Nowy numer 46/2019 Archiwum

Dla kogo misje?

Jest taki Kościół, którego jeszcze nie znamy, i takie oblicze wiary, które nas zawstydza swoją prostotą i głębią. Mówią o nich nasi misjonarze.

Z naszej diecezji pochodzi 31 misjonarzy pracujących w różnych częściach świata – podają źródła Konferencji Episkopatu Polski. Wśród nich jest dziewięciu księży diecezjalnych, a pozostali to siostry i bracia zakonni należący do różnych zgromadzeń, m.in. pasjonistki, salezjanie, redemptoryści czy werbiści. W Nadzwyczajnym Miesiącu Misyjnym dzielą się swoim mocnym świadectwem.

Taka pomoc, że aż skrzydła rosną

Często bez kościoła i koniecznych struktur oraz środków materialnych misjonarze są w miejscach posłania najpierw dobrymi ludźmi, którzy leczą, uczą, pomagają, a w tym wszystkim głoszą Chrystusa.

– Kiedyś pewien muzułmanin przyniósł do naszej przychodni ciężko chore dziecko i wlepił we mnie oczy, mówiąc: „Mama, ty musisz uratować moje dziecko, bo ciebie tu Bóg przysłał” – opowiada s. Teodora Grudzińska, pasjonistka, która od 33 lat posługuje w Kamerunie. Te słowa człowieka innej wiary utwierdziły w niej misyjne powołanie. Siostra była jedną z pierwszych pasjonistek skierowanych do misji w tym afrykańskim kraju. Pracuje jako pielęgniarka w misji w Ndelele, gdzie jest prowadzony punkt położniczy, ośrodek gruźliczy i opieki nad chorymi z AIDS. Znajduje się tam także katolicka szkoła podstawowa. Z tą placówką wiąże się inne wspomnienie siostry o pewnym chłopcu, któremu kiedyś pomogła opłacić szkołę.

– Dałam mu pieniądze i powiedziałam: „Ucz się dobrze i bądź dobrym człowiekiem”. Gdy spotkałam go po 15 latach, był już sędzią. Przypomniał mi tamto wydarzenie i dodał: „Siostra tego dnia dała mi skrzydła i zapał, aby się uczyć. Przez następne lata uczyłem się i pracowałem, uprawiając ludziom pola przez całe wakacje, aby samemu opłacić szkołę i studia. Dzięki siostrze jestem wykształcony i staram się pomagać ludziom, pamiętając o udzielonej mi pomocy”. Wzruszył mnie tym wyznaniem i utwierdził w przekonaniu, że jestem tamtym ludziom potrzebna – wspomina misjonarka.

Dziecko, które nawróciło misjonarkę

Jako pasjonistce – siostrze z pasyjnego Zgromadzenia Męki Pana Naszego Jezusa Chrystusa – s. Teodorze szczególnie pozostało w pamięci inne wydarzenie.

– Kiedyś przyniesiono do nas z odległej wioski chorego 10-letniego chłopca. Miał na imię Wili. Był bardzo cierpiący, wychudzony, z opuchniętym brzuchem, jego oczy były wręcz pomarańczowe. Rodzice stracili wiele czasu, lecząc go u czarownika. Widziałam, że chłopiec ma mało szans na przeżycie... Położyłam go w naszym szpitaliku i czekałam na wyniki podstawowych badań, które mu zrobiłam, starałam się też zmniejszyć jego ból i wzmocnić kroplówką. Zauważyłam, że chłopiec nie spuszczał oczu z wiszącego naprzeciwko jego łóżka krzyża z wizerunkiem Pana Jezusa. Po kilku minutach, gdy tak krzątałam się przy nim, zapytał mnie: „Kto to jest ten, co wisi na ścianie?”. Odpowiedziałam mu, że to Chrystus, nasz Bóg i Odkupiciel. Chłopiec zaczął sobie powtarzać te słowa, które chyba usłyszał po raz pierwszy w życiu, i cały czas miał wzrok zatopiony w krzyżu – opowiada. Po kilku minutach siostra wróciła do niego, a on poprosił ją, by mu opowiedziała „kilka słów o tym Jezusie”.

– Zrobiłam to, ale widząc, jak bardzo cierpi, poprosiłam, aby ofiarował Jezusowi swoje cierpienie, a przez to stanie się Jego przyjacielem. Po rozmowie z rodzicami dowiedziałam się, że są oni wyznania tradycyjnego i nikt w ich rodzinie nie był katolikiem – wspomina. Wyniki badań nie były pocieszające: chłopiec miał malarię i żółtaczkę. Siostra prosiła rodziców, aby zawieźli dziecko do szpitala, ale oni odmówili, bo nie mieli pieniędzy. Zabrali chłopca do domu, ale zanim to się stało, malec jeszcze przed wyjściem zasypał siostrę pytaniami o Jezusa. – Wtedy zdjęłam krzyż ze ściany i dałam mu, aby wziął go do domu. On zaraz przytulił go do piersi. Zaraz napisałam też list do katechisty z tej wioski, aby zainteresował się tym chłopcem i aby, jeśli to możliwe, przygotował go do chrztu i udzielił mu sakramentu – wspomina siostra. Po dwóch tygodniach znów rodzice przynieśli chorego chłopca na plecach do misji, w której pracowała siostra Teodora. Gdy zapytała się, czy gorzej się czuje, on odpowiedział: „Są rzeczy ważniejsze niż choroba”.

– Byłam wprost zszokowana tak dojrzałą odpowiedzią. Poprosił: „Wytłumacz moim rodzicom i niech przyrzekną, że po mojej śmierci nie pójdą do czarownika, by szukać winnych za moją śmierć, bo ja jestem już katolikiem i wiem, że umieram z choroby i nie wolno winić innych za moją śmierć”. Rodzice dali słowo, że pochowają syna po katolicku, bez szukania winnych. Poprosiłam zaraz księdza z naszej parafii, aby udzielił mu Komunii św., bo jest na nią przygotowany. Następnego dnia rano rodzice zabrali Wilego i poszli do swej wioski. Po kilku dniach powiadomili mnie, że ich syn umarł, szepcząc bez przerwy do ostatniego oddechu: „Idę do przyjaciela i uzdrowiciela Jezusa” – opowiada s. Teodora.

„Wynajęty robotnik”

Ale misje są również tam, gdzie ludzie nie czekają na księdza. To realia Rosji, w której przez siedem lat pracował ks. Henryk Lewandowski, dziś proboszcz parafii w Dobrzyniu n. Wisłą.

– Najpierw samemu trzeba się poddać misji Ewangelii, najpierw samemu trzeba należeć naprawdę do Jezusa i pozwolić prowadzić się Jego woli. Jeżeli tego nie ma, to żadne misje nie mają sensu – mówi kapłan. Jego zdaniem modlitwa za misjonarzy i o nowe powołania powinna być poprzedzona modlitwą za rodziców i rodziny, bo w przeciwnym razie będzie ona zawieszona w próżni. – Misje otwierają oczy i pokazują moją własną biedę. Ale najpierw moja misja jest tu: w mojej rodzinie, parafii, wspólnocie. A więc czy mamy prawo wyjeżdżać daleko na misje, jeśli nie nawróciliśmy dla Chrystusa na przykład naszych sąsiadów? – pyta ks. Henryk Lewandowski.

Opowiada o swoim 7-letnim pobycie w rejonie Archangielska i Tuły. – Oficjalnie nigdy nie byłem misjonarzem, bo w Rosji takiego statusu nikt by nie zaakceptował. W dokumentach więc miałem zapisane „praca na wynajem” – mówi. Jaka była to misja? – Tam nikt na mnie nie czekał. Nie było kościoła i mieszkania. Przez półtora roku mieszkałem u różnych rodzin, odprawiałem Mszę św. pod drzewem, w garażu, w bardzo niskich minusowych temperaturach. Przecierałem szlak. Dziś, gdy o tym myślę i patrzę na siebie, to mogę powiedzieć, że misjonarz to taki „mały Boży cud”. A jeśli już ktoś naprawdę myśli o misjach, to niech wie, że wcale nie tak daleko od nas są naprawdę misje i poganie, którzy nigdy nie słyszeli o Chrystusie – akcentuje. A jednak, choć misje to posługa trudna, wielokrotnie niewdzięczna, to jednak chwyta za serce.

– W 2008 r. ze względu na trudności wizowe wróciłem do Polski. Zawsze jednak pamiętam o Rosji i modlę się za ludzi, których tam spotkałem – mówi ks. Mirosław Danielski, który był misjonarzem w Nowogrodzie Wielkim. – Pamiętajmy, że misje to dzieło nas wszystkich. To ja i ty. To wsparcie duchowe i materialne. Misjonarze to ci, którzy zeszli na margines uwagi w diecezji i przemykają w pokorze. Mało się o nich mówi, a przecież oddają się ofiarnie głoszeniu Ewangelii w różnych warunkach i częściach świata. Ich praca jest bardzo ważna, bo Kościół ze swej natury jest misyjny – podkreśla ks. Bogdan Zalewski, były misjonarz w Wenezueli i diecezjalny duszpasterz do spraw misji.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama