Nowy numer 43/2020 Archiwum

Niech Bóg nas zachowa od podobnej wojny

Odręczne zapiski ks. Jana Kroguleckiego (1883–1941) – który przetrwał najazd bolszewicki w roku 1920 r., ale zginął w Działdowie (KL Soldau) w czasie II wojny światowej – odnalazł niedawno w dokumentach kancelaryjnych obecny duszpasterz parafii św. Jadwigi Śląskiej w Starej Białej.

Co ciekawe, część tej autentycznej i do tej pory chyba nieznanej kroniki 1920 r. pisana była w języku rosyjskim – głównie tam, gdzie jej autor relacjonuje szczegółowo wymianę zdań z bolszewickimi intruzami, którzy wielokrotnie pojawiali się na jego plebanii. Zapiski, przetłumaczone na język polski przez Reginę Ziarko-Podlaską, mogą zdaniem ks. Zbigniewa Kanieckiego ze Starej Białej stać się cennym świadectwem dopowiadającym wciąż nieodkryte fragmenty lokalnej historii tamtego czasu.

Bo tak kazał biskup

W tamtych sierpniowych dniach, jak pisze ks. Jan Krogulecki, podobnie jak inni duszpasterze pozostał na powierzonej sobie placówce. Taka była wyraźna wola ówczesnego biskupa płockiego, późniejszego męczennika i błogosławionego Antoniego Juliana Nowowiejskiego. „Pozostałem na miejscu i tylko Bogu zawdzięczam ocalenie, mimo że byłem otoczony bolszewikami ze wszystkich stron przez dziewięć dni. Przez sześć dni nie zmrużyliśmy oka, oczekując w każdej chwili napadu nieprzyjaciela. Lecz szczęśliwie uniknęliśmy nocnej wizyty. O żadnym wypadku gwałtu dotychczas nie słyszałem, aby miał miejsce w mojej parafii. Bolszewicy zrabowali mi trzy klacze, trochę bielizny, brzytwy, różne drobiazgi i dużo paszy dla koni” – podsumowuje ówczesny bialski proboszcz.

Dalej pisze: „Szczęśliwy był ten Polak, który miał karabin w ręku i walczył z nimi, lecz my wydani na ich łup byliśmy mozolnie przygnębieni i tak przybici, żeśmy zazdrościli tym, którzy byli na froncie walcząc z nieprzyjacielem”. Ksiądz Jan Krogulecki nie przebiera w słowach, gdy opisuje najeźdźcę: „Była to banda najstraszliwszych wyrzutków społeczeństwa, banda łotrów, ciemnych indywiduów, z bardzo nielicznymi wyjątkami, przynajmniej tu, w Białej. Niech Bóg zachowa ludzkość od podobnej wojny” – pisze. „Po ucieczce bolszewików pierwszy byłem u Arcypasterza przyjęty z niezmierną serdecznością i musiałem szczegółowo opowiedzieć historie pobytu bolszewików w Białej. Zawiozłem do Płocka całą furę żywności, zebraną szybko w naszej Białej dla naszych żołnierzy. Przed wejściem bolszewików nasza policja przyjechała do mnie, prosząc, abym wyjechał za Wisłę, lecz ja odpowiedziałem: »Mam rozkaz od naszej władzy, abym pozostał na miejscu«. Z żalem odjechali, mówiąc: »Może się już nie zobaczymy« – relacjonuje.

Jak ksiądz z bolszewikiem gadał...

Arcyciekawy trzon tej autentycznej, odręcznie pisanej kroniki stanowią opisy „odwiedzin” najeźdźcy spod czerwonej gwiazdy na plebanii, w celach aprowizacyjnych (wspomnieliśmy o tym w „Gościu Płockim” 35/2020 na 30 sierpnia).

Ksiądz Jan pisze: „Sierpień. Ziemia jęczy od huku armat. Bolszewicy są pod Warszawą. Dochodzą nas wieści, że bolszewicy pokazali się już w Proboszczewicach. Jestem u siebie w podwórzu, gdy naraz widzę, że przed plebanię zajeżdża jeden młody bolszewik. Drzwi od frontu zamknięte, okno do saloniku otwarte, więc ów bolszewik wspina się do okna, aby dostać się do wewnątrz. Ja wołam »Ty, dokąd?«. A on w odpowiedzi podchodzi do mnie i pierwsze jego słowa były: »Oddaj buty«. Ja go zapraszam do plebanii, że tam dam i w mieszkaniu daję mu sznurowane kamaszki, a on nie chce, żąda butów z cholewami. Ja mu tłumaczę, że mam tylko te buty, które mam na nogach – wówczas zażądał, aby sprzedać parę bielizny. Przyniesiono starą połataną koszulę i część dolną tej koszuli, daje mi za to papierek (banknot sowiecki) 1000 rubli, żeby mu z tego wydać 200 rubli. Wówczas ja wspaniałomyślnie zrobiłem mu z tej bielizny prezent... Wtem zajeżdża pod plebanię sześciu nowych gości bolszewików. Gdy ich ujrzał mój pierwszy bolszewik, prosił mnie, by im nie mówić o tym, że on dostał bieliznę. Nowi bolszewicy wchodzą z krzykiem: »Dawaj cokolwiek do jedzenia«. Zasiedli w kuchni, podano im herbatę, mleko i chleb. Po zjedzeniu podziękowali i wyjechali”. Takich „odwiedzin”, „pertraktacji”, a w gruncie rzeczy rabunków było więcej. Ksiądz Krogulecki sumiennie zapisuje okoliczności i przebieg tych najazdów, rzetelnie odnotowując zresztą również i nieliczne postawy świadczące o jakieś namiastce kodeksu honorowego wśród najeźdźców.

„Baterie naszych armat znajdujące się w Górach za Wisłą obróciły ogień na Białą. Padło kilkanaście pocisków. Widziałem granat, który rozerwał się na polu Jana Jagodzińskiego. Widząc to, kazałem szybko założyć konia do wozu i wyjechać siostrom [Matki Bożej Miłosierdzia z Białej – red.] do Kamionek, aby mogły opuścić linie ognia armatniego – ja sam zostałem na gospodarstwie” – tak zaczyna opis kolejnej „wizyty” bolszewików. „W pół godziny potem przyjeżdża do mnie bolszewik, przyglądam się i oczom nie wierzę – bolszewik jedzie na mojej klaczy – otóż na drodze do Kamionek zabrali siostrom konia, a one pieszo wędrowały dalej. Bolszewik, podjeżdżając do mnie, przywitał mnie prawdziwie po bolszewicku: »Dzień dobry, kłamco«. Ja pytam zdumiony: »Kogo okłamałem?«, a on: »Ty okłamujesz cały naród, bo ty uczysz, że Bóg jest, a gdzie on, ten twój Bóg?«. Ja mu odpowiadam: »Skoro jesteś takim człowiekiem, to nie mam z tobą o czym rozmawiać«. Wchodzimy razem do plebanii. Ja mówię mu, żeby mi oddał mojego konia (swoją mizerną szkapinę przywiązał do mojego konia), lecz on śmiejąc się, jednocześnie zaznaczył, że ponieważ to koń księdza, to właśnie dlatego go zabrał”. „W plebanii zaczął wszystko przewracać i czegoś szukać, lecz nie powiedział, czego poszukuje. Wtem wchodzi do pokoju 18 bolszewików ze swoim starszym i ów starszy prosi o zagotowaną wodę. Ja mówię, że herbatę mam, ale cukru już nie mam. Wówczas on wyciąga woreczek cukru, bierze cukierniczkę i nasypawszy cukru z plewami, z owsem powiada: »To dla ciebie, schowaj, a nam daj zagotowanej wody«. Zaparzyli własną herbatę i zasiedli do stołu w stołowym pokoju. Gdy ów starszy ujrzał owego bolszewika w pokoju, który mi konia zabrał, pyta mnie: »A kto to taki?«. Odpowiedziałem, że go nie znam, niedawno przyjechał i robi jakąś rewizję. Wówczas ów starszy pyta go: »Dlaczego ty robisz tu rewizję?«. Ten mu odpowiada: »Nie robię żadnej rewizji, tylko spaceruję po pokoju«. Starszy pyta mnie po cichu, czy on nie ukradł mi czego. Odpowiedziałem, że zabrał mi konia. Wtedy zwraca się do niego ów starszy z pytaniem: »Dlaczego zabrałeś mu konia?«. »Ja nie zabrałem tylko zamieniłem na swojego konia« – skłamał złodziej – bo zabrał mojego konia, a swojego mizernego konia prowadził obok siebie. Pyta mnie ów starszy, ile mam koni. Mówię, że dwa. Wówczas zwrócił się do owego złodzieja bolszewika tymi słowy: »Ty nie znasz kodeksu? Jeśli obywatel ma konie i uciekł, to ty możesz zabrać mu wszystkie konie; jeśli obywatel pozostał, możesz tylko je zamienić. A jeśli człowiek ma tylko dwa konie nam nie wolno ich zamieniać«. I zapytał: »Z jakiego pułku jesteś?«. Ten mu odpowiedział: »Z 57. pułku cekaemistów – karabinów maszynowych«. Zwrócił się do mnie ów starszy, mówiąc, że jak się trochę uspokoi, żebym się zwrócił do 57. pułku maszynowych karabinów, to mi oddadzą konia mojego lub dadzą w zamian innego”. I kolejna „wizyta”.

„Bolszewicy zaczęli parówką młócić owies na folwarku w Białej i wywozili ten owies w bańkach dużych od mleka w stronę Płocka. Rano 14 sierpnia wszczął się między nimi ogromny popłoch. Przestali młócić owies tylko całą siłą pary zaczęli gwizdać na alarm. Powstał wśród nich nieopisany zamęt i przestrach. Jeden do drugiego wołali: »Haller idzie, Haller idzie«. Zaczęli uciekać na Draganie do Staroźreb. Około godz. 10 tego dnia wpadł do mnie na plebanię wysoki postawny kozak. Jak mi powiedział przy odjeździe, pochodzi znad Donu. Wpadł z krzykiem: »Dawaj złoto i srebro«. Mówię mu, że nie mam ani złota, ani srebra. Złapał cukierniczkę frażetową, sądząc, że to srebro. Gdym mu wytłumaczył, że to biały frażestowski metal, odrzucił ją, zaczął biegać po pokojach – przymierzył spodnie – okazały się za krótkie; wreszcie w stołowym pokoju zatrzymał się, zabrał mi zegarek srebrny i powiedział do mnie te pamiętne słowa: »Wycofujemy się«. (...). Zabrał tylko dużą chustkę wełnianą, podłożył ją pod siodło – ponieważ miał konia odprzężonego musiałem mu pomóc jako towarzyszowi zakładać popręgi. Pożegnał mnie serdecznie i odjechał. Nie przeszło pięć minut, jeszcze stałem na ganku, a ów kozak wrócił, lecz w towarzystwie drugiego i pokazuje mnie temu koledze. Powiedział: »On ma zegarek« ten, podjechawszy do mnie zawołał: »Dawaj zegarek«. I cóż, musiałem oddać mój własny zegarek. Zawołałem, żeby mi oddał chociaż dewizkę (okowy św. Piotra), lecz nie mógł odczepić – schował do kieszeni i krzyknął: »Żegnaj«”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama