Nowy numer 44/2020 Archiwum

Dźwięki spod kobiecej ręki

Muzyka w liturgii nasielskiego kościoła od lat ma głos Joanny Ostaszewskiej – żony, mamy, organistki, dyrygentki w parafii św. Wojciecha.

Ilona Krawczyk-Krajczyńska: Jak to jest być kobietą w męskim świecie organistów?

Joanna Ostaszewska: Może nie jest łatwo, ale teraz proporcje coraz bardziej się wyrównują. To już nie jest tak bardzo męski świat jak kiedyś, kiedy zaczynałam swoją pracę.

Więc jak to się zaczęło, skąd taka muzyczna pasja?

Nie pamiętam, żeby w mojej rodzinie ktoś muzykował. Urodziłam się 22 listopada, we wspomnienie św. Cecylii, i mam wrażenie, że to ona wszystko mi poukładała. Będąc z oazą, właśnie w Nasielsku, usłyszałam, że Pan Bóg ma dla człowieka swój plan, najlepszy plan. Ja wierzę, że w moim przypadku to jest właśnie ta droga. Skończyłam najpierw szkołę pedagogiczną, ale po maturze zmieniłam kierunek na muzyczny. Wtedy w ramach praktyk kolonijnych wyjechałam jako animatorka muzyczna na oazę. To była Opatrzność, bo z tego, co pamiętam, rekolekcje oazowe nie odbywały się w Nasielsku, a te, na które wtedy pojechałam, tak. Tu poznałam swojego przyszłego męża. A kościół zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wtedy pierwszy raz zrodziło się takie ciche marzenie, myśl, że cudownie byłoby tu grać.

Czy to był ten moment, kiedy wszystko stawia się na jedną kartę i dąży do spełnienia tego „cichego marzenia”?

Prawie. W Nasielsku jestem od 1991 roku. Od razu podjęłam pracę w szkole i to było naprawdę bolesne zderzenie z rzeczywistością. Wtedy klasy były bardzo liczne, a godzin muzyki było dużo więcej niż teraz. Było mi ciężko. Kiedy dostałam propozycję pracy w tutejszym kościele, byłam w stanie błogosławionym, ale długo się nie zastanawiałam. Kiedy zaczęłam, poczułam ulgę. Wiedziałam, że ta praca jest dla mnie. Oficjalnie zaczęłam w 1997 r., ale grywałam już wcześniej, kiedy mój poprzednik, niedościgniony wzór, pan Wilamski, podupadł na zdrowiu i potrzebował zastępstwa. Moim chrztem bojowym była Wielka Sobota. To jeden z najtrudniejszych dni w całym roku liturgicznym, a ja około południa dowiedziałam się, że pan Edward trafił do szpitala i muszę go zastąpić. Niewiele pamiętam z tego dnia, to był niewyobrażalny stres.

Jak kobiecy głos przekonał do siebie tutejszych parafian?

Początki nie były łatwe. Trzeba zrozumieć, że przez te 53 lata, kiedy grał pan Wilamski, ludzie tak się do niego przyzwyczaili, że kobieta na jego miejscu była dla wielu jakimś nieporozumieniem. Musiałam się postarać. Przede wszystkim ukończyłam studium organistowskie w Płocku, później w Warszawie. Natomiast jeśli chodzi o chór, to takim przełomowym momentem było spotkanie z okazji wspomnienia św. Cecylii. W parafii było kilka muzykujących grup, a wtedy dostaliśmy impuls do tego, żeby zrobić coś wspólnie – i tak już zostało.

Czy mam rozumieć, że tu wszystko idzie jak z płatka, czy może to jakiś sposób na radzenie sobie z przeciwnościami?

Bywają lepsze i gorsze dni, ale nie zmieniłabym tej decyzji sprzed lat. Wszystko polecam na modlitwie. To jest ten sposób. Za moich chórzystów też się modlę. Mamy dużą rotację osób, a pomimo to zrealizowaliśmy już wspólnie tyle pięknych projektów. Teraz moim marzeniem jest, żebyśmy jak najszybciej opanowali „Miserere” Allegriego. Piękny, przejmujący utwór. Może uda się to na Wielkanoc. To czas, który pod względem muzycznym lubię najbardziej.

A mówią, że aby zdenerwować organistę, wystarczy życzyć mu „wesołych świąt”. Czy rodzina nie buntuje się, kiedy gra Pani przez całą niedzielę w kościele?

Uzupełniamy się. To mój mąż jest inicjatorem warsztatów, wszystko organizuje i pilnuje terminów jak najlepszy menedżer. Nasze dzieci od początku wychowują się w tej muzycznej rzeczywistości. Teraz z sentymentem wspominam czas, kiedy chłopcy byli mali, mieli 3 i 4 latka. Czasami nie udawało mi się ich przekonać, żeby rano zostali na pół godziny sami w domu, więc zabierałam ich na poranne Msze. Na chórze mieli rozłożone kołderki. Zachowywali się cicho. A kiedy pewnego razu straciłam głos na Boże Narodzenie, to właśnie oni śpiewali kolędy. Tak się wspieramy.

Czy po tylu latach obcowania z muzyką sakralną potrafi się jeszcze Pani nią wzruszyć?

Oj, za często się wzruszam. Szczególnie podczas chóralnych występów. To brzmienie jest „omodlone”. Bez tej modlitwy byłaby to pusta melodia, która nie oddałaby chwały Bożej, nie poruszałaby serc słuchających. Ten kontakt z „górą” jest najważniejszy. Musi tak być, żeby śpiewający i słuchający łączyli się w tym uwielbieniu.


ilona.krawczyk@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama