Nowy numer 46/2019 Archiwum

Przychodzili nocą...

– To było potrzebne, to na marne nie poszło, ale tego dziś nie doceniają – mówi o walce żołnierzy wyklętych jeden z ostatnich świadków tamtych czasów.

Stanisław Budny urodził się 92 lata temu we wsi Żebry-Kordy koło Przasnysza, gdzie do dziś mieszka. – „Rój”, „Wilk”, „Mazur” byli często u nas – wymienia bohaterów partyzantki antykomunistycznej z północnego Mazowsza – Mieczysława Dziemieszkiewicza oraz jego podkomendnych: Stanisława Tadżaka i Bronisława Gniazdowskiego. Przez dom jego rodziców przewinęło się też wielu innych, jak Stanisław Kakowski „Kaźmierczuk”, Ildefons Żbikowski „Tygrys” czy Józef Kozłowski „Las”, komendant XVI okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz Wacław Grabowski „Puszczyk”, który ze swoim oddziałem walczył aż do 1953 roku. Przychodzili, jak wspomina pan Stanisław, o różnych porach, nierzadko nocą, jedli i pili, co było, czasem po prostu chleb i mleko. Niekiedy gospodarze dawali im też coś do ubrania.

– Później czasem ich podwoziłem. Oni tutaj byli tylko przelotem: jedni odchodzili, następni przychodzili. Moim zadaniem było przekazać meldunek, powiadomić, zakwaterować – opowiada Stanisław Budny ps. Komar, który należał wtedy do podziemnych struktur wspierających leśne oddziały. W działalność konspiracyjną zaangażował się jeszcze podczas niemieckiej okupacji. – W 1943 r. zawiązała się tu u nas organizacja. Jako młody chłopak byłem w niej łącznikiem. Miałem wtedy 16 lat – wspomina. Do miejscowych struktur Armii Krajowej, którymi dowodził ppor. Ludwik Leśniewski „Koc”, należał także ojciec pana Stanisława, Tomasz Budny ps. Wuj. Wiosną 1943 r. rodzina Budnych przeżyła dni pełne trwogi. We wsi partyzanci zastrzelili dwóch żandarmów. Niemcy aresztowali wtedy wielu mężczyzn, wśród nich ojca pana Stanisława. Bardzo się obawiano, że w odwecie zostaną straceni.

Za zabójstwo jednego Niemca okupanci często mordowali kilkudziesięciu Polaków lub palili wieś. Na szczęście jednak nie tym razem. Po kilku dniach ojciec cały i zdrowy wrócił do domu. Rok później pan Stanisław został zabrany do kopania okopów. Trafił w okolice Różana, skąd po kilku tygodniach uciekł z kolegą. Po dotarciu do domu ukrywał się do końca okupacji u rodziny w sąsiedniej wsi. Po wojnie uczył się w szkole rolniczej, a następnie odbył służbę wojskową. Po powrocie z wojska nadal uczestniczył w działalności konspiracyjnej. Choć od zakończenia wojny upłynęło już kilka lat, zbrojny opór wobec nowej władzy był w jego rodzinnych stronach nadal silny, co związane było przede wszystkim z aktywnością Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” i jego żołnierzy. W październiku 1949 r. opanowali oni pobliskie Czernice Borowe, rozbijając posterunek Milicji Obywatelskiej. W akcji uczestniczył patrol Stanisława Kakowskiego ps. Kaźmierczuk, mieszkającego w sąsiednim Dzielinie dobrego znajomego Stanisława Budnego.

– Był stanowczy i zasadniczy. Nie poszedł dla kariery i posad. To był dobry człowiek, człowiek dusza. Mój brat ożenił się z jego córką. Z jego synami chodziłem do jednej klasy – wspomina pan Stanisław. Córka Kakowskiego była szkolną koleżanką jego siostry. Kiedyś wróciła ze szkoły, przynosząc w woreczku... pistolet. W grudniu 1949 r. zdekonspirowany i zagrożony aresztowaniem „Kaźmierczuk” przeszedł na dobre do partyzantki. Dowodził patrolem, w skład którego wchodzili: jego syn Henryk Kakowski „Henryk” oraz Jerzy Miączyński „Szary”. Przez prawie dwa lata wymykali się tropiącym ich funkcjonariuszom Urzędu Bezpieczeństwa i wojska. Na przekór zasadom konspiracji potrafili jednak, jak wspomina pan Stanisław, przyjść w cywilnych ubraniach do kościoła na odpust. Ich walka dobiegła końca 14 października 1951 r. w pobliskiej wsi Kadzielnia, gdzie otoczeni przez, przeważające siły wojska i UB zginęli w nierównej walce. – Dla nich nie było innego wyjścia: albo mogiła, albo się poddać – uważa S. Budny. Dobrze pamięta również innych żołnierzy wyklętych na czele z „Rojem”.

– Zawsze sypiał tu, u nas, w stodółce. Tam ja albo siostra zanosiliśmy mu obiad i śniadanie. Chłopak był jak sprężyna. Chodził w koalicyjce, bluza tak jakby ruska. To był bojowy chłopak i bardzo odważny – wspomina. W pamięci „Komara” pozostało wielu innych partyzantów, także takich, których nazwiska nie są szerzej znane. – Edmund Olszewski „Niedźwiedź” z Borkowa-Falenty uciekł z wojska i dołączył do oddziału „Roja”. Poległ, ale nie wiem gdzie – mówi pan Stanisław.

Pomagający żołnierzom wyklętym gospodarze również narażali się na wielkie niebezpieczeństwo. Kiedyś kilku partyzantów przyjechało wyładowanym bronią i amunicją wozem, który stał przez kilka dni na podwórzu rodziny Budnych. Kiedy zobaczyli nadjeżdżający drogą samochód, ustawili karabin maszynowy. Nie wiadomo, co by się zdarzyło, gdyby nie reakcja Tomasza Budnego, który stanowczo odradził im strzelanie. – Ojciec był silny i odważny, nie było dla niego żadnych strachów. Służył w Legionach Piłsudskiego – mówi pan Stanisław. Kiedy zagrożony aresztowaniem Tomasz Budny ukrywał się, jego rodzina była nieustannie nękana przez milicję i UB. Został aresztowany w wigilię Bożego Narodzenia 1951 r. i skazany na 8 lat więzienia. Na trzy tygodnie trafili wtedy do aresztu UB także „Komar” i jego brat.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama