Nowy numer 41/2019 Archiwum

Nie zapomnę!

Byli dziećmi, gdy wybuchła wojna, dlatego ich świadectwo wydarzeń sprzed 80 lat jest szczególnie przejmujące.

Dziś są już osobami po osiemdziesiątce, ale Pan Bóg dał im dobrą pamięć: ks. prał. Włodzimierz Kiliś – najstarszy kapłan diecezji płockiej, rocznik 1927, i Anna Kozera z Płocka – społeczniczka i założycielka Katolickiego Stowarzyszenia Pomocy św. Brata Alberta w Płocku, opowiadają, jak zapamiętali wrzesień 1939 roku.

– Miałam wtedy 8,5 roku, akurat latem 1939 przystąpiłam do Pierwszej Komunii św. Ale po krótkim i szczęśliwym dzieciństwie, z tamtym wrześniem, gdy przyszły bieda, tułaczka i niepewność losu, musiałam szybko wydorośleć – opowiada pani Anna. Z tamtego czasu niewiele pamiątek się zachowało, bo na jej oczach Niemcy rewidowali mieszkanie, niszczyli i grabili. To, co udało się ocalić, ma dziś szczególną sentymentalną i historyczną wartość, ale od pięknych czarno-białych fotografii żywsze są wspomnienia.

– Pamiętam 15 sierpnia przed wojną i ostatnią wojskową defiladę w Pułtusku. Mieszkaliśmy wtedy na Świętojańskiej. W domu mieliśmy portret marsz. Piłsudskiego, a w pokoju stołowym – duży obraz Cudu nad Wisłą. Ojca już wtedy nie było w domu, bo uczestniczył w manewrach. Potem, w czasie wojny obronnej walczył pod Modlinem. A my uciekałyśmy z mamą i siostrą na wschód, aż doszłyśmy do Drohiczyna. Tam Niemcy zastąpili nam drogę i trzeba było wracać do Pułtuska. Tu czekała nas wielka bieda, bo bez taty było nam bardzo ciężko. A on w tym czasie, po kapitulacji Modlina dostał się do niewoli i przyszedł stamtąd do nas pieszo po 9 miesiącach. Od razu też zapisał się do AK, dlatego szukało go gestapo, groziło mu aresztowanie, a nas wysiedlono z mieszkania – wspomina pani Anna. Co szczególnie zapamiętała z tamtego czasu?

– Nie zapomnę tych dobrych ludzi – państwa Kuderskich, którzy dawali nam jedzenie w Pułtusku, gdy nam było najciężej. Zapamiętam tłoczących się na moście Żydów, których spędzano z Pułtuska i okolic, a następnie wywożono transportami do obozów. Wśród nich było wiele moich koleżanek... Nie zapomnę widoku gestapo w naszym domu. Mnie i moją siostrę postawili wtedy na krześle i kazali patrzeć w jednym kierunku. Rabowali wszystko, co się dało. Jeden z gestapowców deptał nasze zdjęcia. I jeszcze jeden epizod szczególnie pamiętam: gdy w Olszance k. Wyszkowa chodziłam przez pola do szkoły i kiedyś zobaczyłam w zbożu ukrywających się dwóch Żydów. Błagali mnie o kromkę chleba. Przez dwa tygodnie nosiłam im moje kanapki, a oni mi dziękowali, że uratowałam ich od głodu. Potem zniknęli... I pamiętam jeszcze, jak w Pułtusku dla mojego ojca Niemcy przygotowali szubienicę. Musieliśmy wtedy uciekać z miasta, zmieniać nazwisko, tułać się po ludziach, po lasach. Często było nam mokro, zimno i głodno... – wspomina pani Kozera. Ksiądz prał. Włodzimierz Kiliś przez wiele lat pielgrzymował do sanktuarium św. Józefa w Kaliszu, bo – jak powtarza – wiele przeżył i ma za co dziękować.

– Urodziłem się w Leśnikach na granicy z Prusami Wschodnimi. Był to teren parafii Janowiec Kościelny – północny kraniec naszej diecezji. Mój ojciec był ochotnikiem wojny 1920 roku, a przed wrześniem 1939 pracował w straży granicznej. W 1933 r. przeprowadziliśmy się do Świniar w parafii Krzynowłoga Wielka. I tam doczekaliśmy wojny. Miałem wtedy 12 lat – opowiada ksiądz prałat. Na ojcu księdza odbiło się całe okrucieństwo wojny, bo bił się we wrześniu 1939 r., potem działał w podziemiu, musiał ukrywać się przed Niemcami, niestety został aresztowany i stracony w Pomiechówku w 1944 roku.

– Gdy wojna się zaczęła i ojca nie było, myśmy żarliwie się modlili, aby wrócił. I tak się stało. Do dzisiaj wzrusza mnie fakt, że gdy ojciec już przeczuwał, iż zbliża się moment jego aresztowania, poszedł do spowiedzi. Jeszcze dowiedział się, że Polacy zdobyli Monte Cassino, ale wkrótce został aresztowany. Pamiętam: to było nad ranem. Jak przez sen słyszałem rozmowę po niemiecku. I nie chciałem się obudzić, chcąc, aby to był tylko sen. Ale niestety, usłyszałem też słowa ojca, który gdy odchodził, powiedział do nas: „Zostańcie z Bogiem, dzieci. Do widzenia, Todziu”. To były jego ostatnie słowa. Wtedy znowu gorąco się modliłem, aby ojciec wrócił. Również moja matka czekała do końca, aż wróci. Ta modlitwa jednak nie została wysłuchana... – mówi ks. prał. Kiliś. Jak on zapamiętał wybuch wojny?

– Wtedy skończyłem 6 oddziałów szkoły powszechnej. Byłem zuchem, ministrantem i uczestniczyłem w Krucjacie Eucharystycznej. A 1 września miałem się stawić do gimnazjum salezjanów w Jaciążku. O poranku tamtego dnia obudziły nas wystrzały, bo blisko była granica. Zaczęliśmy szykować się do ucieczki. Jechaliśmy ok. 20 km w okolice Płoniaw. Tam z daleka słyszeliśmy odgłosy bitwy pod Mławą, pożary w Przasnyszu czy dalekie odgłosy walk w Pułtusku. Jeszcze we wrześniu wróciliśmy do Świniar i tam na gospodarstwie przeżyliśmy wojnę. Przy nas na szczęście nie było walk, ale widzieliśmy skutki wojny, gdy przechodziły wojska, gdy wysiedlano ludzi, gdy była wielka bieda i niewiadoma, co gorszego może jeszcze przyjść – wspomina.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL