Nowy numer 43/2020 Archiwum

Czy jeszcze płonie kaganek wiary?

Mija 5 lat od niezwykłego nawiedzenia, które poruszyło całą diecezję i każdą parafię. Czy dziś może ono stać się impulsem do duchowej odnowy po epidemii?

Wszystko się zaczęło 20 czerwca 2015 r. na pułtuskim rynku. Tam, gdzie przechodził obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, w każdej parafii mocniej zabiły serca. Wtedy w dzień i w nocy kościoły pozostawały otwarte, ludzie licznie szli do spowiedzi i Komunii. To było bezprecedensowe duchowe wydarzenie.

Szansa, by było lepiej

Stając się kronikarzami tamtej peregrynacji, mieliśmy wrażenie, że jesteśmy wszyscy świadkami wielkiego, nieustającego święta w naszej diecezji. Na długo zapadały w pamięć bajecznie kolorowe dywany z kwiatów przed niektórymi kościołami, jak w Dzierzgowie i Szyszkach, kwietne bramy, całe ulice i szosy ubrane w chorągwie, biało-błękitne sztandary i polskie flagi. Zachwycały trony – ołtarze przygotowane dla kopii cudownego obrazu Matki Bożej Częstochowskiej, choćby ten drewniany w Koziczynku, gdzie urodził się wybitny rzeźbiarz Bolesław Biegas, kwiatowy w podpłockim Brwilnie czy w formie drzewa lipowego w Świętym Miejscu, dla upamiętnienia tradycji o objawieniu się w tym miejscu Matki Bożej w konarach lipy. Wbrew wcześniejszym obawom dało się zauważyć, że każda parafia i miejscowość na miarę swoich możliwości i środków starały się przygotować jasnogórskiej ikonie prawdziwie królewskie powitanie. Królewskie, bo wszyscy czuli, że takie wydarzenie już się nie powtórzy w ich życiu, co powracało jak refren w świadectwach uczestników.

– Pamiętam wprawdzie pierwszą peregrynację, ale teraz to dla mnie przeżycie jak zawarcie związku małżeńskiego. Jedno na całe życie – mówił nam wtedy pan Krzysztof z Niechłonina, który z innymi członkami rady gospodarczej i parafialnej włączył się w strojenie ulic swojej miejscowości. – To jest nieopisane, nieopowiedziane wrażenie, przyjmować ten obraz. Szansa, by było lepiej, jaśniej... – tak mówiła o przybyciu ikony jasnogórskiej pani Anna z Chamska, która była w grupie parafian sprzątających swój kościół do późnych godzin nocnych przed nawiedzeniem. Praktycznie w każdej parafii peregrynacja wyzwoliła falę dobrych działań. To była autentyczna wielka mobilizacja, która łączyła ludzi. Zauważyli to wtedy parafianie z Lutocina.

– Ludzie wyszli z domów, zostawili swoje telewizory, komputery, zostawili internet, by posprzątać swoje wnętrze, udekorować obejścia, by ciebie, Maryjo, dzisiaj godnie przywitać. Przy tej okazji sąsiad spotkał się z sąsiadem, rozmawiali, wymieniali poglądy, pomagali, wspierali się – tak witali obraz przedstawiciele tej społeczności parafialnej. Tamta peregrynacja miała też swoje znaki, takie jak symboliczny kaganek wiary zapalany na czas nawiedzenia w każdym kościele oraz pięknie oprawiony ewangeliarz przekazywany w uroczystej formie przez duszpasterzy kolejnych parafii. Miała też swoisty rytm i plan: powitanie ikony wiezionej samochodem-kaplicą, przyjście z procesją do kościoła, Msza św., całonocne czuwanie, maryjna Pasterka w intencji powołań i uroczyste pożegnanie.

Doświadczenie tamtych miesięcy pokazywało, że w naszej diecezji chyba żadne inne wydarzenie religijne nie gromadziło tak wielu ludzi i chyba nic od dawna nie wywoływało tak wielkich emocji. Wzruszenie, łzy, klękanie przed obrazem jak przed Najświętszym Sakramentem były w tamtych dniach czymś naturalnym. Nawiedzenie miało swoją uroczystą formę, ale było jednocześnie intymnym spotkaniem ludzi z Maryją, której wizerunek, szczególnie w małych kościółkach, takich jak w Troszynie, stał niemal między wiernymi. I chociaż nie było można dotykać samego obrazu, wiele osób podchodziło blisko, by popatrzeć Maryi w oczy.

– Sama ikona Maryi jest przepiękna, przyciąga wzrokiem. Jest w niej cała paleta uczuć: ciepło, radość, miłość, matczyna cierpliwość. Trzeba na Nią patrzeć. Ona nas wita, gdy wchodzimy, a gdy odchodzimy, żegna nas. Cały czas ten wzrok ku nam kieruje, przyciąga nas do siebie, a tym samym do Jezusa – mówiła w parafii w Poniatowie pani Anna.

W diecezji płockiej peregrynacja Matki Bożej miała też swój unikatowy, wiślany wątek. Już pod koniec wędrówki po północnym Mazowszu kopia cudownego obrazu z Jasnej Góry przepłynęła statkiem wycieczkowym „Aneta” z lewobrzeżnej części Płocka, z Radziwia, na prawy brzeg, a towarzyszyło jej kilkanaście jednostek pływających przybranych błękitnymi chorągwiami.

Niezapomniane posługiwanie

Wtedy jednym z dwóch kustoszy obrazu nawiedzenia był paulin o. Stanisław Jarosz, który dziś jest proboszczem i kustoszem sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej w Brdowie (diecezja włocławska). Jego wspomnienie staje się teraz cennym świadectwem, którym chętnie się dzieli.

– To był dla mnie powrót do lat 90., gdy opiekowałem się obrazem Matki Bożej w czasie nawiedzenia w diecezji gliwickiej. Potem zostałem proboszczem w Toruniu, a stamtąd ponownie generał zakonu powołał mnie do bycia kustoszem obrazu Matki Najświętszej. Powiedziałem znajomej katechetce z Torunia, że będę „kierowcą Matki Bożej”, a ona stwierdziła, że bardziej niż kierowcą mam być po prostu do Jej dyspozycji. Miała rację! – przyznaje o. Stanisław. Jak sam mówi, będąc przy tym szczególnym obrazie, prowadził trochę „cygańskie życie”, ale nigdy nie zapomni wielkiej gościnności księży i żywej wiary ludzi, których spotkał w naszej diecezji.

– Pomagało mi, że byłem blisko Maryi, że w godzinie apelu śpiewałem: „Jestem przy Tobie, pamiętam, czuwam”. Starałem się być naprawdę do dyspozycji Maryi, do dyspozycji księży i ludzi, do których ona przybywała. To otwierało szerszą perspektywę mojej posługi, byłem uprzywilejowanym świadkiem tego, że to nie obraz jeździł, ale Ona! Obraz zaś był narzędziem. Dlatego starałem się być dyskretny i chowałem się, aby ona była lepiej widoczna. To przecież Ona działała i wciąż działa – podkreśla z mocą o. Jarosz. Potem ojciec paulin posługiwał przy obrazie w diecezjach łowickiej i warszawsko-praskiej. Ale jak sam przyznaje, czas spędzony w diecezji płockiej był szczególny i niezapomniany.

– Posługiwanie w waszej diecezji było dla mnie najpiękniejsze. To było najlepiej przygotowane nawiedzenie. Nie chcę źle mówić o innych, bo w sercach ludzi działa przede wszystkim Duch Święty, ale u was widziałem wiele radości wiary i autentycznego zapału waszych księży. A peregrynacja tam się udaje, gdzie jest wiara i otwarcie na łaskę w sercu pasterza. To było dla mnie doświadczenie porywające i pełne pasji. To było widać w waszej diecezji, w dekoracji tras, w przeżywaniu czasu nawiedzenia jak największego święta. Tak się stało, bo każda parafia przygotowała się przez rekolekcje i spowiedź. Wiele dobra wcześniej zasiano i przeorano serca. Ja to widziałem. I nie zapomnę tego zaskoczenia i wzruszenia księży, gdy widzieli, ilu ich parafian dniem i nocą przychodziło do Maryi – opowiada ojciec paulin.

Dla zakonnika czas peregrynacji w diecezji płockiej był również szczególny ze względów osobistych. – W tym czasie zmarła moja mama. I wtedy zrozumiałem, że została mi tylko Maryja. Przy niej łatwiej jest mi zrozumieć cierpienie, samotność, ból. Przy niej łatwiej szuka się odpowiedzi na najtrudniejsze pytania. Nigdy nie pracowałem w waszej diecezji, ale to chodzenie za Maryją wraz z wami było dla mnie czymś cudownym – dodaje o. Stanisław Jarosz.

W kontekście trwającej epidemii i przeżytego spotkania z Maryją radzi: – Módlmy się nie tyle o oddalenie pandemii, co o nawrócenie. Przez koronawirusa dokonało się największe „odkrycie” XXI w. – że człowiek nie jest bogiem. Nie ma zmartwychwstania bez krzyża, nie ma zesłania Ducha Świętego bez nawrócenia. Maryja woła: „Wróćcie do Mnie, a ja zaprowadzę was do Chrystusa”. Ona poraniona przychodzi do nas i mówi, że jest naszą Matką. Ona wciąż mówi: „Zróbcie wszystko, co Jezus powie”. Wracajmy do Niej – zachęca.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama