Nowy numer 48/2020 Archiwum

Najświętsze, wciąż nieodkryte

Obraz i kult Jezusa Miłosiernego dotarły już na krańce świata, także tam, gdzie chrześcijanie doznają prześladowań. Ale czy w miejscu, gdzie wszystko się zaczęło, jest dziś większa świadomość tego, co jest dosłownie na wyciągnięcie ręki?

Są dni, gdy w płockim sanktuarium Bożego Miłosierdzia przy Starym Rynku dosłownie mieszają się języki z różnych krajów i kontynentów. Pokochali to miejsce pielgrzymi z Filipin, Hongkongu, Argentyny czy Irlandii. Są wśród nich osoby, które wspierają materialnie budowę rosnącej za tymczasową kaplicą nowej świątyni. Od kilku miesięcy wieńczy ją wysoki krzyż, którego pionowa belka świeci się na czerwono i bladobłękitno, jak stały, bijący w oczy znak dla przechodniów, także tych obojętnych.

– Gdy informuję nawet te osoby, które przychodzą do naszej kaplicy, że 22 lutego będzie Msza św. w nowym kościele, pytają: „W jakim nowym kościele? To tu coś się buduje?” – mówi ks. Tomasz Brzeziński, rektor sanktuarium, zwracając uwagę na potrzebę promocji tego wyjątkowego miejsca, gdzie 89 lat temu siostrze Faustynie Kowalskiej ukazał się Jezus, przekazując orędzie miłosierdzia dla całego świata.

– Jan Paweł II mówił, że człowiek niczego nie potrzebuje tak jak Bożego miłosierdzia – przypomina ks. rektor, który od niedawna jest także kapelanem chorągwi Zakonu Rycerzy Jana Pawła II, nowego i prężnie rozwijającego się w Kościele bractwa skupiającego świeckich mężczyzn. Panowie, osoby różnych zawodów i kompetencji, angażują się w promowanie sanktuarium. Jest wśród nich Piotr Robert Raczkowski, przez kilka lat związany zawodowo (jako prezes) z Sekcją Piłki Ręcznej Wisły Płock.

– Rzadko kto wie, że obraz Jezusa Miłosiernego powstał właśnie dzięki objawieniu 22 lutego 1931 roku. Ja jestem płocczaninem z krwi i kości i jeszcze nie tak dawno nie miałem pełnej świadomości tego, co tu się wydarzyło – przyznał Piotr Raczkowski, dzieląc się swoją historią podczas spotkania w cyklu Wieczór Dobrych Myśli w siedzibie Szkół Katolickich w Płocku. A jest to historia niespodziewanej ciężkiej choroby, która postawiła go na granicy życia i śmierci.

– W życiu nie ma przypadków. To był rok 2016 – Jubileusz Miłosierdzia. Rozpocząłem pracę w Warszawie, dokąd przeprowadziliśmy się z Płocka z żoną, z myślą o przyszłości naszych dzieci. To przytrafiło mi się w naszym nowym domu, kupionym za duży kredyt, dosłownie 2 tygodnie po przeprowadzce. Tego dnia szykowałem się do pracy. Poczułem ostry ból w klatce piersiowej. Na szczęście był ze mną syn. Wezwaliśmy pogotowie. Szybka diagnoza – pęknięta aorta, a potem poszukiwania zespołu medycznego, który by się podjął operacji – opowiadał P. Raczkowski, przytaczając też słowa szpitalnej epikryzy, pokazującej, jak ciężki był jego stan w tym czasie.

– Miałem podanych 26 jednostek krwi. Operacja zaczęła się o godz. 15. Zespół 16 medyków operował mnie do późnych godzin nocnych. Nie oddychałem samodzielnie, wszystkie moje organy tak naprawdę funkcjonowały pozaustrojowo. W takim stanie, po tak ciężkim zabiegu miałem jeszcze zapalenie płuc. Po operacji przez 8 dni leżałem w śpiączce farmakologicznej. Z powodu potwornego niedokrwienia miałem powykręcane i sine ręce i nogi. Lekarze mówili, że nie ma szans, abym z tego wyszedł.

W tym czasie moja żona przywoziła mi figurę Pana Jezusa z Ziemi Świętej i kładła mi ją na rękach – wspominał. W śpiączce towarzyszyły mu dwa dojmujące doświadczenia: przerażająca ciemność i niesamowity ból, nieporównywalny z niczym przeżytym dotychczas. – I mimo tej ciemności i bólu miałem czyste, niezakłócone myśli, które sprowadzały się do wiary. Tak naprawdę wewnętrznie pytałem się, czym jest wiara i dlaczego to się dzieje. Wtedy doszedłem do jednego wniosku, że my jednak jesteśmy ludźmi słabej wiary. Gdy spotyka nas coś złego, prosimy Boga, aby skrócił nasze cierpienia, i wtedy tak naprawdę kwestionujemy to, co z nami się dzieje i kwestionujemy Boży plan.

W tej śpiączce, ciemności i bólu poszedłem więc w kierunku zawierzenia. Moją nagrodą było to, że się wybudziłem i w pewnym momencie wszystko w organizmie się ruszyło i poszło w dobrą stronę. Wyszedłem ze szpitala, ważąc 30 kg mniej. Miałem na sobie gorset i bandaże na nodze. Przejście korytarza było dla mnie wysiłkiem porównywalnym z maratonem. Jednak mimo że podupadłem zewnętrznie, byłem szczęśliwy wewnętrznie – opowiadał Piotr Raczkowski. Dziś, po kilku latach od tamtej kluczowej operacji, po której znów niespodziewanie nastąpiła kolejna – tym razem wycięcie tętniaka na lewej nodze – mówi, że cierpienie może być przejawem łaski i że każdego dnia wszyscy dotykamy miłosierdzia, ale najczęściej mamy wyczulone oko i ucho na to, co złe. – Bóg chce, abyśmy w pełni się zawierzyli, a my robimy to tak połowicznie – zauważa Piotr Raczkowski, członek Zakonu Rycerzy Jana Pawła II.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama