Nowy numer 3/2021 Archiwum

Co zrobiłaby senator Fetlińska?

Może wystarczy łóżek covidowych i respiratorów, ale co się stanie, gdy zabraknie lekarzy i pielęgniarek?

Wczasie srożącej się epidemii słowa i czyny senator Janiny Fetlińskiej, pielęgniarki z powołania, wspominają jej najbliżsi i przyjaciółki.

Na jednym wózku z pacjentem

Dziwna i nieobliczalna w skutkach jest ta choroba, którą tak łatwo jest się zarazić i którą jedni przejdą lżej czy nawet bezobjawowo, a inni będą walczyć o życie pod respiratorem. Ci, którzy znaleźli się w szpitalu, odizolowani od świata, najczęściej widywać będą właśnie pielęgniarkę, ubraną w kombinezon, rękawiczki, przyłbicę i maskę. Jedną z nich jest s. Aneta Krawczyk, pasjonistka, która jest pielęgniarką na oddziale covidowym na płockich Winiarach. – W tej pracy jedynym oparciem dla mnie jest wiara. Proszę więc zawsze Pana Boga o łaskę i siłę, bo gdyby nie Jego opieka, można by się załamać. Teraz w naszej pracy jest wielkie napięcie, rygorystyczne zasady bezpieczeństwa i ciągłe zmienianie kombinezonów; towarzyszą temu presja i ryzyko narażenia własnego zdrowia, a z drugiej strony konieczność szybkości działania i precyzji.

Koronawirus zmienił charakter naszej pracy, bo dawniej pacjent od razu poznawał pielęgniarkę – o co nie poprosił lekarza, o to miał śmiałość poprosić właśnie ją. Teraz chorzy nawet nie wiedzą, kto do nich przychodzi. Czasami, zwłaszcza na początku, wręcz się boją. Gdy ja wchodzę do takich chorych, staram się zamienić z nimi słowo, choć jest to bardzo trudne, bo maska i przyłbica... Ale przynajmniej próbuję ich uspokoić i mówię, że jestem pielęgniarką i chcę pomóc – opowiada s. Aneta Krawczyk. Siostra również przeszła koronawirusa i sama mówi: „Jest to bardzo poważna choroba, potrzebująca leczenia, niosąca też ryzyko śmierci”. – Jedna z jej oznak to brak sił, jakby człowiek dochodził do muru swoich możliwości w najprostszych czynnościach. Ja tylko polecałam się Panu Bogu w prostej modlitwie ufności. Nie jestem jeszcze w pełni sił, ale już mi się śni oddział na Winiarach i pacjenci, którym pomagam – mówi siostra.

Pielęgniarka do końca

Jak wielkiej więc trzeba odwagi i determinacji, aby pielęgniarka stanęła w pierwszej linii do walki z koronawirusem? „Przez miłość do ludzi zostałam pielęgniarką” – wyznała kiedyś senator Janina Fetlińska, która 10 lat temu zginęła w katastrofie smoleńskiej. Gdy czekało ją jakieś publiczne wystąpienie, zawsze zaczynała od słów: „Jestem pielęgniarką”. I była nią do końca. Jak wspomina jej mąż Włodzimierz Fetliński, kiedyś trzeba było opóźnić wieczerzę wigilijną, bo ktoś poprosił jego żonę o pomoc.

– Ona nie umiała odmówić albo powiedzieć wymijająco, żeby ten ktoś poczekał. Innym razem jechaliśmy samochodem w kierunku Przasnysza. Była wielka mgła i droga była bardzo śliska. Trafiliśmy na karambol. Gdy udało mi się bezpiecznie zatrzymać na poboczu, żona szybko wyskoczyła z samochodu i pobiegła sprawdzić, czy ktoś nie potrzebuje pomocy. Taka właśnie była, ponad wszystko przekładała niesienie pomocy – wspomina pan Włodzimierz. A co dziś by powiedziała pielęgniarkom ich starsza siostra? – Ona sama dałaby przykład i stanęłaby w pierwszej linii, aby pomagać, mimo że jest trudno i można się zarazić – uważa s. Aneta. – Bo pomoc drugiemu człowiekowi była dla niej na pierwszym miejscu. Ten etos pielęgniarstwa był fundamentem jej działania. Powtarzała, że pielęgniarkami zostajemy do końca. Nawet gdy została senatorem, wciąż pomagała. Otwartość jej serca była ogromna – wspomina swoją serdeczną przyjaciółkę.

– Do jej biura senackiego w Ciechanowie zawsze ustawiały się długie kolejki, a ona swoją misję pielęgniarską przeniosła do sposobu uprawiania polityki. W tym wszystkim była autentyczna i empatyczna. Szanowała każdego człowieka, bo właśnie normy pielęgniarstwa przełożyła na inne dziedziny życia, w których była obecna – wspomina dr Małgorzata Marcysiak z Ciechanowa, również przyjaciółka J. Fetlińskiej. Co jej zdaniem powiedziałaby pani senator swoim koleżankom pielęgniarkom, a zwłaszcza młodym, przygotowującym się do tego zawodu? – Zagrzewałaby te osoby, mówiłaby, że sobie poradzą. Pamiętam, jak często powtarzała właśnie: „Dasz radę!”. Zachęcałaby również, aby w tej nowej sytuacji pielęgniarki pogłębiały swoją wiedzę i umiejętności – dodaje M. Marcysiak, która w Ciechanowie zajmuje się kształceniem nowych pielęgniarek.

Tu chodzi o coś więcej

Janina Fetlińska jako pierwsza w Polsce pielęgniarka zdobyła stopień naukowy doktora nauk medycznych w dziedzinie pielęgniarstwa. Później sama kładła podwaliny pod kształcenie na kierunku pielęgniarskim na poziomie wyższym. – Uczyła mnie w liceum, była niezwykłą osobą. Dzięki temu, kim sama była i co wykładała, udowadniała nam, że jest to niezwykły zawód. Były w niej niezwykła konsekwencja i charyzma – wspomina dr Marcysiak. – Zawsze podkreślała, że w nowoczesnym pielęgniarstwie chodzi o coraz większy profesjonalizm, o odpowiedzialność i samodzielność zawodową. Z tej racji tworzyła też podwaliny pod samorząd pielęgniarski. Ta idea dr Fetlińskiej jest dziś bardzo aktualna, bo dzięki nabytym kompetencjom zawodowym pielęgniarka samodzielnie wykonuje szereg procedur leczniczych, zwłaszcza teraz – na oddziałach covidowych.

Jest ona przecież pełnoprawnym członkiem zespołu terapeutycznego. Ona była inicjatorką opieki koordynowanej, w której chodzi o współpracę całego zespołu terapeutycznego. To wszystko teraz się sprawdza w praktyce – zaznacza Małgorzata Marcysiak. Senator angażowała się również w promocję zdrowia publicznego: to była materia, której uczyła. Chodziło po prostu o uczenie ludzi odpowiedzialności za własne zdrowie i jego wymiar społeczny. To kolejny rys działalności pani senator aktualny zwłaszcza teraz – w czasie pandemii. U podstaw wszystkiego był jednak etos nie tylko zawodu, ale powołania pielęgniarskiego. Fetlińska rozumiała go jako świadome podejmowanie służby dla człowieka. Uważała, że wszystko, co dotyczy jej osobiście, jest mniej ważne od tego, co dotyczy drugiego człowieka. Była zawsze dla ludzi. Uważała, że gdyby nie ten etos, a także wartości osobiste oraz profesjonalne, praca pielęgniarki byłaby wręcz niemożliwa. Ciechanowskie pielęgniarstwo miało szczęście do takich wzorów osobowościowych, jak Janina Fetlińska i zmarła niedawno Agnieszka Bukowska.

– One działały tutaj, inspirowały nas wieloma pomysłami i wizjami. Miały roztropność i intuicję w podejmowaniu decyzji. To były dwie wielkie pielęgniarki. Nigdy nie zlekceważyły człowieka i były konsekwentne w działaniu. To na przykład Agnieszka Bukowska organizowała pracę pielęgniarek w ciechanowskim szpitalu – mówi Małgorzata Marcysiak. – Gdy coś robiła, to zawsze ciepło, serdecznie, z serca. I też zawsze podkreślała, że jest pielęgniarką. Gdy ktoś czymś się trapił, podchodziła i pocieszała: „Nie martw się, zaradzimy”. Na te trudne czasy potrzeba podobnych wzorców – dodaje s. Aneta Krawczyk.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama