Nowy numer 50/2018 Archiwum

Pamiętaj o Działdowie!

Co zrobić, aby nie przestali wołać ludzie i kamienie pamiętający KL Soldau i męczeńską śmierć błogosławionych z Płocka i Przasnysza?

Gdy patrzy się na były niemiecki obóz koncentracyjny w Działdowie, może się wydawać, że nad tym miejscem zawisła jakaś dziejowa niemoc, bo z każdym miesiącem – mimo różnych prób i obywatelskich, oddolnych inicjatyw – dawny budynek obozowy popada w ruinę, a zapadnięty dach, pochylające się ściany, wyrwane okna i wyrastające na obiekcie kolejne krzewy to tylko niektóre elementy ponurego widoku gmachu przy ul. Grunwaldzkiej. Jeszcze kilkanaście lat temu można było wejść do jego piwnic, do pomieszczeń, które pamiętały najmroczniejsze karty wojennej historii. A ile tajemnic kryją wciąż nieprzebadany teren dawnego obozowego dziedzińca i pobliskie lasy w Białutach, Komornikach?

Niespokojne wspomnienia

Wiele dla ratowania pamięci o KL Soldau robi się w samym Działdowie, zwłaszcza w sanktuarium biskupów męczenników. Tam od niedawna w podziemiach kościoła można oglądać wystawę złożoną z przedmiotów odnalezionych przez archeologów na placu apelowym byłego obozu. Wśród nich znajdują się pejcz, którym bito więźniów, połamany grzebień oraz mniejsze i większe krzyżyki. Teraz ks. kan. Marian Ofiara, rektor sanktuarium, myśli o zbudowaniu symbolicznego grobu błogosławionych biskupów. Pamięć o obozie chce również zachować miejscowe stowarzyszenie „Pamięć i Tożsamość”, którego celem jest m.in. edukacja historyczna, pielęgnowanie tradycji, kultury polskiej i patriotyzmu. Może jednak najbardziej przekonująca do zaangażowania się w ratowanie pamięci o Działdowie jest postawa konkretnych osób, świadków tamtych wydarzeń, którzy mówią głośno, szukają i pukają do różnych instytucji, przypominając wszystkim o Działdowie. Wśród nich jest Teresa Krowicka z Płocka, która jako dziecko była więźniem tego obozu. – Przez wiele lat nie chciałam wspominać Działdowa ani tam wracać, ale po śmierci rodziców uświadomiłam sobie, że muszę jednak ocalić coś z tego, co przeżyłam. Coraz częściej z moją starszą siostrą rozmawiałyśmy o obozie, pojechałyśmy tam. Wtedy przypomniały się nam okropny brud, puste baraki, głód i bezczynność. Nie było tam nic: żadnych łóżek, pryczy, tylko trochę słomy na podłodze. Trudno powiedzieć, ile nas było w jednym pomieszczeniu. Byliśmy stłoczeni, rodzina koło rodziny. Trzeba było pilnować, żeby otrzymać posiłek. A te posiłki to był tylko czarny chleb i kasza. Ciągle kasza. Dawali też do picia kawę zbożową. Między obiadem i kolacją przynosili dla dzieci do lat siedmiu mleko. Najgorsza była bezczynność. Gdyby coś się jednak robiło, gdyby czymś można było się zająć... A tak, tylko się wyczekiwało. A przecież już dochodziły słuchy o rozstrzeliwaniach. Naszym rodzicom musiały przychodzić do głowy najgorsze scenariusze – opowiadała kilka lat temu pani Teresa na łamach „Gościa Płockiego”. W czasie aresztowania i wywiezienia do obozu ona i jej siostra Zofia były małymi dziećmi. Wraz z rodzicami i 11-letnim bratem spędziły tam kilka tygodni. Dziś po tamtych przejściach pozostały wciąż niespokojne wspomnienia. Niespokojne, bo dla uczczenia miejsca męczeństwa tylu Polaków tak mało zrobiono w wolnej Polsce. Kilka lat temu zmarła siostra pani Teresy – Zofia. Niedawno zmarł ich brat, mjr Hieronim Wysocki, kombatant i członek Związku Więźniów Politycznych Skazanych na Karę Śmierci w Okresie Reżimu Komunistycznego. Odchodzą więc kolejne osoby, świadków jest coraz mniej, miejsce po byłym obozie nie jest wciąż godnie upamiętnione, dlatego pani Teresa nie ustaje w wysiłkach, aby tę pamięć ocalić. – Wielokrotnie już zwracałam się do władz Działdowa. Stale im przypominałam o stanie obozu – opowiada. Założyła specjalny notes, w którym zapisuje adresy osób i instytucji interesujących się byłym obozem: historyków, świadków, osób zainteresowanych tematem. Są też w nim notatki ze spotkań i rozmów. – Chyba najciekawsza była rozmowa z dr. Jarosławem Szarkiem, prezesem IPN. Spotkałam go w czerwcu, w czasie projekcji filmu o działdowskim obozie, która miała miejsce w senacie. Mówiłam mu, jak niewiele brakuje, aby budynek byłego obozu zniknął zapomniany, i jak wciąż jest wiele do zrobienia w tej sprawie. Prezes IPN zainteresował się tą sprawą i wyraził zdziwienie, dlaczego wciąż nie przeprowadzono w Działdowie i okolicach ekshumacji. Powiedział mi: „To jest hańba dla naszego narodu, że takie miejsce jest w ruinie” – opowiada pani Krowicka. Na pamiątkę spotkania prezes IPN wpisał się do notesu pani Teresy: „(...) z wdzięcznością za stanie na straży pamięci o niemieckim obozie koncentracyjnym Soldau–Działdowo, z nadzieją na uratowanie tego miejsca męczeńskiej śmierci tysięcy Polaków, wśród nich bł. abp. Nowowiejskiego i bp. Wetmańskiego, aby trwała pamięć o ofierze naszych Rodaków, którym jesteśmy wdzięczni za wolną Polskę”.

Czy powstanie „Rodzina Działdowska”?

Zanim jednak zaczną działać konkretne instytucje, idąc za przykładem pani Teresy, warto uruchomić inicjatywy oddolne, przede wszystkim poszukać rodzin i środowisk, z których pochodzili byli więźniowie KL Soldau. Z pewnością wiele osób z okolic Mławy, Działdowa, Żuromina czy Płocka przechowuje wspomnienia po rodzicach czy dziadkach. Warto je wydobyć, spisać, przekazać dalej. Choćby wśród uczestników pieszej pielgrzymki z Żuromina do Działdowa zawsze można znaleźć osoby (nawet wśród młodego pokolenia), które podzielą się jakimś wydarzeniem, epizodem z historii swojej rodziny, dotyczącym wojny i Działdowa. – Bardzo mnie boli to, że niszczeje to miejsce. Potrzeba edukacji na temat Działdowa, bo ono jest tak blisko i nas dotyczy, choćby ze względu na błogosławionych. Jest we mnie nadzieja, że ten temat jest wciąż otwarty, bo zgłaszają się nowe osoby i żyjący świadkowie obozu Soldau – mówi pani Teresa. Jej marzeniem jest, aby powstało stowarzyszenie „Rodzina Działdowska”, skupiające osoby, które przeżyły obóz, ich rodziny oraz tych, dla których to miejsce jest ważne. – Chodzi o uratowanie tego miejsca i pamięci o nim, a jako stowarzyszenie możemy więcej zdziałać – argumentuje pani Krowicka. Pani Teresa prowadzi segregator, a w nim zbiera wszystkie pisma, które od kilku lat gromadzi na temat byłego obozu. Pisze do różnych instytucji: władz Działdowa, IPN-u, wojewody warmińsko-mazurskiego, konserwatora zabytków, do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Wiele jej obiecywano, nic nie zrobiono. – Walczę o pamięć, bo ta ziemia jest święta dla naszej diecezji. Nie może zniknąć ani ten budynek, ani zatrzeć się świadomość o tym miejscu. Niech będzie ono dobrze oznakowane, godnie upamiętnione, naukowo przebadane, aby każdy mógł trafić do tego miejsca kaźni. Pamiętam, jak kilka lat temu przedzieraliśmy się przez chaszcze, aby dotrzeć do pięciu zidentyfikowanych dołów śmierci. Czy w tej sprawie nie można już nic więcej zrobić? Mnie to wciąż bardzo boli – wyznaje pani Krowicka. Może chociaż w tym roku, gdy odnawiany jest kult św. Stanisława Kostki, upomną się o właściwe im miejsce w naszych sercach i pamięci także nasi błogosławieni z Działdowa: abp Antoni Julian Nowowiejski, bp Leon Wetmański i s. Maria Teresa od Dzieciątka Jezus (Mieczysława Kowalska)? •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy