Nowy numer 46/2018 Archiwum

Rana, której na imię Wołyń

– Tata nie chciał wiele o tym opowiadać – wspomina Józef Sebastiański. – Czasami tylko takimi urywkami mówił... Też jest mi ciężko, aż mnie zatyka, kiedy mówię o tym, co się tam działo.

Pan Józef, którego rodzice pochodzili z Wołynia, od 45 lat mieszka w Karwaczu k. Przasnysza. Jego ojciec, także Józef, pochodził z leżącej pod Łuckiem wsi Jeziorany Szlacheckie. Jak pisze pochodzący z niej Henryk Komański, przed II wojną światową, podobnie jak w innych wsiach, Polacy i Ukraińcy żyli w zgodzie, pomagając sobie po sąsiedzku w pracy, uczestnicząc we wspólnych zabawach i uroczystościach. We wspomnieniach Józefa Sebastiańskiego seniora Wołyń z tamtych czasów nie jawił się jednak jako sielankowa kraina. Nie bez powodu mężczyzna miał już wtedy rewolwer, co, jak przypuszcza syn, wynikało z jakichś obaw wobec ukraińskich sąsiadów.

Miały się one potwierdzić we wrześniu 1939 r., kiedy doszło do pierwszych przypadków ataków z ich strony. Cztery lata później atmosfera niepewności i narastającego zagrożenia dotarła także do Jezioran Szlacheckich. Mimo to atak, który nastąpił 19 czerwca 1943 r., był dla mieszkańców zaskoczeniem, bo doszło do niego w biały dzień. Nocą z bronią w ręku pilnowali więc swoich gospodarstw. W dzień odpoczywali po nocnej straży lub pracowali. Ojciec Józefa Sebastiańskiego pracował w polu, kiedy dostrzegł zbliżających się uzbrojonych Ukraińców. Gdy zaczęli do niego strzelać, ukrył się w zbożu, gdzie dołączyła do niego zaalarmowana strzałami żona Helena. – Widzieli, że Ukraińcy zrabowali co się dało z ich domu – opowiada pan Józef. – A resztę spalili na oczach ojca. Został tak, jak stał, w samej koszuli, w byle jakich spodniach i bez butów. Część mieszkańców wsi podjęła walkę z banderowcami. Zginęło jednak kilkadziesiąt osób, pozostałe musiały ratować się ucieczką. Razem z ocalałymi sąsiadami Sebastiańscy schronili się u czeskich kolonistów. Jednak kilka dni później banderowcy postawili Czechom ultimatum: „Albo wydacie nam Polaków, albo czeka was to samo, co ich”. Postanowili przedostać się do Łucka. Podczas nocnej ucieczki banderowcy przypuścili atak na jadących wozami Polaków. Nie wszystkim udało się uciec. Na jednej z jadących z tyłu furmanek była Helena Sebastiańska. Józef nie zobaczył jej już więcej, podobnie jak innych jadących razem z nią osób, które wpadły w ręce banderowców. On sam po dotarciu do Łucka mieszkał na ulicy, spędzając noce w podziemiach katedry. Wśród ofiar rzezi wołyńskiej znalazło się też wielu innych członków jego bliższej i dalszej rodziny. Niektórzy z nich zginęli straszną śmiercią, tak jak brat Józefa, Marian, który został żywcem spalony. Szczególnie przerażające były ostatnie chwile małżeństwa Franciszki i Michała Omańskich liczących sobie odpowiednio 76 i 88 lat. Ukryci w zbożu zostali odnalezieni, a następnie wrzuceni do płonącej stodoły przez banderowców, którzy urządzili sobie przy tym zabawę, grając, śpiewając i tańcząc. Jak zaznacza Henryk Komański, w ataku na Jeziorany nie brał udziału nikt z mieszkających tam Ukraińców. Jedna z ukraińskich rodzin ukrywała później u siebie ocalałego z pogromu Polaka. Licząca ponad 200 mieszkańców polska wieś przestała istnieć. Po zajęciu Łucka przez Armię Czerwoną J. Sebastiański wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego, w którego szeregach przeszedł szlak bojowy aż po Berlin. Po wojnie powtórnie ożenił się. Co ciekawe, jego druga żona była spokrewniona z kosmonautą Mirosławem Hermaszewskim, który jako dziecko niemal cudem ocalał z rzezi wołyńskiej. W okolicach Hrubieszowa, gdzie się najpierw osiedlili, przyszedł na świat ich syn. Zabudowania gospodarstwa, które tam objęli, zostały wcześniej spalone przez oddział UPA. W tamtych stronach ślady terroru banderowców były jeszcze długo widoczne, dlatego po pewnym czasie rodzina zdecydowała się przenieść na Mazowsze, gorąco do tego zachęcana przez najstarszą siostrę Józefa, s. Paschalisę, mniszkę klaryskę kapucynkę z klasztoru w Przasnyszu. To właśnie ona podczas kwesty znalazła dla brata i jego rodziny gospodarstwo w Karwaczu. Pan Józef pieczołowicie gromadzi dokumenty i publikacje poświęcone rzezi wołyńskiej, zwłaszcza te, które dotyczą rodzinnych stron ojca. Nie ma już jego Jezioran Szlacheckich i sąsiednich polskich wsi, tak jak nie ma tamtejszego kościoła parafialnego w Nieświczu, po którym pozostały tylko fundamenty. Nie było też możliwości pochowania pomordowanych, których miejsca spoczynku są do dziś przeważnie nieznane. W intencji zamordowanych na Wołyniu członków rodziny pana Józefa w parafii Chrystusa Zbawiciela w Przasnyszu odprawiane są co pewien czas Msze św.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy