Nowy numer 2/2021 Archiwum

One wciąż idą

Dwie kobiety pociągnęły za sobą setkę ludzi z Glinojecka do Częstochowy. Czy dziś podobne historie są jeszcze możliwe?

Helena Wiśniewska i Genowefa Strużyna obudziły w Glinojecku pielgrzymkowego ducha, bo był taki czas, że z tego niewielkiego miasta nad Wkrą na Jasną Górę szło nawet stu pątników. Od kilkunastu lat te dwie pątniczki weteranki pielgrzymują duchowo, ale dzielą się ze wszystkimi swoim bogatym doświadczeniem, jak iść, aby się zmienić.

Nigdy sami

Dobrze zapamiętały ten rok, gdy wyruszały po raz pierwszy, bo wtedy wybrano papieża Jana Pawła II. – Ale najpierw w 1977 r. na kursie teatralnym w Pułtusku spotkałam pewną dziewczynę z Podlasia, która pięknie opowiadała o pielgrzymce. Mówiła, że można tam spotkać ludzi prostych i wykształconych, lekarzy, nauczycieli i aktorów. A gdyby komuś cokolwiek złego się stało, natychmiast jest otoczony opieką. Zapragnęłam czegoś podobnego doświadczyć – opowiada H. Wiśniewska.

Więc rok później ona i jej koleżanka Genowefa Strużyna wzięły swoje dzieci i w dziewięć osób pojechały rankiem 6 sierpnia do Warszawy, aby wyruszyć z pielgrzymką do Częstochowy. – Do dziś pamiętam tamte śpiewy z Mszy i naszej drogi: proste i piękne, ewangeliczne i patriotyczne. Wtedy poznałam najpiękniejszą Warszawę, która klękała na ulicach, aby pozdrowić i pożegnać pielgrzymów. Pan Bóg dał nam łaskę pamięci, bo do dziś pamiętamy miejsca i okoliczności, w których śpiewało się takie, a nie inne pieśni czy piosenki – opowiada Genowefa Strużyna. I pokazuje pielgrzymkowe śpiewniki, już zużyte, z dopisanymi nowymi pieśniami, z dedykacjami innych pielgrzymów. Jak sama mówi, są one serdeczną pamiątką po tamtych wydarzeniach. Co jeszcze zostało po tamtych pierwszych, najpierw warszawskich, a potem płockich pielgrzymkach? Pani Genowefa pokazuje krzyżyk, który niósł w drodze każdy pielgrzym.

– On jest dla mnie szczególny, bo towarzyszył mu mój szczególny trud pątniczej drogi i tego wszystkiego, co się wiąże z moją rodziną – opowiada. Trwałe owoce pozostały również w parafii, bo po pielgrzymkach zaczęły rodzić się koła Żywego Różańca. Dziś ich jest już siedem. Obie panie dobrze pamiętają koniec lat 70. i początek 80., gdy na szlaku uczono historii Polski, gdy mówiono o Piłsudskim, Armii Krajowej i Katyniu. – Chłonęliśmy to wszystko, ludzie bardzo się angażowali, chcieli nosić tuby, trzymać kabelek czy śpiewać przy mikrofonie – mówi pani Helena.

To nie było tylko 9 dni

Pielgrzymka połączyła kilka fenomenów: entuzjazm z wyboru papieża Polaka i jego wizyt w ojczyźnie, gorliwość młodzieży skupiającej się wokół ruchu oazowego oraz nadzieję, którą niosła rodząca się Solidarność.

– Pielgrzymka budowała wspólnotę. Naprawdę byliśmy braćmi i siostrami, bo pielgrzymka niosła ducha wolności dzieci Bożych. Bardzo ważna była też rola księży, ich zaangażowanie i osobista odwaga. Pamiętam, jak nasza płocka pielgrzymka w latach 80. wchodziła do Łasku – jednego z większych miast na trasie do Częstochowy – niosąc zawsze sztandary Solidarności. I jak zaraz po przybyciu na odpoczynek byli wzywani na komendę milicji księża Henryk Lewandowski i Andrzej Zembrzuski. Ale myśmy w ten sposób uświadamiali sobie, że pielgrzymka ma swoją tożsamość i uczy odwagi – wspomina G. Strużyna. Ta droga uczyła życia i wychowywała.

– Czasami ze zmęczenia, które kumulowało się z kilku dni, przychodził „dzień gniewu”, gdy wszystko jakby sięgało zenitu: i zmęczenie, i zdenerwowanie, ale potem przychodził „dzień przebaczenia” sobie samemu i innym. To było bardzo potrzebne, aby do głębi przeżyć pielgrzymkę – dodaje pani Helena. – Ciekawe też były konferencje i dyskusje. Jakież to było dla nas pouczające, zwłaszcza dla młodych, że trzeba nadawać kierunek rozmowom i dyskusjom, że trzeba wystrzegać się pochopnych ocen i że mimo różnic cenniejsza jest jedność – stwierdza pani Genowefa. Dla ich pokolenia pielgrzymka była przede wszystkim odważnym wyznaniem wiary. – Często zarzucano mi w pracy, dlaczego „tak się obnoszę ze swoją wiarą”, dlaczego nie modlę się prywatnie. Pielgrzymka była dla nas takim znakiem sprzeciwu i wyrazem wolności. To było też doświadczenie, które uczyło żywej wiary i kształtowało sumienie, uczyło wielkiej wdzięczności – dodają panie.

Ta lekcja zostaje...

A jakie są perspektywy na tegoroczne pielgrzymowanie piesze i duchowe, zwłaszcza w perspektywie obostrzeń sanitarnych i lęków, które budzi niewidoczny gołym okiem koronawirus? Jeśli za komuny pielgrzymka była duchowym antidotum, to może i teraz trzeba szukać podobnego doświadczenia na duchowe i cywilizacyjne kryzysy?

– Podobnie jak nikt za nas nie pójdzie na pielgrzymkę, tak i my osobiście musimy odkryć żywą wspólnotę wiary, począ- wszy od parafii, że np. codziennie jest otwarty kościół, a w nim są odmawiane Różaniec, Koronka czy Apel Jasnogórski, że jest codzienna Msza św. Kto odkryje osobistą drogę do kościoła i parafii, ten nie będzie rozczarowany. Ale to trzeba zrobić samemu. A jeśli chodzi o tych, którzy kiedyś byli na pielgrzymce, a potem odeszli czy oddalili się od wiary, to wierzymy, że pątnicze doświadczenie jest silniejsze. Ci, którzy kiedyś odeszli, wrócą: czy to na pielgrzymkę, czy do kościoła i sakramentów. Bo ta lekcja zostaje... – mówią z przekonaniem panie Helena i Genowefa.

– Dla mnie Jasna Góra jest domem, tam jest moja Mama. Na pielgrzymce nauczyłam się bezpośrednio do Niej mówić. I choć już nie pieszo, ale co roku do Niej wracam – mówi Genowefa Strużyna. Trwałym śladem w jej pobożności po 27 przeżytych pielgrzymkach jest codzienna modlitwa godzinkami. Dla Heleny Wiśniewskiej żywą pielgrzymkową pamiątką jest codzienny Różaniec. – Na Jasnej Górze byłam po raz pierwszy po maturze w 1954 roku. Wtedy zachwyciłam się tym miejscem. To jest niebo! Tam muszę zawsze wszystko powiedzieć i zostawić to, co bolało – wyznaje pani Helena, która szła do Częstochowy 24 razy.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama