GN 43/2020 Archiwum

...i łyżka dziegciu

Niełatwy jest ten początek sezonu dla pszczelarzy; swoje zrobiły niestabilna pogoda, ubogie pożytki, pasożyty. Na szczęście ludzka pasja sprawia, że nie wszystko trzeba przeliczać na pieniądze.

Zima, mimo że ciepła, nie była sprzyjająca, bo pszczoły zaczęły wcześnie czerwić. Teraz właściwie problemem jest brak pożytków. Jak podają media, maj był najzimniejszy od 23 lat, więc rzepak i nie urósł za mocno, i nie nektarował, tak jak powinien. Można powiedzieć, że sezon nie zaczął się dla nas zbyt dobrze i nie wiadomo, jak będzie wyglądał dalej, bo pogoda jest dynamiczna. Gdy rozmawiam z naszymi pszczelarzami, to słyszę, że nie ma z czego kręcić miodu. U nas w zasadzie mamy do 5 kg z ula i to nie jest dużo. P

szczelarze właściwie produkują teraz głównie na swoje domowe potrzeby i na rozrost rodzin pszczelich – mówi Wanda Kołakowska z Powiatowego Koła Pszczelarzy w Ciechanowie.

W rejonie Płocka dużym problemem są ograniczone i jednorodne pożytki. – Mamy tu głównie rzepak, akację, lipę, no i wielokwiat. Jeśli ktoś ma w pobliżu tylko iglaki i pole kukurydzy, to jest już pustynia dla pszczół – zwraca uwagę bartniczka Jadwiga Nowacka, która należy do miejskiego koła RZP w Płocku. Jakie było to pierwsze, majowe miodobranie?

– Zimna wiosenna aura spowodowała, że pszczoły niewiele wylatywały. A gdy siedziały w ulu, zjadały miód. Było go nawet sporo, ale nie mogłam go wybrać, bo był ciągle za rzadki. W sumie zebrałam miód głównie na nasze domowe potrzeby – szacuje pani Jadwiga, która w swojej przydomowej pasiece w okolicach Płocka, prowadzonej od kilku lat, założyła też hodowlę matek pszczelich. To raczej pasja, rodzinna tradycja i poczucie, jak ważne są te owady dla całej gospodarki rolno-sadowniczej, a nie wielki zysk, popycha ludzi do pszczelarstwa. To „złoty interes” głównie ze względu na barwę miodu.

– Pszczelarstwo trzeba kochać – mówi pani Wanda z Ciechanowa, która zajmuje się tym od lat 80. – W naszej rodzinie to tradycja, przekazywana z pokolenia na pokolenie. Mój tata kończył Technikum Pszczelarskie w Pszczelej Woli. Nasza rodzinna pasieka, którą prowadziliśmy z mężem, liczyła do niedawna ponad 100 rodzin pszczelich, ale zredukowaliśmy ją do 80. Od lat pomagał nam syn, który teraz przejmuje powoli opiekę nad całą pasieką i nadzoruje też pasiekę na ciechanowskim ratuszu. Wnuczek, chociaż jeszcze mały, też zapowiada, że będzie w przyszłości zajmował się pszczołami – cieszy się Wanda Kołakowska. W rodzinie pani Jadwigi nie było takich tradycji, jednak pszczelarstwem zajmowali się bliscy krewni jej męża.

– Pszczoły odziedziczyłam po jego wuju, który mieszkał w innym rejonie Polski. Gdy jeździliśmy w odwiedziny, od lat przyglądałam się, jak pracował, robiłam notatki, uczestniczyłam w miodobraniu. Pamiętam, że zaczęłam zastanawiać się nad tym zajęciem na poważnie po przeczytaniu książki prof. Jerzego Wildego, chociaż uważałam wtedy, że to, co tam było napisane, mnie na pewno się nie przydarzy. Stwierdziłam na przykład, że mnie na pewno nie ucieknie rój. I niedługo po przywiezieniu pszczół, co się stało? Wyroiły mi się... – wspomina ze śmiechem pani Jadwiga, która ma dziś ok. 50 rodzin tych pożytecznych owadów. Dobrze pamięta pierwszy poranek po przywiezieniu pszczół do czekających na nie 15 uli i swoje przerażenie, że klamka zapadła i teraz już będzie musiała do nich zaglądać sama. Trzeba było pokonać lęk i nastawić się na to, że nieraz będzie się użądlonym. Mimo że dziś odmiany pszczół są o wiele łagodniejsze, przyjazne dla ludzi niż dawniej, to nie można ich lekceważyć i w ich otoczeniu trzeba być uważnym.

– Gdy podczas miodobrania u wuja sporo z nich mnie użądliło, poczułam respekt dla tych małych owadów, i wiem, że mogą być agresywne. Z czasem nauczyłam się wyczuwać ich nastroje i wiem, kiedy lepiej odpuścić zaglądanie do ula, albo – jeśli już – muszę wykonać jakieś prace, po prostu być przygotowana, że mnie użądlą – mówi pani Jadwiga. Dziś, jak każdy pszczelarz, myśli w takich sytuacjach nie o sobie, ale bardziej o pszczołach, które umierają, gdy wbiją żądło w ciało człowieka. Od kilku lat można zaobserwować swoistą „modę” na pszczoły. Mimo że wciąż wśród zarejestrowanych w kołach związków pszczelarskich w regionie płocko-ciechanowskim dominują starsi członkowie, to dołączają też nowi bartnicy. – Widzimy, że od jakichś 5 lat pojawiają się młodzi ludzie. Gdy zapisałam się do naszego koła RZP, byłam chyba jedyną kobietą i na pewno najmłodszym członkiem, a teraz to się zmieniło – mówi pani Jadwiga.

– Zauważamy tendencję rosnącą w naszym kole, bo chociaż pszczelarstwo wymaga niemałych nakładów finansowych na materiały i sprzęt, to otrzymujemy też dopłaty od Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – zauważa z kolei ciechanowska pszczelarka. Może więc i moda, ale dla samych hodowców to także źródło ukojenia. – Taka amatorska pasieka to raczej zajęcie samotnicze. Gdy się idzie do ula, człowiek odrywa się od świata, od codzienności. Na pracujące pszczoły można patrzeć godzinami... – mówi płocka bartniczka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama