Nowy numer 42/2019 Archiwum

Na pewno dotrzymały słowa

W okresie Wielkiego Postu myśli człowieka biegną ku krzyżowi. Dlatego warto przypomnieć czasy, gdy o jego obecność w szkołach trzeba było walczyć.

W 1958 roku, zaledwie dwa lata po powrocie do szkół lekcji religii i krzyży, na fali tak zwanej odwilży gomułkowskiej władze komunistyczne przystąpiły do ponownego ich usuwania, co uzasadniano koniecznością zachowania świeckiego charakteru placówek oświatowych. Działania władz spotkały się z oporem ze strony rodziców. Choć od tych wydarzeń upłynęło już 61 lat, trwale zapisały się one w pamięci uczestników, również na północnym Mazowszu.

Gdy zaczęli protestować rodzice

Tadeusz Łada był wtedy uczniem klasy III szkoły podstawowej w Lesznie k. Przasnysza. Pamięta, że problem z krzyżami rozpoczął się na początku nowego roku szkolnego 1958/1959. Kierownik szkoły najpierw zwrócił się do nauczycieli z poleceniem zdjęcia krzyży, które nie zostało jednak wykonane. Następnego dnia podczas apelu, niemal krzycząc, oznajmił uczniom, że to nie jest jego wymysł, ale zarządzenie władz i dlatego trzeba je wykonać, a osoby sprzeciwiające się trafią do więzienia. Już wtedy w Lesznie i sąsiednich wsiach zaczęło wrzeć.

Kilka dni później krzyże nagle zniknęły. Część dzieci od razu pobiegła powiedzieć o tym rodzicom, z których wielu szybko przyszło do szkoły. Głośno protestowali i śpiewali „Boże, coś Polskę...” oraz inne pieśni religijne. Po przerwie żadne z dzieci nie wróciło na lekcje. Rodzice bezskutecznie próbowali dowiedzieć się, kto usunął krzyże, przypuszczając, że dokonał tego pewien działacz PZPR. Nauczyciele nie wiedzieli, a kierownik kazał rodzicom opuścić szkołę, grożąc wezwaniem milicji. Wyśmiewał też śpiewające kobiety, zarzucając im, że nie znają dobrze tekstów, a są katoliczkami, co rozwścieczyło i zarazem zmobilizowało protestujących. Dwie matki zaintonowały pieśń „Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych”, którą podchwyciły inne kobiety.

– Przyłączyli się też mężczyźni i niektóre dzieci. Głośny śpiew było słychać w całej szkole. W tym czasie „cudem” na ścianach klas pojawiły się nowe krzyże. „To obyczaj i tradycja, i świadectwo wiary!” – krzyczały kobiety do kierownika – opowiada pan Tadeusz. – Dla nas, dzieci, to była niespotykana rzecz i wydarzenie. Słychać było głosy, że rządy Stalina się skończyły, a oni będą bronić wiary i Polski, nie chcą znów wrócić w ruską niewolę – wspomina. Wieczorem przyjechali milicjanci, którzy ostrzegli czekających na dalszy rozwój wydarzeń ludzi. Jeden z funkcjonariuszy powiedział w prywatnej rozmowie, że podobne zajścia są w całym powiecie, więc milicja musi interweniować przez całą dobę.

W szkole było jego miejsce Pan Tadeusz zapamiętał

, jak następnego dnia w jego klasie jedna z matek na oczach wszystkich obok godła i portretu ówczesnego premiera Cyrankiewicza zawiesiła krzyż. – Kładąc palec na ustach, pokazała nam, abyśmy nic nie mówili, i szybko opuściła szkołę – opowiada T. Łada, dodając jednak, że to ściąganie i wieszanie krzyży miało smutny finał. Siedem kobiet, wśród nich jego matka, zostało aresztowanych. – Po dwóch tygodniach wróciły do domów ze spuszczonymi głowami, jakby przegrały walkę o życie. Ja byłem dumny z mamusi i patrzyłem na nią jak na bohatera. Po kilku latach dowiedziałem się od niej, że każda z nich musiała podpisać zobowiązanie, że nie będzie walczyć z rządem polskim. Podpisały, ale w celach więziennych sobie przyrzekły, że dzieci wychowają w wierze Chrystusowej. Moja matka dotrzymała słowa, inne na pewno też – uważa pan Tadeusz.

Zapamiętał również, że mimo represji w niektórych klasach krzyże jednak pozostały. Według Marianny Przybyłowskiej ze szkoły podstawowej w Czernicach Borowych krzyże zniknęły już pod koniec czerwca. Dobrze zapamiętała moment ich powtórnego wieszania, w którym uczestniczyła jako matka, bo miało to miejsce w dniu odpustu świętych Piotra i Pawła w Grudusku, na który pojechała z siostrą. – Kiedy przechodziłyśmy obok szkoły, zobaczyłyśmy kobiety, które się tam zebrały. Miały już przygotowane krzyżyki i obrazki religijne. Weszłyśmy do szkoły i ze śpiewem powiesiłyśmy je w klasach – opowiada pani Marianna.

Próbował przeciwstawić się temu kierownik szkoły. Bezskutecznie. Poprzestał więc na spisaniu uczestniczek wydarzenia. Nie wiadomo, kto znowu zdjął wiszące wcześniej krzyże, które trafiły do szafy w gabinecie kierownika, skąd jeden z nich zabrała po kryjomu jedna z nauczycielek. Kilka miesięcy później do domu pani Marianny przyjechali milicjanci z zamiarem aresztowania jej, nie informując jednak, pod jakim zarzutem. Zajęta obowiązkami domowymi i kompletnie zaskoczona ustaliła z funkcjonariuszami, że później stawi się na komisariacie w Przasnyszu. Tam, po spędzonej w areszcie nocy, zabrano ją na przesłuchanie, podczas którego w ogóle nie wspomniano o wieszaniu krzyży w szkole. Marianna Przybyłowska dowiedziała się, że została aresztowana za „rozrabianie w szkole”.

– No i cóż ja z panią zrobię? Wypuszczę panią, a pani pójdzie do szkoły i znów będzie rozrabiać – próbował straszyć kobietę funkcjonariusz. Po przesłuchaniu została zwolniona. Później przez wiele lat, przyjeżdżając do Przasnysza, truchlała już na sam widok milicjanta, obawiając się ponownego aresztowania. Pozostałe matki wieszające powtórnie krzyże w czernickiej szkole uniknęły aresztowania.

Łzy skruchy

Dla niektórych uczestników wydarzenia te długo pozostawały bolesną, niezabliźnioną raną. Pani Marianna, która 26 razy uczestniczyła w płockiej pielgrzymce pieszej na Jasną Górę, spotkała kiedyś na pątniczym szlaku jedną z takich osób. Kobieta ta zwierzyła się jej, że jako żona kierownika wiejskiej szkoły pod Przasnyszem, zmuszona, sama zdejmowała wiszące tam krzyże, czego bardzo później żałowała, choć po latach, również sama, ponownie je wieszała. Pani Marianna dobrze zapamiętała jej łzy i płacz, którego nie można było opanować.

– Jak ona rozpaczała! Tak mi jej było żal, że nie mam słów. Nigdy nie zapomnę tej kobiety. Cierpiała bardzo – wspomina z przejęciem M. Przybyłowska. Dobrze zapamiętała też spotkanie po latach z milicjantem, który ją aresztował. Miało ono miejsce podczas podróży autobusem. Kiedy funkcjonariusz zobaczył, że pani Marianna kupuje bilet ze zniżką, w ordynarny sposób wyraził swoje zaskoczenie posiadanymi przez nią uprawnieniami kombatanckimi. – Ja to dostałam za te krzyże, co mnie pan za nie aresztował. A pan za co dostał? – odpowiedziała mu wtedy bez namysłu. W wolnej Polsce „rozrabiająca w szkole” pani Marianna została matką chrzestną sztandaru czernickiego gimnazjum, a prezydent Lech Kaczyński odznaczył ją Złotym Krzyżem Zasługi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL