Nowy numer 43/2020 Archiwum

Historia, która wciąż boli

– Nie dla polityki, nie dla pieniędzy czy innych korzyści mój ojciec i brat wycierpieli to wszystko – mówi pani Łucja z okolic Gruduska.

Takie historie jak ta wzięta z życia Łucji Pszczółkowskiej (z domu Rudzińskiej) ze Strzelni k. Gruduska są złożone gdzieś głęboko w sercu i pamięci. Nie jest łatwo je wydobyć, bo strzeżone są z obawą, aby niecnie ich nie wykorzystano. Trzeba się wewnętrznie przemóc, aby te historie opowiedzieć dla dobra młodych pokoleń. Tak zrobiła pani Łucja, która chyba po raz pierwszy powiedziała to mediom i „Gościowi Płockiemu”. Strzelnia k. Gruduska to jej rodzinna miejscowość. Tam się urodziła w 1926 roku.

Dobrze pamięta szczęśliwy rodzinny dom, zmarłą przedwcześnie, w 1945 r., mamę oraz ojca, dobrego i wrażliwego gospodarza, który troszczył się również o trzy inne rodziny. Znalazły one u niego pracę i mieszkanie w czworakach, które dla nich zbudował. Pierwszy cios tamtemu światu zadała wojna. Ale dla rodziny pani Łucji nie skończyła się ona w 1945 roku. Najgorsze przyszło później. W Strzelni i okolicach było wiele rodzin zaangażowanych w działalność patriotyczną. Wywodzący się stąd Błażej Krzywkowski był posłem na Sejm Ustawodawczy i senatorem I kadencji II Rzeczypospolitej; Henryk Pszczółkowski był przedwojennym wójtem w Grudusku; inni zostali aresztowani i straceni przez Niemców w ostatnich dniach II wojny światowej. Wiele o tym mogliby powiedzieć potomkowie tamtych Krzywkowskich, Pszczółkowskich czy Rudzińskich. Nie dziwi więc, że do takich gospodarstw pukali partyzanci i znajdowali choćby chwilowy azyl.

– Czasami tak się zdarzało, że jakiś oddział ukrywał się w stodole, a na podwórko zajeżdżali Niemcy. Ale opatrznościowo udawało się naszych obronić i Niemcy o niczym się nie dowiedzieli – opowiada Aurelia Pszczółkowska. – Tu wszyscy mieli „złe pochodzenie” (mój dziadek należał do Armii Krajowej), mieli związki z partyzantką antykomunistyczną. To przekreślało naszą rodzinę w oczach komunistów – dodaje jej mąż Andrzej. Wróćmy jednak do opowiadania seniorki rodu, 94-letniej pani Łucji. – Już uczyłam się w Ciechanowie, gdy pewnego dnia przyszedł do mnie ojciec. Był zakłopotany, bo Cyganka na ulicy powiedziała mu, że spotka go nieszczęście. Jak się okazało, kilka dni później przyszli do naszego gospodarstwa partyzanci i prosili o nocleg. Mój ojciec Mateusz Rudziński i starszy brat Mieczysław przyjęli ich i ugościli. Tylko że ktoś to zobaczył i na nich doniósł. Tak się zaczęły kłopoty... – opowiada pani Pszczółkowska. – Akurat przyjechałam ze szkoły do domu, gdy na podwórko zajechał ciężarowy samochód. Zaczęło się przeszukanie. Znaleźli mój podręcznik od matematyki. Gdy jeden z przeszukujących zobaczył w nim wykresy z sinusoidami i wzorami matematycznymi, zaczął wołać, że to są jakieś szyfry. Tamtego dnia zabrali mojego ojca i brata. Po kilku dniach jacyś ludzie dali nam znać, że w Regiminie k. Ciechanowa odbywa się wyjazdowy, pokazowy sąd nad moim ojcem i bratem – wspomina.

Jej ojciec Mateusz został skazany na pięć lat, brat – na osiem. Po brutalnym śledztwie połączonym z torturami w Ciechanowie i procesie w Regiminie Rudzińscy zostali przewiezieni na Rakowiecką do Warszawy. – Tam mogłam zobaczyć ojca przez małe okienko w ścianie. Obok jednak stał strażnik, więc nie mogliśmy swobodnie ze sobą rozmawiać, nawet nie mogłam go dotknąć. Ja go tylko pocieszałam, że jesteśmy zgodni i gospodarujemy. Potem jeszcze dwukrotnie go widziałam, gdy był w Rawiczu. Pamiętam, czekałam na widzenie z ojcem i bratem cały dzień. Pamiętam, jak ojca przynieśli na noszach. Cały był spuchnięty i narzekał, że jest mu zimno. Wkrótce zmarł. I co najgorsze, nie mogłam być na pogrzebie, bo go pochowano w ukryciu, gdzieś na placu obok cmentarza. Gdy płakałam, naczelnik więzienia śmiał się i mówił: „Dlaczego pani płacze, przecież ojciec ludzi wyzyskiwał, był kułakiem” – tak wspomina rok 1949. Jej brat Mieczysław trafił z kolei do kopalni. Po latach ciężkich robót wrócił do rodzinnej Strzelni. Ale nie założył rodziny, zajął się gospodarstwem. – Nosił to wszystko w sobie. Może szczególnie dwie rzeczy go zabolały: już w wolnej Polsce, po 1989 roku. Kiedyś przyjechał do niego jakiś urzędnik i zaproponował odszkodowanie finansowe czy inne świadczenie w zamian za odstąpienie części jego ogrodu. Oczywiście odrzucił tę haniebną propozycję, bo – jak podkreślał – „nie cierpiał za Polskę dla pieniędzy”. A gdy już przed śmiercią leżał w szpitalu w Ciechanowie, ktoś inny do niego podszedł i powiedział: „To ty, bandyto, jeszcze żyjesz?”. To bolało jak najgorszy, haniebny wyrok. Mieczysław zmarł na początku lat 90.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama