Nowy numer 50/2018 Archiwum

Zabierz nas na Camino...

Ta droga uczy prostoty, pokory i zaufania, że nawet, gdy się zagubimy, nie jesteśmy sami.

Każdego roku Santiago de Compostela przyciąga tysiące pielgrzymów z całego świata. 2 lata temu przed imponującą katedrą – wedle tradycji miejscem spoczynku św. Jakuba Większego Apostoła – po kilkunastu dniach wędrówki stanął także młody płocczanin Piotr Ziółkowski. Razem ze swoją ciocią wędrował Drogą Francuską z miasta León, pokonując ponad 300 km. Cały dobytek w dwóch plecakach, bąble na nogach i niepewność, czy znajdzie się nocleg w kolejnym schronisku (albergue), a jednocześnie poczucie, że tak niewiele człowiekowi potrzeba do szczęścia.

– Wracam nieraz do tamtych dni i tamtego poczucia wolności. Chciałbym jeszcze raz tego doświadczyć – mówi dziś Piotr. Inspiratorem pielgrzymki była ciocia – w domu Piotra podzieliła się raz swoim marzeniem, by pójść do grobu św. Jakuba w Hiszpanii. Zaczęło się gromadzenie informacji, uczestniczenie w spotkaniach organizowanych przez Pracownię Szlaku św. Jakuba, która działa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, słuchanie ludzi, którzy przeszli tą drogą. – Dzięki tym opowieściom uwierzyłem, że to jest realne, bo na ten szlak wychodzą różni ludzie, zarówno młodzi, jak i starsi – mówi Piotr, świeżo upieczony magister na kierunku bezpieczeństwo wewnętrzne w Toruniu, a jednocześnie student prawa. Na początku, owszem, były pewne obawy, jak przyznaje. Trudno zresztą uwierzyć, że można iść ponad 300 km i nie zejść ze szlaku. Jednak Droga Francuska była dla nich łaskawa. – Wszędzie są tablice z muszlami, naprawdę trzeba się postarać, żeby się zgubić – śmieje się Piotr. Zawsze zresztą można zapytać mieszkańców albo wypatrzyć jakiegoś pielgrzyma, bo Drogą św. Jakuba podąża wielu ludzi. Właśnie, ludzie... Camino to swoisty tygiel narodowościowy; miejsce, gdzie krzyżują się drogi wędrowców różnych ojczyzn, koloru skóry, a nawet wiary. Nie wszyscy są chrześcijanami i nie wszyscy też idą z pobudek religijnych. A jednak na tym szlaku panuje życzliwość i forma grzeczności, która trochę przypomina nasze polskie pielgrzymki. Wprawdzie caminowicze nie mówią do siebie „bracie”, „siostro”, ale mijając się, pozdrawiają hiszpańskim „cześć” – „¡Hola!” albo „¡Buen camino!” (Dobrej drogi!). – Na tym szlaku spotyka się prawie cały świat i mimo barier językowych tak naprawdę nie ma problemu, by się porozumieć – mówi Piotr. Wspomina ciekawe spotkania i rozmowy z ludźmi z Japonii, ze Stanów Zjednoczonych, z krajów europejskich. Są też spotkania bez słów. – My niemal codziennie mijaliśmy pewnego pana z Hiszpanii, poza ostatnimi odcinkami przed Santiago. Spotkaliśmy go później przed katedrą, po Mszy św. Uściskał nas serdecznie, chociaż nie zamieniliśmy wcześniej ani słowa, poza tradycyjnym „¡Hola!”. Caminowicze z Płocka doświadczyli też owych „małych cudów”, o których wspominają i piszą inni doświadczeni pielgrzymi do Santiago. – Drugiego dnia byliśmy już bardzo zmęczeni, a mieliśmy jeszcze dość daleko do następnej miejscowości. Usiedliśmy. Ciocia stwierdziła, że będzie ciężko... Marzyła o chłodnym, soczystym arbuzie. Gdy ruszyliśmy, niespełna kilometr dalej stał stragan z masą napojów, soków i arbuzów. To był taki mały cud, które się zdarzają na Camino, jeśli zaufamy... – opowiada Piotr Ziółkowski. Z czym trzeba się liczyć, idąc na do Santiago de Compostela? Choćby z tym, że cały dobytek niesie się na swoich plecach. – Po tamtej pielgrzymce wiem, że można było z plecaka dużo rzeczy wyrzucić. Naprawdę wystarczy niewiele: 2–3 koszulki, spodnie długie i krótkie, jakaś bluza. Camino uczy, że można rzeczy ograniczyć do minimum – wspomina Piotr. Nawet jeśli wędruje się w niewielkiej grupie (maksymalnie 5–6 osób) to każdy jest sam na sam ze swoimi myślami. Początki bywają trudne – z codziennego życia zabiera się ze sobą doświadczenia dobre, ale i trudne, bolesne. Z czasem, jak przekonują caminowicze, człowiek nabiera dystansu. Ważna jest też intencja, jeśli ktoś nie traktuje tej wędrówki tylko jako turystyczną przygodę. Piotr wspomina o modlitwie za swojego kuzyna, ks. Łukasza, który w tamtym czasie trafił w ciężkim stanie do szpitala. Zabrał też bagaż przeżyć, związanych ze śmiercią brata Tomka. – Tak jak każdemu, kto był na pielgrzymce do Santiago, marzy mi się, by tam wrócić. To są wrażenia, których chce się doświadczyć jeszcze raz, i jeszcze raz…– mówi Piotr. – Obawialiśmy się, gdy Piotr poszedł na Camino, ale wierzyliśmy, że wszystko będzie dobrze. Jako rodzice zawsze staraliśmy się towarzyszyć dzieciom, ale pozostawiać im wolność wyboru i możliwość podejmowania decyzji samodzielnie – mówi jego mama Iwona. – Mamy nadzieję, że teraz Piotr zabierze i nas na Camino.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy