Nowy numer 49/2019 Archiwum

Nasze memento...

Znaliśmy ich. Lubiliśmy i szanowaliśmy. Choć w tym roku odeszli, nadal są obecni w myślach, pamięci i modlitwie. Oto wspomnienia o kilku osobach, które zmarły w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

Wtych dniach łacińska maksyma „Memento mori” jest również wezwaniem do pamięci i do wdzięczności tym, którzy odeszli, a względem których my jesteśmy dłużnikami.

Im nie było wszystko jedno

„Repentina mors sacerdotum sors” („Nagła śmierć losem kapłana bywa”) – mówi łacińskie przysłowie. Potwierdziło się to w życiu dwóch proboszczów, którzy w ostatnim czasie odeszli nagle: ks. Adama Łacha z Nowego Duninowa i ks. Tadeusza Nikicina z Lubowidza. Ksiądz Adam miał niespełna 47 lat. Był naszym kolegą po piórze i przyjacielem. Dziennikarstwo było jego wielką pasją. Dawni czytelnicy, przyjaciele, znajomi cenili zawsze jego znakomite pióro, szerokie horyzonty i błyskotliwy humor. W duniowskiej parafii pracował ponad 10 lat, był też wicedziekanem dekanatu gostynińskiego i kapelanem strażaków. Wcześniej jednak, po studiach na wydziale dziennikarskim UKSW w Warszawie, które ukończył, będąc już księdzem, przez niemal 9 lat związany był z mediami diecezjalnymi, pełniąc m.in. funkcję redaktora odpowiedzialnego w płockiej edycji Tygodnika Katolickiego „Niedziela”. – Pozostaje wspominać lata w redakcji i być wdzięcznym za tę jego „niewszystkojedność”, trzeźwy realizm w patrzeniu na rzeczywistość i swoisty humor, objawiający się choćby w felietonach, w których zapisywał to, co zobaczył „okiem sceptyka” – mówił po śmierci kolegi ks. Tomasz Opaliński, proboszcz parafii w Janowie, który dawniej współpracował z ks. Adamem. Jego nagła śmierć poruszyła bardzo wiele osób.

– Musimy sobie uświadamiać, że kapłaństwo nie jest darem dla samego kapłana, ale przede wszystkim dla wspólnoty. Może ta śmierć była potrzebna do tego, by zrozumieć, jak wielkim darem zostaliśmy obdarzeni – mówił w kazaniu pogrzebowym przyjaciel zmarłego ks. Tadeusz Milczarski, proboszcz parafii Gumino-Kucice. Wspominając ks. Adama Łacha, podkreśla on, że był z jednej strony duszą towarzystwa, mistrzem anegdot, o wielkim, czasem rubasznym poczuciu humoru, ale z drugiej strony człowiekiem głębokiej myśli. 18 sierpnia w wieku 68 lat zmarł ks. kan. Tadeusz Nikicin. To on przez ostatnie lata ratował zabytkowy, drewniany kościół w Lubowidzu, szerzył kult bł. Klary Szczęsnej, cieszył się, że jego Lubowidz od kilku miesięcy odzyskał prawa miejskie. Śmierć zastała go w chwili, gdy przebywał na wypoczynku nad morzem i odprawiał rekolekcje.

– Był księdzem „od oazy” i „od pielgrzymek”, bo tam zawsze można go było spotkać, gdy był jeszcze wikariuszem. Iluż z was przyprowadził do Boga? A na ścianach kościoła w Lubowidzu pozostaną ślady jego dłoni – mówił w czasie Mszy żałobnej ks. dziekan Kazimierz Kowalski. Wiadomość o śmierci kapłana odbiła się szerokim echem w internecie. „Ze smutkiem dowiedziałyśmy się o śmierci ks. Tadeusza, który był serdecznym gospodarzem dla naszych sióstr podczas ostatniej pielgrzymki do Polski. Był bowiem proboszczem parafii, z której pochodziła bł. Klara Szczęsna, matka założycielka naszego zgromadzenia” – napisała na Facebooku sercanka s. Mary Joseph Calowe z Middletown w Pensylwanii (USA). „Naprawdę był to najserdeczniejszy ksiądz, jakiego spotkaliśmy w czasie naszej podróży po Polsce. Nigdy nie zapomnę, jak jego maleńka parafia ugościła nas po królewsku. Gość w dom, Bóg w dom! Niech odpoczywa w pokoju” – napisał z kolei w komentarzu ks. Aron Maghsoudi.

Sześć pasji jednego księdza

2 maja zmarł ks. prał. Stanisław Welenc. W kapłaństwie, jak sam mówił, miał sześć pasji. „Pierwszą było uczenie dzieci i młodzieży; drugą – muzyka, którą odkryłem w seminarium; trzecią – malarstwo, które zostało wykorzystane do nauczania katechetycznego; czwartą – filozofia i teologia, zapoczątkowane w seminarium, potem pogłębiane na ATK w Warszawie, łącznie z obroną pracy doktorskiej. Piątą pasją były podróże, zwłaszcza do źródeł religii i kultury chrześcijańskiej. To owocowało napisaniem – już po przejściu na emeryturę – 12 książek. Szóstą moją pasją było budownictwo sakralne. Ta pasja pozwoliła mi zbudować jeden kościół, drugi rozpocząć, w dwu kolejnych zmodernizować wystrój” – opowiadał kilka lat temu w wywiadzie dla TV Baboszewo.

Był proboszczem rodzinnej parafii ks. prof. Ireneusza Mroczkowskiego w okresie, gdy ten był w seminarium duchownym i przyjmował święcenia. „Ks. Welenc uczynił z parafialnego wiejskiego kościoła centrum nie tylko kultu, ale także kultury, w którym muzyka, kolor, słowo i dobroć służyły Bogu. Podczas dziesięciu lat peregrynacji ze swoimi książkami po całej Polsce, sprzedał ich 40 tys.; bez reklamy, pomocy struktur diecezjalnych, sieci handlowych, struktur księgarskich. Korzystając z życzliwego zaproszenia proboszczów, najczęściej innych diecezji, głosi kazania niedzielne, opowiada o tym, że kapłaństwo jest jego miłością, że fascynuje się Jezusem, że Kościół jest jego domem. Wierni tego słuchają, a po Mszach św. ustawiają w długie kolejki po autografy” – tak na swym blogu pisał ks. Mroczkowski. Jak testament brzmią słowa prałata z peregrynacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w Baboszewie, jesienią 2015 r., gdy zabrał głos w czasie powitania. – Proszę Cię, Maryjo, abym do końca swych dni mógł przyjmować Komunię św. i spowiadać, bo to dwa najważniejsze sakramenty – wyznał wtedy przed maryjnym obrazem.

Kto po nich przyjdzie?

Na deskach teatru przez pół wieku wykreował wiele wspaniałych, różnorodnych ról; był m.in. Haendlem w „Kolacji na cztery ręce”, Aktorem w „Bogu” W. Allena, Piotrem Skargą w „Jeremiaszu” K. Wojtyły, Służącym w „Wujaszku Wani”, Pustelnikiem w „Balladynie”, żeby przywołać tylko kilka postaci, w jakie wcielał się Henryk Błażejczyk. Był od 1987 r. związany z Teatrem Dramatycznym w Płocku, ale wcześniej pracował na wielu innych scenach w Polsce; był też spikerem w Polskim Radiu. Aktor wszechstronny, należący do tego pokolenia, które szczególnie ceniło kulturę i piękno mowy ojczystej. W 2016 r. otrzymał zaszczytny tytuł Mistrza Mowy Polskiej i dla swoich kolegów i koleżanek ze sceny był właśnie takim mistrzem słowa. – Gdy ostatni raz grał ks. Piotra w „Dziadach”, podziwialiśmy wszyscy jego przepiękną, głęboką interpretację – tak wspominał Henryka Błażejczyka Marek Mokrowiecki, dyrektor płockiego teatru, gdy żegnali zmarłego bliscy, koledzy aktorzy i wielbiciele jego talentu. Henryk Błażejczyk odszedł 15 stycznia w wieku 81 lat.

Sam przekornie napisał o swoich scenicznych kompetencjach: „Na niczym się nie znam, a najmniej na teatralnym zawodzie. Czasami tylko przypadkiem wywoływałem jakieś incydenty, zajścia, nie zawsze świadomie” (w książce L. Szatkowskiej „Z widowni, zza kulis”). Tymczasem współtworzył niewątpliwie historię płockiej Melpomeny. W 2000 r. zwyciężył w plebiscycie na najpopularniejszego aktora Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego, a w 2016 r. otrzymał Nagrodę im. Rajmunda Rembielińskiego „za wspaniałe kreacje, za otwartość na drugiego człowieka i zaangażowanie społeczne”. Warto wspomnieć, że wspierał studentów ukraińskich studiujących w Płocku i prowadził nieodpłatne lekcje dykcji dla alumnów WSD i seminarium mariawickiego. Nasz region stracił w tym roku także wybitną postać świata nauki i historii. W połowie lutego zmarł w Mławie prof. Ryszard Juszkiewicz, znawca dziejów północnego Mazowsza, senator RP.

– Jego szczególną pasją była historia czasów najnowszych: okres powstania styczniowego, II Rzeczypospolitej i II wojny światowej, zwłaszcza bitwy pod Mławą i wojny obronnej 1939 roku. Kochał historię swojej małej ojczyzny, chciał, aby to miasto i ludzie byli świadomi swojej wielkiej historii – tak wspominał prof. Juszkiewicza ks. prof. Michał Grzybowski. Urodził się na terenie parafii Janowo; w 1941 r. jego rodzina zamieszkała na Wólce w Mławie. To właśnie w rodzinie, jak sam opowiadał na łamach „Gościa Płockiego”, „zaraził się historią”.

– Mój dziadek – wspominał ponad 2 lata temu prof. Juszkiewicz – był żołnierzem ochotnikiem w wojnie 1920 r., podobnie ojciec, choć miał wtedy zaledwie 17 lat, walczył z bolszewikami. Z dzieciństwa pamiętam, jak wieczorami spotykali się chłopi po domach i długo rozmawiali... o wojnie. Chodziłem z ojcem i słuchałem ich z zapartym tchem. Wymownym znakiem jego pasji jest ogromny księgozbiór, zbiór militariów, walorów filatelistycznych, dokumentów i portretów mężów stanu. Zbiory zgromadzone w domu profesora przerodziły się w Muzeum Juszkiewiczów. – Nieocenione są jego zasługi dla Mławy i regionu, bo wywołał pozytywny ferment intelektualny i wiele naukowego szumu w mieście, oczywiście w pozytywnym znaczeniu – wspomina ks. prof. M. Grzybowski, który poznał mławskiego regionalistę w latach 50. na zjazdach absolwentów gimnazjum w Mławie.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama