Nowy numer 42/2018 Archiwum

Ci, co pilnują światła

Unikatowa tradycja ręcznego odlewania gromnic trwa tu od niemal 90 lat. W tym roku jej kontynuatorzy przygotowali kolejne 59 sztuk.

Tyle jest haczyków na metalowej, mocno już powyginanej obręczy, która podobno jest używana od momentu, gdy w podpłockiej parafii św. Jadwigi Królowej w Starej Białej zrodziła się ta tradycja. Każdego roku przed świętem Matki Boskiej Gromnicznej grupa mężczyzn – bractewnych – spotyka się na laniu świec. Ich wyrób jest rozpoznawalny – to długie, mierzące nawet do 80 cm świece o stożkowatym kształcie, w ciemnozłotym lub lekko brunatnym kolorze.

Głównym materiałem jest wosk pszczeli (świeży lub używany, czyli tzw. chrust woskowy), ale zdarzały się „chude lata”, gdy i tego brakowało. Ich świadectwem są zachowane dwie czerwone, „komunistyczne” – jak je żartobliwie nazywają – świece. Jak wspomina Józef Kłodawski, jeden z najstarszych bractewnych, ówczesny proboszcz ks. Antoni Podleś kupił jakieś tworzywo. – To było obrzydliwe, nie paliło się dobrze, tylko farbowało ludziom ręce – mówi.

Pozostałe świece, dzięki domieszkom, też nieznacznie się różnią odcieniem, bo bractewni trochę eksperymentowali. – Wcześniej robiliśmy świece tak, że warstwę czystego, jasnego wosku dawaliśmy na końcu. Jednak gdy przy oblewaniu świec wpada zimne powietrze, to one pękają, dlatego daliśmy sobie z tym spokój – mówią mężczyźni, kontynuujący tradycję w Starej Białej.

Technika może wydawać się prosta. Na obręczy z haczykami, zawieszonej pod sufitem, umieszczają 59 długich knotów, usztywnionych jedną, cienką warstwą wosku. Dwóch mężczyzn, przesuwając powoli koło, miarowo polewa każdy z knotów woskową masą, której resztki spływają do metalowej wanienki, umieszczonej w większym pojemniku z gorącą wodą. Trzeba jednak uważać, aby za każdym razem pokryć knot kolejną, pełną warstwą, oraz żeby wosk był wystarczająco gorący. To spory wysiłek, dlatego przy tej czynności muszą się wymieniać.

Inni bractewni pilnują paleniska. Materiał do lania świec jest bowiem cały czas podgrzewany w garnkach na węglowej kuchni. Tu chodzi zarówno o temperaturę, jak i bezpieczeństwo – wszędzie jest materiał łatwopalny.

– Nie wiemy, ile jest warstw, nigdy nie liczyliśmy – przyznaje pan Józef. Na pewno jest ich sporo, a cały proces trwa kilka godzin. Na końcu trzeba poprzycinać świece i oczyścić naczynia.

Tradycja ze Starej Białej jest unikatowa w naszej diecezji i na Mazowsza, ale pewnie jest też rzadkością w skali kraju. Regionaliści i etnografowie patrzą na nią z wielkim zainteresowaniem jako na ludową tradycję o charakterze obrzędowym, która ma swój konkretny czas i miejsce akcji. – W tym roku otrzymaliśmy zaproszenie z Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu – mówi Józef Kłodawski.

Bractewni mają jednak konkretną rolę w parafii. Nie tylko wyrabiają świece, ale też „pilnują światła” w kościele, podczas Mszy św. Kiedyś zapalali świece i na niemal całą liturgię kryli się zakrystii. – To nie było dobre – przyznaje pan Józef. – Za ks. Janusza Zdunkiewicza zostało to zmienione. Teraz ubieramy się w komże i jesteśmy w prezbiterium przez całą Mszę św. – dodaje. – Jesteśmy takimi „ministrantami z odzysku” – śmieją się panowie.

Ich świece, gromnice zapalane są podczas Mszy św. niedzielnych, świątecznych, na procesji rezurekcyjnej i Bożego Ciała. Jeszcze nie tak dawno z płonącymi świecami odprowadzano na cmentarz zmarłych. – Ale potem trzeba było odnosić te świece do kościoła, a ludziom się nie chciało, i ten zwyczaj zaginął – mówią.

Kto tworzył historię bractewnych ze Starej Białej? Padają nazwiska: Portalski, Kłodawski, Pankowski, dwóch Pachów, Adamczyk, Mielczarek, Nowak... Obecnie są w tej grupie: Józef Mielczarek (najstarszy, 50 lat w bractwie), Józef Kłodawski (ok. 40 lat w bractwie), Jan Kocięda, Bogdan Bartold, Czesław Szwech, Józef Daniszewski, Wiesław Kaczmarek, Roman Piotrowski. Kilka lat temu jeden z bractewnych zmarł „na służbie”, przy ołtarzu, zapalając świece podczas świątecznej Mszy św.

– Dla mnie to jest zaszczyt, że jestem bractewnym – mówi Jan Kocięda, skarbnik. Początkowo jednak trudno było go namówić. – Nie chciał o tym słyszeć. Byliśmy jednak z pielgrzymką na Jasnej Górze. Ksiądz szykował się do Mszy św., myśmy założyli komeżki, otwarły się drzwi i... wszedł Jasiek. Matka Boża go powołała – śmieje się Józef Kłodawski.

Bractewni czekają na kolejne takie „powołania”. – Jest nas coraz mniej, a ludzie nie chcą. Boją się obowiązku, a tu żadnego obowiązku nie ma. Na Mszę św. w niedziele czy święta i tak się przychodzi do kościoła – mówią. – Czemu tu się dziwić, jak coraz mniej ludzi w ogóle jest na Eucharystii... – mówi pan Józef.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy