Nowy numer 44/2020 Archiwum

Maciek poznaje planety

Są tacy rodzice, dla których uczenie się dziecka w domu, nie tylko w czasie pandemii, jest codziennością; co więcej, sami są dla niego nauczycielami.

To miało być pierwsze takie spotkanie w Płocku. Rodzice uczący dzieci w domu, w tym mieszkańcy tego miasta i okolic, chcieli zaprosić w jedną z marcowych sobót innych rodziców, aby w ramach forum wymiany myśli pokazać, na czym polega kształcenie swoich pociech bez posyłania do szkoły. Plany na razie pokrzyżowało zagrożenie koronawirusem.

Spowodowało ono także, że dzieci i młodzież uczą się zdalnie w domach. I paradoksalnie, ten trudny czas może być zachętą dla rodziców do tego, by przyjrzeli się ich edukacji – jak uważa jedna z prelegentek planowanego spotkania Ewa Zaręba, prezes płockiego Stowarzyszenia na rzecz Małżeństwa i Rodziny „Nie ma lekko”. Jest także mamą sześciorga dzieci, która podjęła decyzję o rozpoczęciu edukacji domowej syna w trakcie roku szkolnego. Nie był to chwilowy kaprys rodzica, ale raczej trwający ok. 4 lata proces powolnego dojrzewania do tej decyzji. Pierwszoklasista Maciej przeszedł już badania w poradni psychologiczno-pedagogicznej i teraz rodzice czekają na wyniki.

Jeśli będą pomyślne, zostanie przypisany do jednej z podwarszawskich szkół (tam państwo Zarębowie znaleźli najbliższe placówki nadzorujące edukację domową) i będzie raz w roku musiał się w niej pojawić i zdać egzamin. Pani Ewa, która sama pracowała jako nauczycielka, jest zdania, że nauka w domu da synowi u progu jego edukacji większą szansę na rozwinięcie kreatywności i pobudzania jego zainteresowań i talentów. Jak może wyglądać w praktyce taka szkoła w domu? Na pewno nie będzie typowej lekcji z dzwonkiem, ławki, ani dziennika. W warunkach domowych nauka przebiega znacznie bardziej elastycznie i pewnie najbardziej indywidualnie, jak tylko się da.

– Zakładamy, że będziemy rozpoczynać naukę o godz. 10. Dziecko ma oczywiście swoje książki i jakieś dodatkowe materiały nawiązujące do przerabianego tematu. W harmonogramie jest godzina zajęć kreatywnych – malowania, śpiewania, tańca. Potem spacer, w międzyczasie jakieś przekąski. Po południu gromadzimy się na ćwiczenia poprzez zabawę – wyjaśnia Ewa Zaręba, która wraz z mężem planuje też zapisanie do edukacji domowej młodszego synka, Adasia, który od września idzie do zerówki.

– W edukacji domowej łatwiej podążać za ciekawością oraz konkretnymi zainteresowaniami dziecka i pogłębiać je; na przykład teraz z Maćkiem poznajemy planety. Myślę, że będziemy mogli znacznie bardziej efektywnie wykorzystać czas na naukę, czerpać z różnych materiałów, przeznaczyć czas na wycieczki, wyjścia na spektakle, do muzeów, co tylko podyktuje nam nasza kreatywność – uważa pani Ewa.

Po takiej deklaracji edukacja domowa wydaje się nie tylko solidną szkołą dla dziecka, ale i dla dorosłych. Trudności mogą być po pierwsze finansowe, bo przecież jeden z rodziców musi poświęcić jej swój czas i zrezygnować z pracy zawodowej. Po drugie bez wątpienia to duży wysiłek, wymagający od rodzica – domowego nauczyciela – wiedzy, kreatywności, organizacji i samodyscypliny.

– Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy rodzice, choćby chcieli, mogą sobie na to pozwolić. U nas tak się złożyło, że jestem w domu, bo mam młodsze dzieci, więc w tym momencie nie rezygnuję z jakiejś kariery zawodowej. Z drugiej strony my to traktujemy jako świetną przygodę. Nie przeraża mnie ta perspektywa, tym bardziej że śledzę różne fora i poznaję opinie rodziców, którzy mają już doświadczenie w edukacji domowej – uważa płocczanka. Na jej decyzji zaważyła jeszcze jedna ważna, a może – najważniejsza kwestia. To obawa, którą żywi dziś coraz więcej rodziców – o treści, jakie mogą być przekazane dziecku w szkole.

– Nie ukrywam, że boimy się tego, co już niestety wchodzi do naszych szkół, tzw. nowych ideologii. I mimo że nie wyraziłam na nie zgody w oświadczeniu rodzicielskim, to i tak nie mam do końca na to wpływu i nie wiem, co się dzieje podczas zajęć szkolnych – mówi. Dla pani Ewy i jej męża wiara jest fundamentem życia małżeńskiego i rodzinnego oraz związanego z tym poczucia odpowiedzialności za wychowanie dzieci nie tylko przed społeczeństwem.

– Dostałam moje dzieci od Boga i chcę je dla Boga wychować. Uważam, że tylko w domu, na tym etapie, mam wpływ na ich ukształtowanie. Teraz mogę im przekazać najważniejsze wartości, zbudować w nich kręgosłup moralny. Wiem, że nawet jeśli dziecko pójdzie do szkoły w wieku 15 czy 16 lat, to się tak łatwo nie złamie. A rodzina od zawsze była naturalnym środowiskiem wychowania i edukacji. W Polsce przez wieki to się sprawdzało i dzięki temu udało nam się przeżyć zabory i nie stracić tożsamości narodowej – mówi szefowa stowarzyszenia „Nie ma lekko”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama