GN 43/2020 Archiwum

Wiem, że sam siebie nie posyłam...

O powołaniu, prawie jazdy na motocykl i tym, co będzie nosił na sercu, opowiada ks. Kamil Kowalski, świeżo upieczony misjonarz z diecezji płockiej wyruszający na Jamajkę.

Ilona Krawczyk-Krajczyńska: Czy już Ksiądz wie, jak będzie wyglądał pobyt na Jamajce? Do kogo Ksiądz jedzie?

ks. Kamil Kowalski: To kraj, który terytorialnie podlega Ameryce Północnej, ale mentalnie i kulturowo jego mieszkańcy są bardzo związani z Afryką. To potomkowie niewolników przywiezionych z różnych jej części. Katolicy stanowią zaledwie 2 proc. społeczeństwa. Ja jadę wspierać na parafii ks. Wojciecha Szpylmę w Montego Bay. Biskup tamtejszej diecezji jest Jamajczykiem, który sam przeszedł drogę nawrócenia. Był adwentystą. Zapadły mi w serce słowa, które napisał do mnie w powitalnym e-mailu – że nie potrzebuje księdza tylko do sprawowania sakramentów, ale przede wszystkim do ewangelizacji, do podnoszenia ludzi z ich biedy duchowej i materialnej.

Nie będzie łatwo?

Plusem jest to, że ci ludzie są otwarci na Pana Boga, ale przyciągają ich sekty i inne wyznania. Nie chodzi tu oczywiście o walkę z Kościołami protestanckimi. Chodzi o to, żeby być przy tych ludziach i ewangelizować przez swoje czyny. Wielu wyobraża sobie to miejsce jako raj na ziemi, bo to przecież wyspa otoczona Morzem Karaibskim, ale turystyka to tylko promil tej rzeczywistości. Życie na wyspie jest bardzo drogie i wielu ludzi doświadcza tam skrajnej biedy. Dużo jest przestępczości, zepsucia moralnego. Kapłani posługujący w tamtejszej diecezji starają się pomagać jak mogą, m.in. prowadzą sierociniec dla dzieci, otaczają opieką slumsy w wioskach, rozwijają duszpasterstwo młodzieży, organizują dni sportu.

Jak ta misja wygląda od strony formalnej?

Pomiędzy biskupem, do którego jadę, a biskupem naszej diecezji zawarta zostaje umowa, która określa czas mojej posługi i jej warunki. Jadę na razie na trzy lata próby z możliwością przedłużenia. Zawsze mogę wrócić, jeśli pojawią się trudności czy problemy zdrowotne. Będę mógł przylecieć do kraju raz na dwa lata na dwumiesięczny urlop. Wyjazd jest coraz bliżej, choć opóźnia się przez koronawirusa. Teraz czekam na otwarcie granic i wizę pracowniczą. Zrealizowałem wymagane szczepienia. W tym czasie zapisałem się na prawo jazdy na motocykl, który usprawni mi dotarcie do wspólnot.

Czego uczył się Ksiądz w Centrum Formacji Misyjnej?

Misjonarz potrzebuje wiary, wiary i jeszcze raz wiary. O tym nieustannie przypominają tam ojcowie duchowni. Czas spędzony w centrum był pod tym względem wyjątkowy. To było jak powrót do seminarium. Wzmacnialiśmy swoją duchowość. Było dużo wspólnej modlitwy, brewiarz, konferencje duchowe, bliskość kaplicy. Kolejna rzecz to nauka języka, nie tylko po to, by się dobrze komunikować, ale również poradzić sobie podczas liturgii czy poznać zwroty ułatwiające sprawowanie sakramentów. Raz w tygodniu były wykłady z misjologami, którzy udzielali różnych porad, ale także przybliżali nam istotę misji. Mieliśmy także wykłady z medycyny tropikalnej. Uczono nas, jak rozpoznawać poszczególne choroby, jakie leki przyjmować, jak radzić sobie z klimatem...

Widać, że jest Ksiądz przygotowany na różne scenariusze. Jest coś, czego się Ksiądz boi?

Rzeczywistość zweryfikuje to moje przygotowanie. Najbardziej boję się samotności. Tu zostawiam rodzinę, przyjaciół, współbraci kapłanów. Z pewnością uciążliwe będzie też dostosowanie organizmu do panującego tam klimatu. Ale z drugiej strony wiem, że ja sam siebie tam nie posyłam, tylko Jezus mnie tam posyła i On da mi potrzebne siły, żeby zmierzyć się z tą rzeczywistością. Nawet jeśli będzie trudno, to zawsze jest kaplica, gdzie trzeba będzie pukać do tabernakulum i tam szukać wsparcia.

Jest Ksiądz przekonany, że właśnie tak powinno wyglądać Księdza kapłaństwo – nie na jednej z naszych parafii, tylko gdzieś daleko?

Jednym z owoców Ducha Świętego i dowodem na to, że to słuszna decyzja, jest radość w sercu i pokój, który mam. Chociaż teraz żyję na walizkach i musiałem wiele rzeczy zostawić, zrezygnować z pewnej stałości, to jestem spokojny, że tam jadę. Podobnie było przed kapłaństwem. Pan Bóg daje mi mocne znaki, poprzez ludzi czy zdarzenia, że to jest dobry kierunek, że właśnie na tej drodze potrzebuje moich rąk, ust, mojego serca. Mam już za sobą najważniejsze diecezjalne wydarzenie, czyli posłanie przez biskupa Piotra. Odbyło się to poprzez odmówienie specjalnej modlitwy i nałożenie krzyża misyjnego. Mam również krzyż od nuncjusza apostolskiego w Polsce. Zabiorę ze sobą obydwa. Ten większy będzie wisiał na ścianie i towarzyszył mi podczas głoszenia rekolekcji, a ten od biskupa Piotra będę nosił zawsze na sercu jako znak misyjny dla innych.


ilona.krawczyk@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama