Nowy numer 41/2019 Archiwum

A przecież udałeś się Panu Jezusowi...

Był jednym z najbardziej wyrazistych i niepowtarzalnych księży diecezji płockiej, nie tylko ze względu na wojenne, obozowe przeżycia. W nim, jak mówią świadkowie, spełniło się niezwykłe człowieczeństwo.

Minęło 25 lat od śmierci ks. Lecha Grabowskiego – kapłana, o którym nie powinien zapomnieć ani Płock, ani diecezjalne muzeum, ani duchowni naszej diecezji.

Jak obronić się przed bolszewikami?

Był człowiekiem solidnie wykształconym, jeszcze w międzywojennej Polsce. Później – bardzo doświadczonym podczas okupacji, zwłaszcza gdy poddawano go pseudonaukowym eksperymentom w obozie koncentracyjnym. Wreszcie – jako człowiek niezwykłej kultury i wrażliwości przez długie lata kierował Muzeum Diecezjalnym, był naukowcem i profesorem płockiego Wyższego Seminarium Duchownego. Oficjalne dokumenty podają, że urodził się na Wołyniu w 1908 r., ale – jak sam prostował – tak naprawdę przyszedł na świat dwa lata wcześniej. Ponieważ był mizernym i niewielkim noworodkiem, rodzice bali się, że gdy stanie się pełnoletni i będzie musiał rozpocząć służbę wojskową w carskim wojsku (a trwała ona kilka lat), to nie przetrwa jej trudów. Do tego jednak nie doszło, bo wybuchła I wojna światowa, a potem rewolucja bolszewicka, która zmusiła rodzinę Grabowskich do opuszczenia Wołynia. Tu – jak opowiadał ks. Grabowski – „jako dziecko obronił dom przed bolszewikami”. W jaki sposób? Kiedyś zrobił w swoim pokoju duży bałagan i rodzice kazali mu posprzątać. On zaczął płakać i buntować się, ale właśnie w tej chwili weszli do domu bolszewicy. I gdy zobaczyli nieporządek, powiedzieli: „Aha, nasi już tu byli”. I poszli sobie. W Płocku młody Lech Grabowski chodził do gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły. W 1928 r. uzyskał maturę i rozpoczął studia na Uniwersytecie Warszawskim. Po ich ukończeniu wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Płocku i w 1938 r. przyjął święcenia kapłańskie z rąk bł. bp. Leona Wetmańskiego. Był wikariuszem w Rypinie, a następnie w płockiej katedrze. Często do Mszy św. ks. Grabowskiemu służył jako ministrant Tadeusz Mazowiecki (będąc premierem, nie zapomniał o swym dawnym ks. prefekcie i odwiedzał go w Muzeum Diecezjalnym). Kontynuował też studia uniwersyteckie, ale zaczęła się wojna.

Siostra, azalie, hostie i wino

Aresztowano go już w listopadzie 1939 r., ale po kilku dniach uwolniono. Ponownie został aresztowany 9 kwietnia 1940 r., wywieziony do Działdowa, następnie do Dachau, Gusen i Maut- hausen. W 1943 r. został poddany pseudonaukowym badaniom w stacji malarycznej przez prof. Klausa Schillinga. Doprowadzony do skrajnego wyczerpania, cudem przeżył. Pozostały wzruszające zapiski świadczące o głębokiej wierze młodego księdza i świadomości uczestnictwa w kapłaństwie Chrystusa: „Porzucam ten świat, kiedyś tak piękny, jakże mi obrzydł z całą swą ograniczonością i kresem. I oto gdy dzięki łasce Twojej do Ciebie, Panie, przybliżam się i w modlitewnym rozważaniu Cię kontempluję, czuję się przy Tobie, ale ogarnąć Cię nie mogę. Wiem, że Ty mi dajesz się, a ja Cię przyjąć i pojąć nie mogę” – napisał 6 sierpnia 1944 roku. Pomocą fizyczną do przetrwania obozu były paczki, które otrzymywał. Zachowała się niewielka kartka, na której ks. Grabowski zapisał wszystkie te osoby, które wspierały go w obozie. Dopisał też zdanie: „Ci, którym jestem do śmierci wdzięczny za uratowanie od śmierci głodowej”. Za nich modlił się każdego dnia i poświęcał im każdy piątek. Do tej obozowej historii warto dodać pewien wątek, o którym opowiada ks. Andrzej Leleń z Płocka. W latach 80. spotkał on w Niemczech s. Immę Mack, która do zakonu wstąpiła w czasie wojny. Swoje wspomnienia z tamtego czasu spisała w niewielkiej książce „Dlaczego kocham azalie?”. Otóż siostra w czasie wojny miała kontakt z polskimi księżmi z obozu koncentracyjnego w Dachau. Więźniowie pracowali na polach, na których rosły azalie. Siostra przyjeżdżała po te kwiaty rowerem, ale przy okazji przemycała dla księży materię do sprawowania Mszy św.: hostie i wino. Umówionym miejscem spotkań było właśnie pole azalii. – Opowiedziałem tej siostrze o moim profesorze z seminarium. Nazwisko nic jej nie mówiło. Ks. Grabowski jednak w rozmowie potwierdził mi, że była taka siostra, azalie, hostie i wino... – wspomina ks. Andrzej Leleń. Trzeba wspomnieć wreszcie o matce ks. Grabowskiego, która miała ogromny wpływ na syna kapłana, a w czasie wojny podzieliła również jego los i była więziona w Ravensbrück. Wojnę przeżyła, w czerwcu 1945 r. spotkała się ze swoim synem. Powoli zaczynała odzyskiwać siły i zdrowie, ale nie na długo. Zmarła na rękach ks. Grabowskiego 1 listopada 1945 roku. „Matka moja, która była jedyną najsilniejszą więzią łączącą mnie z tym światem, zmarła po kilkutygodniowych silnych cierpieniach” – napisał w liście do ks. prał. Stanisława Figielskiego, który po męczeńskiej śmierci abp. Nowowiejskiego zarządzał diecezją płocką.

Muzeum, dłużnicy i paczki

Człowiek z taką biografią, a jednocześnie solidnym wykształceniem i wrażliwy, po latach leczenia i studiów we Francji, w 1958 r. wrócił do Płocka. Został dyrektorem Muzeum Diecezjalnego w Płocku. – Kochał muzeum, które było też jego domem. On dofinansowywał jego funkcjonowanie ze swojej obozowej renty. Uważał, że wszystko, każdy detal na stałej ekspozycji muzeum jest tak przemyślany i cenny, że nic nie powinno się zmieniać – opowiada ks. Stefan Cegłowski, który był uczniem ks. Grabowskiego. Każdy, kto dziś wejdzie do „Starego Muzeum” na Wzgórzu Tumskim, co krok może wyczuć tego „ducha” ks. Grabowskiego. Do dziś na drzwiach wejściowych jest przytwierdzona tabliczka z napisem: „Dokładne i ciche zamykanie drzwi wcale nie jest trudne dla dzielnego człowieka”. A idąc dalej, na I piętro, kolejna tabliczka: „W świątyni sztuki kultura milczenia”. I dalej jeszcze: „Oremus. Silentium sacrum”. Cały ks. Grabowski... – Miał wieki szacunek dla księży, którzy budowali kościoły. Wspierał ich finansowo. Ale byli też tacy, księża i świeccy, którzy przychodzili do ks. Grabowskiego, prosząc o pomoc finansową. On pomagał, a jednocześnie w swej skrupulatności wszystko zapisywał. Po śmierci znaleźliśmy tę „listę dłużników” z dopiskiem ks. Grabowskiego: „Wszystkim z serca darowałem”. A ubrania, które po nim pozostały, zawsze czyste i schludne, były jednak już tak zużyte i cerowane, że nadawały się praktycznie do spalenia – wspomina ks. Cegłowski. Przez wiele lat był kapelanem sióstr służek w domu zakonnym przy ul. Kościuszki. Ale ten stosunkowo niedługi odcinek drogi do przejścia zajmował czasami ks. Grabowskiemu wiele czasu, bo ciągle ktoś go prosił o pomoc i wsparcie. Bardzo przeżył kradzież w muzeum. – Gdy schwytano złodzieja i odzyskano zabrane eksponaty, winnego osadzono w płockim więzieniu. Co ciekawe, poprosił on ks. prałata o paczki żywnościowe. A ksiądz je przesyłał – dodaje ks. Cegłowski. Cały ks. Grabowski...

Jesteś różą

Na którymś wykładzie z religioznawstwa tak mówił do kleryków: „Wiele nauk zajmuje się człowiekiem. Badają go z różnych stron. Jedni badają kości, drudzy duszę, trzeci jeszcze coś innego. A z człowiekiem jest jak z różą. Czym jest róża? Odpowiedzi jest wiele. Może to być kwiat złożony z łodygi i z kielicha, może być czerwona, biała... Może mieć kolce, ma korzenie, gdy rośnie... To są tylko definicje, one nie są różą. One nie oddają tego, czym jest róża, że jest królową kwiatów. Gdy patrzymy na nią, to nie myślimy o tych definicjach. Kiedy odbierasz ją jak różę, widzisz jej piękno i się nią zachwycasz... Podobnie jest z człowiekiem”. – Zapamiętałem takie słowa z jego wykładu: „Co to znaczy kochać? Miłość nie jest tylko uczuciem i zadowoleniem, ale aktem woli i rozumu, który pomaga w dobrym postępowaniu przez całe życie”. Kiedy czasem byłem zmartwiony, pytał mnie: dlaczego chodzisz zatroskany, jakbyś chciał powiedzieć, że się Panu Jezusowi nie udałeś, a przecież nie jest to prawdą – wspomina ks. Cegłowski. – W tym wszystkim, co przeżył, był wielkim humanistą, zatroskanym o każdego, szukający dobra w każdym, szanujący każdego, kogo spotykał. Niezwykłe było jego człowieczeństwo – wspomina jego bliski współpracownik i następca w kierowaniu muzeum, ks. Bronisław Gwiazda. Wymowny jest tytuł książki ks. Grabowskiego „Wielki Nieznany”. I chociaż jest to zarys religioznawstwa, używany dawniej jako podręcznik w studiach seminaryjnych, to jest on również wyznaniem, które czynił ten kapłan już od czasów obozowych. Wtedy w 1944 r. pisał m.in.: „Nadeszła chwila moja. Całym sercem i umysłem moim tęsknię za Tobą, Boże, Panie mój. Czym bardziej Cię poznaję, tym bardziej Cię pragnę i czuję się nienasycony”. A swoją książkę kończy wyznaniem: „Święty Boże, tak wciąż jesteś dogłębnie wszechobecny, że przyzwyczajeni do tego, tak łatwo o Tobie zapominamy. Ty tak dyskretnie działasz w nas, że dla tego, kto nie chce tego w sobie zauważyć, wydajesz się całkowicie bezczynny. Tyś jest tak nieskończenie miłujący, że umiesz wciąż czekać na tego, kto względem Ciebie dopuszcza się nawet największego bluźnierstwa, zaprzeczając Twemu istnieniu. Bądź więc uwielbiony przynajmniej całą naszą wiecznością. Albowiem nieskończoność wielbienia jest nam niedostępna. Nieskończenie Święty!”.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL