Nowy numer 44/2020 Archiwum

Czego nauczy nas czas masek?

Ks. prof. Henryk Seweryniak o wierze, która „sprawdza się” także w czasie epidemii.

ks. Włodzimierz Piętka: Wraz z bp. Piotrem Liberą ogłosiliśmy w „Gościu Płockim” konkurs na zdjęcie i historię związaną z krzyżami morowymi na terenie naszej diecezji. Zna Ksiądz Profesor takie miejsca i historie ze swoich rodzinnych stron?

ks. Henryk Seweryniak: To dobra inicjatywa. Takie krzyże i figury przypominają nam, że „to” już było, i to nieraz. I że ludzka kruchość, objawiająca się między innymi w epidemiach, szuka wsparcia w Boskiej czułości. Mówiąc to, mam przed oczyma gostynińską figurkę Matki Bożej, swojską i serdeczną, ustawioną podczas zarazy z końca XIX w. na drodze wiodącej na Ziejkę i Krzywie. Ja jestem dumny z Polski, która radzi sobie z tym bolesnym doświadczeniem przez szybkie decyzje rządzących i kompetentną służbę zdrowia, odpowiedzialność zdecydowanej większości mieszkańców naszego kraju i modlitwę w domach, przy figurkach i krzyżach. Bo na tym polega chrześcijaństwo: modlić się tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga, a działać tak, jakby wszystko zależało od nas. Może jeszcze lepiej wyraża to polskie przysłowie: „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”. Wierzymy, że w ostatecznej logice losu spotykają się ludzkie kompetencje, poświęcenie i praca z modlitwą, choćby z 40 dniami i nocami nieustannej adoracji studentów płockiego seminarium.

„Teologia przy rosole” – taki jest tytuł jednej z ostatnich książek Księdza Profesora. Jeszcze niedawno rozmawiano z księdzem o tym. Teraz wiele się zmieniło... Jak rozmawiać o teologii w czasie epidemii? Jakie nowe, a może zapomniane tematy warto poruszyć?

„Teologia przy rosole” to książka o życiu Ewangelią na co dzień (stąd ten rosół), zbiór rozmów prowadzonych co tydzień przez minione dwa lata na łamach jednego z czasopism katolickich. Ale te rozmowy nadal trwają. I taka jest moja odpowiedź: robić dalej, co się da, nawet lepiej. Rozmawiamy o cnotach, czyli o utwierdzaniu siebie i innych w czynieniu dobra. A ponieważ rozmowy rozpoczęliśmy w Wielkim Poście, nazwaliśmy je cnotami paschalnymi. Chodzi o: czułość, nieobojętność, niekonwencjonalność, pielęgnowanie ogrodu (tak, tak – to też cnota, choćby ćwiczona na balkonie), wiarygodność, wielkoduszność. Czy to niedobre przemyślenia dla teologii w czasie epidemii?

Zapytam Księdza jako teologa i apologetę: jak się obroni wiara w tym czasie? Przy ograniczonym dostępie do kościołów, bez obchodów 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II i beatyfikacji kard. Stefana Wyszyńskiego, bez wielkich celebracji, procesji i pielgrzymek? Czy więcej w tym czasie jest duchowych nadziei czy obaw?

Żyjemy i pewnie jeszcze dość długo będziemy żyli w dramatycznej, nadzwyczajnej sytuacji, co dotyczy oczywiście także życia religijnego. Dla wielu osób minione tygodnie stały się sposobnością, żeby spojrzeć głębiej na swoją wiarę, wsłuchać się w słowa mądrych telewizyjnych rekolekcjonistów, przeżyć osobistą odpowiedzialność za liturgię domową, nauczyć się błogosławić dzieci, chleb, pracę i inne dary Boże, powrócić do modlitwy w domowym zaciszu, odkryć obecność Chrystusa w służbie lekarzy, pielęgniarek, opiekunek społecznych, zagrożonych zarażeniem. Ktoś opowiada, że dopiero nabożeństwa Wielkiego Tygodnia i Triduum Paschalnego, transmitowane przez telewizję, pozwoliły mu odkryć sens tych dni i tajemnic. Dla innych rekolekcje wielkopostne, głoszone przez „internetowych kaznodziejów” i przeżywane nie w tłumie, lecz wśród najbliższych, były pierwszymi „prawdziwymi” rekolekcjami. Odnowiliśmy zapomnianą teologię żalu doskonałego i Komunii duchowej. Okazało się, że łatwiej wyszukać sobie w internecie „pasującą Mszę”, niż włączyć się w konkretną wspólnotę eucharystyczną. „Czasem aż trudno się zdecydować, którego modnego kaznodziei tym razem posłuchać” – napisał jeden z dziennikarzy. Ale właśnie to powinno prowadzić nas do pytań: czym jest nasza wiara? Czym Kościół? Czym Msza św.? Jest ona spotkaniem z Bogiem, uczestnictwo w niej stanowi o godności osoby ochrzczonej. Owszem, telewizyjna transmisja Mszy ukazuje pewną wspólnotę z Chrystusem, ale nie jest wspólnotą samą, zgromadzoną na sprawowaniu Eucharystii. Owszem, żal doskonały daje nam oczyszczenie sumienia i otwiera na Boskie miłosierdzie, ale Chrystus chciał, aby w zwyczajnym biegu życia grzechy były poddane „pod władzę kluczy”, pod osąd Kościoła.

Czy możemy się pokusić o pewną prognozę? Jak może się zmienić nasze kościelne życie od Gostynina po Mławę, od Dobrzynia n. Drwęcą po Pułtusk? Od czego możemy zacząć?

Proszę pozwolić, że wrócę do poprzedniego pytania, może uda się z tego wydobyć pewną prognozę: czy więcej w tym czasie jest duchowych nadziei czy obaw? Odpowiedź chrześcijańska może być tylko jedna: nadziei. Nadziei na to, że wiara stanie się bardziej wewnętrzna, co wyrazi się także w tęsknocie za uczestnictwem w Eucharystii we własnej wspólnocie wiary, celebrowanej przez „naszego księdza” w „naszym kościele”, za pielgrzymią rodziną, za odpustem, za wypominkami. Że poczujemy się „obywatelami Kościoła”, bardziej odpowiedzialnymi za jego kształt duchowy i materialny w naszej parafii. Że księża zatroszczą się o to, żeby konfesjonały zapewniały większą intymność, a same świątynie pozostawały za dnia otwarte po to, byśmy, pomni na tęsknotę z czasu epidemii, choć na chwilę tam zanurzali się w „Boży świat”. Do beatyfikacji Prymasa Tysiąclecia musimy się pewnie jako naród jeszcze lepiej przygotować. Natomiast jubileusz urodzin św. Jana Pa- wła II przeżyjmy, szczególnie tu, u nas, na Mazowszu. Jednak może niech to przesłanie pójdzie dalej w świat, w związku z 100. rocznicą wojny obronnej 1920 r., w której, jak sam święty papież powiedział, chodziło o to, „ażeby obronić przyszłość Europy i europejskości”. Nie należę do tych, którzy uważają, że po pandemii świat już nie będzie taki sam. Mam jednak kilka (tylko kilka) procent nadziei, że czas izolacji, kwarantanny, zdalnej pracy i nauki pomoże zatęsknić, tak normalnie zatęsknić za twarzami koleżanek i kolegów z pracy i szkoły – i prosto, normalnie ucieszyć się sobą. Że będziemy częściej wracać do lasu, do którego od kilku tygodni z takim zapałem wyruszamy. Sam, wracając co tydzień z Gostynina od mamy, zatrzymuję się w Wólce Łąckiej, biorę kijki i maszeruję. Najpierw do pomnika męczeństwa: posła na sejm, burmistrza miasta, komendanta policji, trzech młodych księży, którzy ofiarowali się za swojego chorego proboszcza i 23 innych obywateli tamtej ziemi, a potem dalej – w las i pola. Zapewniam, można długo żyć, a dopiero teraz zacząć uczyć się odróżniać gatunki drzew czy odkrywać różnorodność głosów ptasich. Ufam, że nauczymy się zostawiać samochód w garażu, a częściej wsiadać na rower. Może też ten i ów przestanie wierzyć w rozmaite głupstwa i rozmaitej maści mity, choćby ten o szkodliwości szczepionek – przecież wszyscy czekamy teraz na szczepionkę. Może więcej będzie szacunku dla pracy oraz kompetencji pielęgniarek i opiekunek społecznych, a także dla tych, którymi w większości się opiekują, dla seniorów, których w tych miesiącach w niektórych krajach odłączano od respiratorów – bo i nas dzisiaj, kiedyś może to spotkać. Może czas masek oduczy nas trochę próżności, udawania i stawiania się ponad innymi. Bo tę samą kruchość w sobie dźwigamy...

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama