. Ormianie, uciekając przed śmiercią, zabierają ze sobą garść ziemi, kawałek kamienia z kościoła, trochę osobistych rzeczy. Jedynie niektórzy księża zostają, aby strzec naszych świątyń. Tam już dla nas nie ma przyszłości – opowiada pani Elżbieta.

– Mój lęk uspokaja widok z obrazu na armeńską część góry Ararat, który mamy w naszym domu. Wierzę, że Bóg ocali nasz naród, tak jak w czasach potopu i Noego ocalił ludzkość przed zagładą, bo Jego przymierze jest nieodwołalne. Ormianie też ujrzą jeszcze tęczę pokoju, ale czy powrócą na swe ziemie? Nadzieja umiera ostatnia… – dodaje żona malarza.

– Wystarczy spojrzeć na naszą historię. Kiedyś Armenia mierzyła 800 tys. km kw. powierzchni, dzisiaj to zaledwie 29 tysięcy. Oprócz kultury nie mamy środków, aby się bronić. Nie mamy ropy naftowej i innych bogactw naturalnych. Oprócz wiary chrześcijańskiej, bogatej kultury i pięknej górskiej przyrody nie mamy ekonomicznej mocy jak inne kraje. Południowy Kaukaz, na którym toczą się walki, jest ważnym korytarzem rurociągów transportujących ropę i gaz na rynki światowe. Jesteśmy najstarszym państwem chrześcijańskim. Mamy bardzo stare kościoły z V i VI wieku. Wiarę przyjęliśmy od apostołów Judy Tadeusza i Bartłomieja. Oni tutaj ponieśli śmierć męczeńską. Chrześcijańska kultura i wiara to nasz skarb, o który dzisiaj toczy się batalia, nie tylko w Armenii – akcentuje pan Grzegorz.

Malowany głaz

W domu państwa Asłanian, który sami nazwali „galerią Mansarda”, jest wiele obrazów z mazowieckimi i pułtuskimi pejzażami. Ale jest też wiele prac przywołujących wspomnienia z Armenii, tamtejszych kościołów z charakterystycznymi wieżami i kaukaskich pejzaży. Dla pani Elżbiety mąż namalował widoki z jej rodzinnej miejscowości. – To są domy, w których nikt już nie mieszka, pewnie zostały zburzone, nie wiem. Mnie zostały tylko te obrazy. Tym bardziej są dla mnie drogie i szczególne – wyznaje pani Elżbieta.

Są też inne szczególne dzieła, bo tak trzeba mówić o obrazach Grzegorza Asłaniana, wszak wiele z nich znajduje się w wielu kolekcjach na całym świecie. – Mąż długo malował dwa obrazy: jeden z nich przedstawia żal św. Piotra, drugi – płaczącą Marię Magdalenę. Mówią one coś więcej o duszy tych postaci i o tym, kto je maluje – dodaje pani Elżbieta.

– Gdy nie maluję, jest mi smutno, ale gdy maluję, nie ma mnie tu, uciekam. To smutna profesja, bo jesteś samotnikiem: z farbami i pędzlem. Mam też wiele przemyśleń na temat życia i wartości. Uważam się za egzystencjalistę i czasami spieram się Heideggerem czy Sartre’em. Uważam, że każdy z nas jest Syzyfem, bo codziennie robimy wciąż to samo, ciągle na nowo wpadamy w ten sam trud życia. Mnie w tym pomaga pędzel i kolory, aby jak Syzyf dźwigać swą historię i trudne teraz – wyznaje artysta. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama