Nowy numer 48/2020 Archiwum

Święty Franciszek odpowie

Jeden świecki człowiek może wiele uczynić, aby bronić wiary i w swoim powołaniu do małżeństwa i rodziny odkryć jeszcze franciszkańskie powołanie.

Świadectwo 93-letniego Stanisława Kamińskiego z Ciechanowa jest tak naprawdę zapisem historii XX wieku, która odcisnęła się na jego życiu.

Na trudne czasy wojny i tego, co przyszło po jej zakończeniu, Pan Bóg dał mu wiarę i odwagę. W trudnych kolejach życia dał mu też odkryć św. Franciszka z Asyżu, dlatego pan Stanisław stał się promotorem i założycielem kilku wspólnot III Zakonu Franciszkańskiego dla świeckich – w Kanadzie i Polsce. Urodził się w okolicach Płoniaw k. Makowa Mazowieckiego. Był wychowany w katolickiej rodzinie. Po wojnie trafił do wojsk obrony pogranicza, a stamtąd do szkoły oficerskiej.

– Tam mówili nam, że Boga nie ma i że to wymysł ludzkiego rozumu. Nie mogłem takich rzeczy słuchać i zabrałem wtedy głos. A ponieważ interesowałem się historią i chemią, odwoływałem się do argumentów naukowych, oni zaś do ideologii. I w kółko powtarzali, że wiara jest hamulcem postępu. Nie mogli mi tego zapomnieć, że mówiłem otwarcie to, co myślałem. Zaczęto mnie wzywać do informacji wojskowej na przesłuchania, a tuż przed promocją wojskową skazano mnie na 7 lat więzienia, w tym 3 lata pozbawienia praw publicznych i wojskowych, a także pozbawienie mienia (którego nie miałem). Wreszcie okrzyknięto mnie wrogiem ludu i Związku Sowieckiego. Siedziałem za nic. Wyszedłem w 1954 r. – po 4 latach i ośmiu miesiącach, bo na szczęście przyszła amnestia. Ale zaliczyłem najstraszliwsze więzienia stalinowskie w Rawiczu, Wronkach i Strzelcach Opolskich. Nie oszczędzono mi tortur. Gdy stamtąd wyszedłem, nigdzie nie mogłem znaleźć pracy. Chciałem uczyć w szkole, bo miałem przygotowanie pedagogiczne, ale oczywiście nigdzie mnie nie przyjęto – opowiada pan Stanisław. Wyjechał na ziemie odzyskane.

Aby gdziekolwiek pracować, skończył studia rolnicze. Ale wciąż było bardzo trudno. Gdy czasy trochę się zmieniły, cudem udało mu się przedostać na Zachód, do Kanady. Płynął tam statkiem, na którym pracował jako palacz. Później udało mu się ściągnąć do Kanady rodzinę. Przez pewien czas mieszkali tam, ale po latach postanowili wrócić do Polski. Skąd u Stanisława Kowalskiego wzięła się ta konsekwentna i odważna postawa? On wskazuje na jeden trop.

– Dom to największy uniwersytet. Wiarę się stamtąd wynosi. Dla mnie wzorem była mama. Z wiary, którą przeżywałem w domu, brało się też zaangażowanie. Gdy byłem w kościele, nie chciałem tylko siedzieć w ławce, ale zrobić coś więcej... więc zostałem ministrantem. Później dużo czytałem, pogłębiałem to, co duchowo otrzymałem na początku. Dziś po latach z uporem powtarzam, że wiary będę bronił aż do śmierci – zapewnia.

Ale do tej wiary jasnej, prostej i odważnej z czasem doszła pewna wątpliwość, która dręczyła go przez dłuższy czas. Była to wręcz jakaś pokusa, aby rozpamiętywać wciąż na nowo, czy słusznie postąpił, gdy w szkole oficerskiej zaczął bronić wiary, a przez to przekreślił swoją ewentualną karierę wojskową. – To było w Kanadzie. Mój znajomy dał mi kiedyś do przeczytania życiorys św. Franciszka z Asyżu. Wracałem do tej lektury kilka razy, bo choć broszurka nie była zbyt długa, ja znalazłem w niej odpowiedź na dręczące mnie pytanie. Świętego Franciszka czekała kariera, którą zapewniała mu jego bogata rodzina. On jednak ją zdecydowanie porzucił. Poszedł za Bogiem. Przecież ze mną było podobnie, znalazłem więc we Franciszku wielkie umocnienie. I ja mogłem być oficerem, ale poszedłem za Chrystusem, ze wszystkimi konsekwencjami. Święty Franciszek pomógł więc mi odnaleźć szczęście. Chciałem się tym podzielić z innymi, więc zacząłem szukać jakiejś franciszkańskiej wspólnoty dla świeckich, ale nie mogłem jej znaleźć w Kanadzie.

Więc z księdzem proboszczem parafii polskiej w Edmonton założyliśmy Franciszkański Zakon Świeckich. Na początku było nas osiem osób. Po latach wspólnota urosła do setki. Gdy wróciłem do Polski, założyłem wspólnotę w Legionowie i Ciechanowie: u św. Tekli i u św. Piotra – opowiada pan Stanisław. Co to znaczy być „świeckim franciszkaninem”? – To znaczy kochać Boga, szanować Kościół i być człowiekiem uczciwym. To pozostać wiernym Ewangelii i prostym człowiekiem. Bardzo mi w tym pomagają krótkie franciszkańskie modlitwy. Ja się nimi modlę z radością, one podnoszą mnie na duchu, aby nie tracić nadziei.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama