Nowy numer 13/2020 Archiwum

Praca Bożej mrówki

Ks. dr Jarosław Tomaszewski opowiada o misjach w Urugwaju i wierze odbudowywanej w kryzysach.

ks. Włodzimierz Piętka: U nas jest teraz zima – przynajmniej w kalendarzu – a jak to wygląda w Urugwaju?

ks. Jarosław Tomaszewski: Styczeń i luty to najgorętsze miesiące w roku. Jest tam teraz bardzo wilgotno, a temperatura dochodzi do 40 stopni. Jest to więc czas wakacji.

A w Kościele?

Z racji, że są wakacje i urlopy, nie ma kolędy. Ale nie tylko z tego względu. Urugwaj jest krajem laickim i ateistycznym, co zostało wpisane także do konstytucji. To kraj, który został „przeżarty” ideologią laicką i duchem masońskim. A więc Boże Narodzenie jest nazywane „tradycyjnym dniem rodzinnym”, Trzech Króli – „dniem plaży”. Takie przeinaczanie świąt kościelnych, zmienianie ich nazw i znaczenia rozciąga się na cały rok, na przykład Wielki Tydzień jest nazywany „tygodniem turystyki”. To próbowano robić we Francji w czasie rewolucji, podobnie dzieje się w Urugwaju. Laicyzm więc mocno odcisnął się na tym narodzie. Urugwaj jest najbardziej laickim krajem Ameryki Łacińskiej. W Kościele katolickim jest ochrzczonych 42 proc. Urugwajczyków – to największa ze wspólnot wyznaniowych w kraju. Ateizm jest proponowany już w szkole jako jedyny racjonalny styl życia. Kłopotem Urugwaju była też teologia wyzwolenia, która „ukąsiła wewnętrznie” także Kościół. To kolejny problem.

Jak więc wyglądała Księdza misja w tym kraju?

Gdy rozpoczynałem pracę w jednej z parafii, to na pierwszą Mszę przyszły trzy osoby. Od czego mogłem zacząć? Postanowiłem odwiedzać starszych i chorych w ich domach. Szedłem do nich z sakramentami, a przy okazji poznawałem ich rodziny. I takie duszpasterstwo podziałało. Bardzo mi w tym pomogło amerykańskie stowarzyszenie katolików świeckich „Focus”. Przyjeżdżali do mojej parafii młodzi ludzie, głównie studenci, i w czasie swoich wakacji pomagali mi w ewangelizacji. Jeśli mogę tak powiedzieć, to była moja kolęda: z nimi i dzięki nim, bo chodziliśmy od domu do domu. Duszpasterstwo w Urugwaju jest pracą mrówki, bo tam ludzie nie przyjdą na ogłoszenie czy na dźwięk dzwonu. Ja po trzech latach pracy miałem wspólnotę, w której mogłem liczyć już nie na trzy, ale na dziesięć osób. Dlatego mówię, że to praca mrówki.

Ciśnie się na usta pytanie: czy to ma sens?

Przede wszystkim tamte realia zmieniły mnie samego. Od 6 lat doświadczam, że dla mnie największym problemem jest samotność. Księży jest mało, misjonarzy z Polski w całym kraju zaledwie kilku, a społeczeństwo urugwajskie jest raczej zamknięte w sobie. Kiedyś odwiedził mnie znajomy ksiądz – misjonarz ze Wschodu – i zobaczywszy tamte realia, stwierdził krótko: „Tu jest jak na Białorusi”. Ale mimo wszystko jest sens. To prawda, że nie jest łatwo, ale tamtejszy Kościół odradza się z ludzi, którzy nigdy wcześniej nie byli katolikami. To Kościół, który jest mniejszością, ale przez to jest niezwykle ciekawy, to Kościół młodych ludzi.

O polskim Kościele mówimy, że jest w kryzysie. Czy możemy się czegoś nauczyć z doświadczenia Kościoła w Urugwaju?

Trzeba się uchwycić jakości i odejść od pokusy ilości. Kiedy jakaś wspólnota wchodzi w kryzys, to po jakiś czasie w ludziach budzi się duchowy głos i pragnienie czegoś więcej. Kościół musi wtedy wyraźnie im ukazywać, że właśnie w nim jest droga łaski, Bożego życia i sakramentów wiary. Dlatego na przykładzie urugwajskim mogę stwierdzić, że trzeba przywracać szkoły życia duchowego w parafiach, docenić konfesjonał i piękno liturgii, a przede wszystkim mieć czas dla ludzi. Jest to mrówcza praca, ale tylko wtedy jakościowo będą rosły nasze parafie i wspólnoty. Żeby wyprowadzić Kościół z tego zaułka kryzysu, potrzeba też większego zaufania do świeckich. Ksiądz niech będzie księdzem, ale do współpracy niech zaprosi świeckich, aby w Kościele był „dobry rozkład” łaski.

Czy bycie księdzem z diecezji płockiej, z formacją naszego seminarium i doświadczeniem naszego duszpasterstwa, pomaga w pracy w Ameryce Łacińskiej?

Oczywiście, że tak. Bardzo to docenia kardynał z Montevideo. W kazaniach często odwołuje się do przykładu Polski, mówiąc, że tylko wtedy, gdy naród będzie wolny i katolicki, powstanie na nowo. Często rozdaję ludziom obrazki Jezusa Miłosiernego, które otrzymałem w płockim sanktuarium. Rozdałem też kilka obrazów, które znajdują się w kilku kościołach. W Urugwaju ludzie są podatni na stany depresyjne, jest wiele samobójstw. Gdy nie ma punktu oparcia, jedyną deską ratunku zostaje tylko Boże Miłosierdzie. Wiele o nim im mówię.


wlodzimierz.pietka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama