GN 43/2020 Archiwum

Koronowana rękami naszymi

To była pierwsza po 215 latach, a druga w diecezji uroczystość tej rangi w Kościele płockim. Jej duchowe znaczenie, wzruszające świadectwo kard. Wyszyńskiego i pełne ducha kazanie kard. Wojtyły wygłoszone rok później nie przebrzmiały nawet po 50 latach.

Od wieków w drugim najstarszym kościele diecezji, który Paweł VI w swoim papieskim breve z 1968 r., podnoszącym tę świątynię do godności bazyliki mniejszej, nazwał „przedmurzem wiary i znakomitym dziełem sztuki”, oddawano cześć Maryi, a od początku XVII w. – otaczano szczególną czcią obraz Matki Bożej Pocieszenia. Ten właśnie wizerunek 6 września 1970 r. ozdobiono papieskimi koronami. Na uroczystości do Czerwińska przybył prymas Stefan Wyszyński wraz z 17 innymi biskupami. Było przeszło 200 księży i 20 tys. wiernych. W tamtych czasach i warunkach była to iście ogólnopolska uroczystość – jak zapisano w diecezjalnych kronikach.

Mimo przeszkód do Maryi

„Jak rękami naszymi jesteś koronowany na ziemi, tak byśmy zasłużyli na ukoronowanie przez Ciebie chwałą i nagrodą w niebie... Jak rękami naszymi jesteś koronowana na ziemi, tak byśmy za Twoim pośrednictwem zasłużyli na ukoronowanie chwałą i nagrodą w niebie przez Jezusa Chrystusa, Twojego Syna” – mówili kard. Wyszyński i bp Sikorski, ozdabiając obraz czerwiński papieskimi koronami. Pogoda nie była wtedy najlepsza. „Słońce z trudem przebijało się przez ołowiane chmury” – czytamy we wspomnieniach ówczesnego proboszcza miejsca, salezjanina, ks. Kazimierza Dębskiego. „O godzinie 8.30 przy biciu dzwonów, śpiewie ludu i wtórze orkiestry po raz pierwszy od przeszło 300 lat cudowny obraz opuszczał bazylikę i na ramionach salezjanów wędrował do ołtarza polowego” – relacjonuje dalej ks. Dębski.

Cały teren wokół bazyliki, ogrody i cmentarz parafialny udekorowano flagami i planszami z informacjami o cudownym obrazie, klasztorze i Czerwińsku. Potężny ołtarz polowy stanął na klasztornym dziedzińcu. – Ludwik Mocarski, artysta plastyk, koadiutor salezjański, prekursor technik papieroplastyki, razem z ks. Lędzionkiem byli odpowiedzialni za dekorację. Profesor Mocarski opowiadał, że ich zamysłem było, aby ludzie aż za Wisłą albo z wyspy na rzece mogli widzieć ten ołtarz i to, co się będzie na nim działo. Samo drewno do jego budowy kosztowało 300 tys. zł – opowiada Teresa Pietrzak. Pani Teresa jest historykiem. Wnikliwie bada i gromadzi źródła dotyczące lokalnej historii. W Archiwum Państwowym znalazła informacje i wytyczne, jakie wystosował ówczesny Urząd ds. Wyznań, aby uszczuplić rangę uroczystości.

– Zakładom pracy wydano zakaz wynajmowania jakichkolwiek pojazdów na tę uroczystość. Na skrzyżowaniach w Wyszogrodzie, we Wróblewie i w Zakroczymiu stała milicja i kontrolowała pojazdy. Te, które jechały na koronację, były zawracane. Zachowała się nawet notatka potwierdzająca, że tak właśnie robiono. Dlatego ludzie radzili sobie w inny sposób, np. z Płońska pielgrzymi przyszli pieszo, inni płynęli Wisłą łodziami, a jeszcze inni jechali konno, rowerami, czym się dało, aby ominąć zakaz. Dla szkół w Czerwińsku oraz okolicznych placówek zostało wydane zarządzenie, aby tego dnia, a była to niedziela, zorganizować dla młodzieży różne akcje i zajęcia – opowiada pani Teresa.

Zobaczyli proroka

Ludziom grożono zwolnieniami z pracy, mandatami, a oni pomimo wszystko przyjechali, przyszli, przypłynęli na uroczystości. Teresa Pietrzak mieszka blisko sanktuarium. Zapamiętała gwar ludzi i tętent koni wiozących wiernych na koronację.

– Zostałam wtedy w domu, żeby pilnować furmanek, które ludzie idący na uroczystości zostawiali na naszym podwórku, w uliczkach, za stodołą. Dosłownie wszędzie, gdzie się dało. Byłam małą dziewczynką, ale pamiętam to specyficzne zamieszanie – opowiada. Miała wówczas 5 lat. Za to jej siostrę, 12-letnią Zosię, na uroczystości zabrała babcia. – Utkwiło mi w pamięci, że kiedy tak szłyśmy, babcia bardzo martwiła się, czy aby wpuszczą Wyszyńskiego, czy go nie zatrzymają. Martwiła się, czy prymas przyjedzie. Pamiętam, że kiedy go zobaczyła, to z ulgą i radością powtarzała: „Ojej, jest! Jest!”. Była bardzo zadowolona. Kiedy babcia tak mówiła, to dla mnie, jako dziecka, on jawił się jako wielki człowiek, jakiś przywódca. To, że on się tak narażał i jeszcze to, że babcia powtarzała: „czy aby będzie Wyszyński”, było dla mnie sygnałem, że to ktoś wyjątkowy – wspomina pani Zofia.

50 lat temu również inna dwójka dzieci z Czerwińska miała bardzo wyjątkowe zadanie. Andrzej Kania i Lidia Skotak nieśli strojne korony dla Jezusa i Maryi. – Rodzice pracowali i w Czerwińsku wychowywała nas babcia Stanisława. Była bardzo skromną osobą, ale tego dnia przemawiały przez nią duma i szczęście. Traktowała to jako wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Ona była czcicielką Matki Bożej. To była taka wiara, jak to się teraz mówi, ludowa, taka autentyczna – opowiada Elżbieta Milczarek, siostra 11-letniej wówczas Lidii. – Zapamiętała, że ksiądz prymas zapytał ją, czy nie będzie jej zimno. Tak po ludzku zamartwił się o Lidkę, bo wtedy pogoda nie była najlepsza – wspomina. Stanisław Biegaj w dniu koronacji miał 27 lat. Później opowiadał w domu, co przeżył w czasie uroczystości.

– To był prosty i prawy człowiek. Nie ulegał propagandzie tamtych czasów, nie wzruszał się byle czym. Tyle lat minęło, a ja wciąż pamiętam, jak wrócił z tej Mszy. Był pod ogromnym wrażeniem. Pytałam go: „Dużo było ludzi?”, a on: „Nawet nie masz pojęcia. Ale kazanie to takie kardynał powiedział... Jeszcze takiego nie słyszałem”. Mówił, że ludzie płakali. Cytował mi te słowa. Mówił wtedy prymas o Wiśle, która może spłynąć krwią nienarodzonych dzieci. Wyszyński mówił jak prorok. Wtedy przecież wmawiali, że kościoły niepotrzebne, że to zacofanie, a tu tylu ludzi przyszło. Oczy się im pootwierały, że to wszystko propaganda. Jeszcze każdy się bał. To musiały być odważne, ale wyważone słowa, i tak trafnie przekazane. Płakali, to musiało robić na nich wrażenie – opowiada żona pana Stanisława, Urszula Biegaj. – Cała nasza rodzina powierza się Matce Bożej. Jest Częstochowska, jest Fatimska, ale Czerwińska jest nam najbliższa – kwituje jej siostrzenica Elżbieta.

Uroczystość szczególnie droga

A prymas w bardzo podniosłym słowie rzeczywiście mówił o Maryi, która chroni Kościół i naród przed grożącymi niebezpieczeństwami zewnętrznymi i wewnętrznymi, do nich zwłaszcza zaliczył nietrzeźwość i niemoralność. „Najlepsza Matko z wzgórza Czerwińskiego! Ty, która patrzysz, jak napływają spod Krakowa potężne fale wód, jak przesuwają się przez ojczyznę dzieje narodu – czy zobaczysz tu kiedyś wiernych Ci synów jeszcze i córki? Co oni Tobie powiedzą? Czy przyniosą do Ciebie owoc swojego żywota, aby powierzyć go Twojej macierzyńskiej pieczy?” – wołał wtedy prymas.

Jak później sam zaznaczył w liście do bp. Sikorskiego, pobyt w Czerwińsku miał dla niego osobisty charakter. „Z tym kościołem łączy mnie pamięć mojego śp. ojca [był organistą, zmarł kilka miesięcy wcześniej, w lutym 1970 r. – red.], który jako uczeń ks. Eugeniusza Gruberskiego często odwiedzał Czerwińsk i tu modlił się przed ukoronowanym dziś obrazem, i do swego mistrza przysyłał też innych swoich uczniów. Przez cześć dla Matki Najświętszej i pamięć dla mojego ojca ta uroczystość była dla mnie szczególnie droga” – napisał prymas.

Ciąg dalszy nastąpił...

Wtedy, 50 lat temu, głównej Mszy św. miał przewodniczyć kard. Karol Wojtyła, jednak ostatecznie nie mógł przyjechać. Był w Czerwińsku rok później i wygłosił wtedy mocne kazanie.

Mówił m.in.: „Mamy głębokie przeświadczenie i taką żarliwą nadzieję, że tylko Matka potrafi odmienić serca, że tylko ta Matka potrafi nam zapewnić prawdziwe zwycięstwa. Wiele nam to mówi, że tutaj król polski leżał krzyżem na ziemi; wiele to mówić powinno każdemu współczesnemu człowiekowi. Tylko Matka Boga-Człowieka i Matka ludzkiej rodziny, Matka Kościoła, może nam zapewnić prawdziwe zwycięstwa. Zwycięstwa, które musi odnosić nad sobą każdy człowiek, i zwycięstwa całych społeczeństw, narodów, kultur, i wreszcie rozległej, rosnącej w przyśpieszonym tempie, rodziny ludzkiej”. Niestety, tak się stało, że korony papieskie zostały skradzione. Zaplanowano więc w 1977 r. rekoronację obrazu, której dokonał bp. Bogdan Sikorski.

W tym czasie, tuż przed tym aktem udało się odnaleźć skradzione insygnia. Dziś maryjny wizerunek ponownie zdobią te pierwsze, papieskie korony. – Zmieniają się pokolenia i trzeba ludziom przypominać, że Maryja jest tu i działa cuda. Może niektórzy w pogoni za wygodnym życiem mogli się pogubić. Teraz duchowym przygotowaniem do 50. rocznicy koronacji była peregrynacja kopii czerwińskiego obrazu w rodzinach parafii. To był cudowny czas. Znam ludzi, którzy nie są jakoś specjalnie blisko Kościoła, a jednak głęboko przeżyli to spotkanie z Maryją. Nawet trudno to nazwać: jakby przyszedł najważniejszy gość, najbardziej kochana osoba – opowiadają panie Teresa i Zofia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama