Nowy numer 44/2020 Archiwum

Zdani na łaskę nieba

Ten rok zapisze się w historii jako czas wyjątkowy, zdeterminowany przez pandemię koronawirusa, która powoli ustępuje miejsca nowym problemom – jednym z nich jest susza, która kolejny raz zbiera swoje żniwo.

Pandemia zatrzymała cały świat, ale nie cały świat zatrzymał się pod dyktando wirusa – są sektory, w których praca nie ustaje. Tak jest w przypadku rolników, którzy jeszcze nie zapomnieli o skutkach zeszłorocznej suszy, nie do wszystkich jeszcze dotarły rekompensaty za obniżone plony, a już przyszło im mierzyć się z kolejnym wyzwaniem. To oni, podobnie jak plantatorzy warzyw i owoców czy leśnicy, baczniej niż statystykom zachorowań przyglądają się prognozom pogody.

Kalejdoskop pogodowy

Państwo Cichalewscy od przeszło 30 lat zajmują się uprawą warzyw, kultywując rodzinną tradycję ogrodniczą. Zdobyli już grono zadowolonych klientów, na których mogli liczyć nawet w czasie, kiedy targowiska zostały zamknięte z powodu pandemii.

– My nie mamy deszczowni ani nawadniania, bo i uprawiamy niewiele. To niecały hektar warzyw, które sami pielęgnujemy i sprzedajemy na okolicznych targowiskach. Trzeba przyznać, że kiedyś pogoda była bardziej przewidywalna i łatwiej było utrzymać plantacje. Praca zaczynała się dopiero, gdy ziemia przeschła i dało się wjechać na pole, bo miejscami po zimie było tak mokro. Teraz staramy się zaczynać już w marcu, tak żeby rośliny wykorzystały jak najwięcej wilgoci z gleby. Ten rok od początku jest trudny. Najbardziej narażone na brak wody są rośliny korzeniowe, jak marchew, pietruszka, buraki. Niestety podlewanie nie rozwiązało do końca problemu, bo zimne noce spowalniają wegetację. Warzywa rosną powoli – mówi Marta Cichalewska, plantatorka z terenu gminy Joniec. Długoterminowe prognozy pogody nie pocieszają. Z niepokojem analizują je pracownicy Mazowieckiego Ośrodka Doradztwa Rolniczego Poświętne w Płońsku.

– Obfitych opadów może nam brakować nawet przez kilka miesięcy. Już ucierpiały zboża jare. To już trzeci tak suchy sezon, więc plony będą bardzo zredukowane. Wiosna to wyjątkowy czas, kiedy rośliny pobudzają się do życia i tej wody potrzebują jak najwięcej, a w tym roku jej zabrakło. Pogoda przestała być powtarzalna i przewidywalna, przez co bardzo trudno jest dobrać odpowiednie zabiegi w uprawach. Ze swojej strony staramy się pomagać rolnikom jak tylko to możliwe. Cały czas jesteśmy do dyspozycji pomimo pandemii – mówi Katarzyna Szumska, specjalista ds. produkcji roślinnej w MODR Poświętne.

Najbardziej ucierpiały uprawy zbożowe, bo ich nie sposób nawadniać. Przez niską temperaturę zboża ozime nie skorzystały na wiosnę z zasobów wody w glebie. Teraz, kiedy temperatura jest wyższa i mogłyby wzrastać, wilgoci zabrakło. Mieszanki jare na brylastych i bardziej zwięzłych glebach nawet nie wzeszły. Przez posuchę w okresie kształtowania kłosów oziminy będą miały znacznie mniej ziarna.

– Wszystko może się jeszcze zmienić, ale na słabszych ziemiach zboże nie odbuduje już swojego potencjału plonotwórczego, nawet jeśli pogoda zmieni się na korzystną. Rośliny już się ukształtowały, zredukowały obsadę i boczne pędy. Problem jest również z nawożeniem plantacji, bo granulowane nawozy mineralne nie rozpuszczają się, a dokarmianie dolistne nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb rośliny. To samo dotyczy stosowania środków ochrony roślin, które w tych warunkach mają ograniczone działanie, bo chwasty tak jak i rośliny zabezpieczają się przed utratą wilgoci, zamykając swoje aparaty szparkowe – wyjaśnia Andrzej, młody gospodarz z powiatu płońskiego.

Na przestrzeni lat diametralnie zmieniła się aura pogodowa. Starsze pokolenie rolników nie pamięta takich spadków poziomu wody. O ile w tamtym roku wiosną był jeszcze spory jej zapas i susza przyszła później, o tyle ten, po niemal bezśnieżnej zimie, nie zaczyna się dobrze. A – jak dodaje pan Andrzej – w przypadku rolnictwa nie jest łatwo z dnia na dzień zmienić profil gospodarstwa. Również hodowcy bydła nie mają powodów do radości. Ze względu na warunki hydrologiczne, trawy rosną wolniej. Tamten rok przyniósł niedobór pasz, a ten nie daje nadziei na lepsze zbiory czy wcześniejszy wypas bydła.

Czerwone pola

Tegoroczna sytuacja na roli zaskoczyła jeszcze jedną, prężnie działającą grupę producentów. Mowa o plantatorach truskawek z rejonu miasta i gminy Czerwińsk n. Wisłą, dla których to nie susza okazała się największym problemem, bo owoce na plantacjach dojrzewają, ale brak rąk do pracy. Osoby z Ukrainy, które od lat są główną siłą roboczą, w tym roku w związku z obostrzeniami związanymi z pandemią koronawirusa mają utrudniony lub wręcz uniemożliwiony przyjazd do Polski. Los 1010 gospodarstw, gdzie na łącznej powierzchni ponad 5 tys. ha uprawia się truskawki, nigdy jeszcze nie był tak niepewny.

– To są całe rodziny, które utrzymują się tylko i wyłącznie z truskawki. Mamy się czym martwić. Najpierw fala kwietniowych przymrozków, która dotknęła uprawy, a teraz susza. Ale przez tyle lat produkcji owoców miękkich ludzie nauczyli się radzić sobie z brakiem wody, mają naprawdę dobrze przemyślane systemy nawadniające. Truskawka jest wymagającą rośliną, a nasze gospodarstwa przez ostatnie lata wykształciły system współpracy z pracownikami z zagranicy. I to jest nasz główny problem – borykamy się dziś z problemem zapewnienia rąk do pracy. Już dojrzały pierwsze truskawki spod folii, ale zapewne będziemy je zbierać w mniejszych ilościach, bo nie wszyscy będą mieli pracowników. Staramy się działać jak tylko to możliwe. Producenci martwią się, ale mają nadzieję, jak my wszyscy, że do czerwca uda się pozyskać chociaż część pracowników. Wyczekujemy na kolejne decyzje rządu – mówi Marcin Gortat, burmistrz miasta i gminy Czerwińsk. Gminne targowisko w Przybojewie, gdzie co roku po świeże truskawki przyjeżdżali kupcy z całej Polski, będzie funkcjonowało z zachowaniem obostrzeń sanitarnych: auta producentów będą od siebie odseparowane, a liczba miejsc na placu ograniczona.

– Targowisko jest terenem publicznym i obowiązywać będą reżimy sanitarne, takie jak zakrywanie nosa oraz ust i stosowanie rękawiczek ochronnych. Tylko osoby stosujące się do tych zasad będą miały możliwość funkcjonowania w tej przestrzeni – – przypomina burmistrz.

Walka z żywiołem

Sytuacja w lasach również nie napawa optymizmem, chociaż poprawiła się po deszczowym początku maja. Samo nadleśnictwo w Płońsku to ponad 11 tys. ha lasów państwowych i ok. 10 tys. ha lasów prywatnych położonych na terenie czterech powiatów: płońskiego, ciechanowskiego i częściowo nowodworskiego oraz pułtuskiego.

Aby chronić zasoby przyrodnicze, podczas najwyższego stopnia zagrożenia pożarowego wprowadza się okresowe zakazy wstępu do lasu. Dzieje się tak, kiedy wilgotność ściółki monitorowanej w punktach prognostycznych przez pięć kolejnych dni jest niższa niż 10 proc. Taka sytuacja miała miejsce pod koniec kwietnia i chociaż zakaz nie obowiązywał zbyt długo, z uwagi na zmieniające się warunki atmosferyczne, leśnicy nieustannie apelują o rozważne i odpowiedzialne zachowanie w lesie, przypominając ubiegłoroczny, największy na Mazowszu, pożar 35 ha lasów w okolicach Cieksyna.

– Te zakazy nie są czymś przyjemnym, ale robimy to dla dobra wspólnego. Przy tym najwyższym stopniu zagrożenia terenowe służby leśne są w pełni dyspozycyjne. Pokutuje w społeczeństwie mit szklanych butelek, ale większym zagrożeniem niż pozostawione śmieci są chociażby rozgrzane katalizatory aut, zatrzymujących się w lasach lub ich pobliżu. Statystyki pokazują, że w ponad 85 proc. przypadków przyczyną pożaru jest niestety nieodpowiednie zachowanie człowieka. Potwierdzają to również pożary lasów z ostatnich tygodni, które wydarzyły się nocą – przypomina nadleśniczy Tomasz Józwiak, z nadleśnictwa w Płońsku.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama