Nowy numer 2/2021 Archiwum

Proszę napisać o naszych łzach

Mija 10 lat od wielkiej powodzi, która dotknęła Dolinę Iłowsko-Dobrzykowską i lewobrzeżne okolice Płocka. Jaki jest bilans tamtej tragedii?

To była niedziela, 23 maja 2010 r., gdy Wisła przerwała wał w Świniarach. Mieszkańcy gmin Słubice i Gąbin bardzo dobrze zapamiętali tamten dzień, bo wtedy rozpoczął się ich dramat. W Troszynie Polskim został zalany odnowiony zabytkowy drewniany kościół, w Dobrzykowie trwała mozolna walka z umocnieniem wałów. Pod wodą znalazło się ok. 400 gospodarstw. Ucierpiało na tym ponad 1,2 tys. osób.

Ta pamięć jest we mnie

Na zewnętrznej ścianie kościoła w Troszynie są umieszczone dwie tabliczki wskazujące poziom, do jakiego doszła woda w czasie powodzi w 1982 r. i – znacznie wyżej – ta z roku 2010. Obydwa zdarzenia dobrze pamięta ks. Stanisław Kruszewski, dziś emerytowany proboszcz parafii św. Leonarda. Nie mogą zapomnieć tych zdarzeń także mieszkańcy, bo ich skutkami żyją tak naprawdę do dziś.

– Bez wątpienia powódź z 2010 r. odcisnęła piętno na wszystkich, którzy jej doświadczyli. Ona wciąż powraca i przewija się w rozmowach sąsiedzkich lub podczas spotkań rodzinnych, chociaż teraz mamy suszę i niski stan wody w Wiśle. Na moje życie ta tragedia miała ogromny wpływ, ponieważ po powodzi opuściłam Nowy Troszyn – miejsce, w którym żyłam od urodzenia i gdzie się wychowałam. Wyprowadziłam się tam, gdzie raczej powódź mi nie zagrozi. Cieszę się, że moja córka, która wówczas miała 5 lat, niewiele z tego czasu pamięta. Ale ja najbardziej zapamiętałam dwie rzeczy: łzy mieszające się z poczuciem bezradności oraz ogromną ludzką życzliwość, jaka przejawiała się w pomocy nadchodzącej do nas najczęściej od zupełnie obcych osób. Wtedy doświadczyłam na własnej skórze ogromnej pomocy i zrozumiałam, jak ważny może być dla kogoś nawet najmniejszy gest solidarności. Ta wdzięczność i pamięć o ludzkiej pomocy jest we mnie i mam nadzieję, że w nas wszystkich, do dzisiaj – mówi Marlena Mazurska.

– Proszę koniecznie napisać o tych naszych łzach. To ważne. Ja wtedy płakałam bardzo dużo, ale wszyscy wtedy płakali. I to jeszcze pamiętam, jak na moich oczach pękały stereotypy o silnych mężczyznach, bo wobec tego żywiołu nikt nie był silny. Sąsiedzi, ojcowie moich kolegów i koleżanek, gospodarze siadali załamani i płakali. W 2010 r. nie było żniw, nie było dożynek i uroczystego dziękczynienia. Nikt nie miał swoich owoców ani warzyw, nie mógł też ich kupić od sąsiada. Tak to zapamiętałam – dodaje pani Marlena.

Wymowną ilustracją do tych słów jest widok cmentarza, który w momencie nadejścia fali kulminacyjnej znalazł się całkowicie pod taflą wody. Sięgnijmy jeszcze do naszych kronik, do tekstów i zdjęć „Gościa Płockiego” sprzed 10 lat. Byliśmy wtedy po lewej stronie Wisły. „Dojeżdżamy do Borek. Dalej się nie da, bo woda zalewa kolejne miejscowości. Mieszkańcy Troszyna i okolicznych wiosek wiedzą już, że druga fala niosąca ten sam ból i ten sam dramat ich nie ominie. Do Troszyna już nie dojedziemy; policjanci nikogo tam nie wpuszczają. Celem podróży staje się Szkoła Podstawowa w Borkach, gdzie znajduje się najbliższe centrum pomocy. To tu dowożone i rozdawane są dary dla powodzian. To tu spotykamy tych, którym woda zabrała wszystko.

Poszkodowani mieszkańcy mówią jednym głosem: – Dla nas już wszystko jedno, czy kolejna fala będzie większa, czy mniejsza, bo dramat już się rozegrał. Problem w tym, co mamy robić? Remontować czy nie? Zostać, ale gdzie?”. Gdy odwiedziliśmy Troszyn 5 lat temu, spotkaliśmy ludzi z tymi samymi dylematami. „Nasze gospodarstwa to nie jest walizka, którą da się zamknąć i wyprowadzić się z nią dokądkolwiek. To jest dorobek całego życia i pokoleń” – tak mówili ludzie, których spotkaliśmy wraz z ich proboszczem przy kościele w Troszynie. – Największym problemem było utrapienie ludzi. Ja zwracałem im uwagę, że przy całej powadze tej sytuacji i wielkich stratach materialnych na szczęście nikt nie zginął, nie utonął. Za to trzeba było dziękować Panu Bogu – wspomina dziś tamto doświadczenie ks. Kruszewski.

Transporty w dzień i w nocy

– Nigdy nie zapomnę tej fali dobra i życzliwości, której doświadczyliśmy w 2010 roku. Napłynęła do nas pomoc z całej Polski, często anonimowa. Z niektórymi takimi osobami jestem zaprzyjaźniony do dziś. Zapamiętałem pana Darka z okolic Brodnicy, który przywiózł do parafii zboże zebrane od rolników mieszkających w jego okolicy. W większości były to osoby indywidualne, które mobilizowały innych. Często byli to księża, m.in. z okolic Poznania i Torunia – mówi ks. Stanisław.

Ale wspomina jeszcze jeden fakt, sięgający roku 1982. Wtedy po zimowej powodzi kilku rolników spod Częstochowy przyjechało traktorami i też przywiozło im zboże. 10 lat temu szkoła w Borkach zamieniła się w punkt gromadzenia i wydawania darów dla powodzian. Transporty docierały tam w dzień i w nocy. Kiedyś pojawił się tam pewien mężczyzna i – tak po prostu – wyjął z kieszeni i ofiarował 3 tys. złotych. Przyszła też kobieta, powodzianka, której udało się uratować książki wypożyczone z biblioteki. Zwróciła je szkole. „Naprawdę, Polak jest człowiekiem o gorącym i współczującym sercu” – mówili wtedy mieszkańcy zalanych terenów.

– Takich gestów i takiej ofiary nie można zapomnieć. Chciałoby się sobie życzyć, aby po takim nieszczęściu ludzie nauczyli się wdzięczności, aby bardziej wrócili do Boga i Kościoła... – dodaje ks. Kruszewski, porównując tamtą sytuację z obecnie panującym stanem epidemii. Czego nauczyła ludzi tamta powódź? – Na pewno przypomniała nam o potrzebie solidarności. Rok po powodzi spłonęło na przykład jedno z gospodarstw. Ludzie bardzo chętnie pomagali. To nas zmieniło na lepsze. Również w organizacji protestu nasza społeczność jest zmobilizowana – mówią inni.

Niezagojone rany

Choć mija 10 lat od powodzi, niewiele udało się zrobić z Wisłą. Załatano przerwany wał, ale prace związane z pogłębianiem dna rzeki praktycznie nie ruszyły do dziś. Inną przykrą konsekwencją powodzi sprzed lat jest wyludnianie się tego terenu przez jego dotychczasowych mieszkańców, zwłaszcza młodych. Konsekwencją tego było zamknięcie w ostatnim czasie dwóch podstawówek na terenie gminy Słubice. – To są nasze niezagojone rany, nasz niepokój i brak perspektyw. W tej dekadzie znacznie zmalała liczba gospodarstw produkcyjnych i siedlisk, choć ziemie na tym terenie są bardzo żyzne – mówi Sławomir Januszewski z Wiączemina, który jest przewodniczącym rady gminy Słubice.

– Zaraz po powodzi obawialiśmy się, że wśród mieszkańców rozprzestrzeni się niezadowolenie. Niestety, tak się stało. Prawie jedna trzecia mieszkańców z Doliny Iłowsko-Dobrzykowskiej wyprowadziła się stąd i pozostały dylematy: co ze szkołami, parafiami i gminą... Mówiono nam, że tu powstanie dolina zalewowa. Bogu dzięki, nie ma powodzi, mamy jedne z najbardziej urodzajnych ziem, na których pozostali praktycznie rdzenni mieszkańcy – dodaje S. Januszewski.

Od ośmiu lat istnieje Stowarzyszenie Obrońców Doliny Iłowsko-Dobrzykowskiej, które wciąż przypomina decydentom w Płocku i Warszawie o swoich palących problemach. – Mam nadzieję, że po wyborach i gdy minie pandemia, temat Wisły na naszym odcinku powróci i wreszcie będą podjęte jakieś decyzje i prace – dodaje Sławomir Januszewski.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama