Nowy numer 38/2018 Archiwum

Gdy boli, tulę się do Jezusa i Maryi

Ks. Cezary Siemiński, proboszcz parafii Obryte, od kilku miesięcy zmaga się z chorobą nowotworową. Jego świadectwo może być światłem i umocnieniem dla chorych i zdrowych, dla świeckich i kapłanów.

Agnieszka Otłowska: Ksiądz jest bardzo pogodny i często się uśmiecha, także w chorobie. Skąd bierze się ten optymizm?

ks. Cezary Siemiński: To taki dar od Pana Boga – dał mi taką naturę, żebym wszystko postrzegał pozytywnie. Widzę, że jest On obecny we wszystkim; w tym, co po ludzku dobre, ale także w tym, co po ludzku złe. Ta Jego obecność i bliskość skłaniają mnie do takiej, mimo wszystko optymistycznej, akceptacji rzeczywistości.

Czy ta pogoda ducha to próba „samoobrony” przed trudnymi wieściami od lekarza? Czy to chwytanie się, wbrew wszystkiemu, nadziei? Czy to wiara, że będąc w rękach lekarzy, jest się przede wszystkim w ręku Pana Boga?

Otrzymałem taką łaskę, aby od początku choroby – a stało się to niespodziewanie – nie załamywać się. Czułem wtedy wielką obecność Pana Boga, że On w tym jest, że dopuścił do mnie tę chorobę, że dał mi ją po coś – widocznie jest mi to potrzebne. A skoro potrzebne, to zacząłem dziękować Panu Bogu za ten krzyż, bo wierzę, że tu chodzi o to, aby mnie uratować i duchowo oczyścić. Gdy przez pół roku byłem w szpitalu, każdego dnia dziękowałem za wszystkie łaski, które Bóg daje mi w chorobie. Dziękowałem, wiedząc, że są ludzie, którzy cierpią jeszcze bardziej niż ja. Bardzo mocno wtedy uwierzyłem w słowa Pana Jezusa: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie” i ufałem, że On działa przez lekarzy.

To nie znaczy, że nie miałem obaw. Były chwile zwątpienia, ale wtedy zawierzałem się Maryi: „Matko Boża, zabierz te lęki, ten strach ode mnie, bo ja nie chcę się z tym męczyć. Jezu, Ty zabrałeś moje cierpienie na krzyż i Tobie je oddaję. Niech to przez Ciebie będzie odkupione” – tak się wtedy modliłem. I On zabierał ducha rezygnacji. Ale to dotyczy nie tylko choroby, ale także innych problemów, które nas w życiu spotykają.

Ksiądz, z racji swego powołania, głosił wiele kazań, również o krzyżu i cierpieniu. Ale jest zasadnicza różnica między mówieniem a doświadczaniem. Jakie kazanie powiedziałby Ksiądz dziś chorym o chorobie, cierpieniu i krzyżu?

Pół roku spędzone w szpitalu ze śmiertelną chorobą i wielką niepewnością, co będzie dalej – to bardzo zmienia człowieka. Patrzenie na cierpienie, śmierć i ból mówi mi o mojej bezradności. W takich sytuacjach pocieszanie drażni. Tak to odczuwałem, gdy ktoś do mnie dzwonił i próbował pocieszać. Najgorsze były słowa: „będzie dobrze”. Dla mnie to takie pustosłowie, nic mi to nie dawało. Cierpienie każdy musi przeżywać indywidualnie. O cierpieniu lepiej za dużo nie mówić. Nie wolno „tanio” pocieszać, prześcigać się w dawaniu dobrych rad, bo to niewiele daje.

Wtedy w szpitalu miałem okropny ból, z którym nie potrafiłem sobie poradzić, a kroplówki ze środkami znieczulającymi nie przynosiły ulgi. Wtedy tak bardzo chciałem przytulić się do Jezusa albo Matki Bożej i tak trwać. Nic więcej. Bez żadnych innych gestów modlitewnych. Moja modlitwa była właśnie takim wtuleniem się i niczym więcej. Był to jedyny sposób na przetrwanie tego wszystkiego. Czułem, że w każdej chwili mogę umrzeć. Dochodziły do mnie wiadomości, że moja sytuacja była trudna, a lekarze wątpili, czy w ogóle z tego wyjdę. Jednak dzięki łasce Bożej to wszystko jakoś się poukładało.

Nie mogę powiedzieć, że nie boję się cierpienia. Boję się, bo nie wiem, ile jestem w stanie wytrzymać, gdzie jest ta granica. Wtedy warto prosić o wiarę. Tylko działanie Boże może nam pomóc. Wiara jest łaską. I taką łaskę dał mi Pan również w chorobie, że nie zwątpiłem. Ta choroba, cierpienie i lęk są mi do czegoś potrzebne. Odbieram to jako czyściec już tu, na ziemi, aby potem, po tamtej stronie, było mi lżej. Każde cierpienie i każdy trud – jako czyściec. I to mnie też uspokaja.

W chorobie zmienia się perspektywa życia, następuje jego przewartościowanie. Jak zdrowi powinni podchodzić do ludzi chorych?

Niech nie pocieszają niepotrzebnie, niech nie używają nic nieznaczących słów. Najlepiej towarzyszyć w chorobie, ze spokojem, w ciszy i modlić się. Myślę, że osoba zdrowa przy łóżku osoby chorej powinna doświadczyć pewnej słabości i bezradności, aby otworzyć się na to, co czuje osoba chora. Inaczej jej nie zrozumie. Nie wolno bać się rozmowy z chorymi. Trzeba do nich mówić i umieć milczeć. Warto wtedy poddać się łasce Pana Boga, aby On nas w takiej rozmowie prowadził.

Jak Ksiądz powiedział swoim parafianom o chorobie i jak oni to przyjęli?

Powiedziałem im w czasie ogłoszeń parafialnych i napisałem o tym na profilu face- bookowym parafii. Gdy zamieściłem ten post, nie spodziewałem się, że pojawi się tyle dobrych komentarzy, ciepłych zdań. To były dziesiątki czy wręcz setki dobrych ludzi, którzy modlili się za mnie, towarzyszyli mi. Ludzi, którzy potrafili współczuć, byli ze mną. Na początku choroby doświadczyłem więc, jak ważne jest budowanie wspólnoty ludzkiej. Doświadczyłem ich bliskości i rozmów. Były telefony i wiadomości z diecezji, z Polski, a nawet z Fatimy, Wilna i Ostrej Bramy, bo nawet tam polecali mnie ludzie w czasie pieszej pielgrzymki. To była wielka eksplozja dobra. I tu zrozumiałem, że to doświadczone dobro pozwoliło mi przyjąć moją chorobę jako sensowną.

Co z duchowości nazaretańskiej, bo przecież Ksiądz jest diecezjalnym moderatorem Ruchu Rodzin Nazaretańskich, pomaga w przeżywaniu cierpienia?

Bez wątpienia jest to zaufanie do Matki Bożej. Ona w sposób najdoskonalszy przeszła przez życie, pełniąc wolę Bożą. A teraz chce być blisko nas. Tylko od nas zależy, czy korzystamy z tej pomocy. Ja wierzę, że Matka Boża jednoczy się ze mną i bierze na siebie moje problemy i cierpienia. Nie idę przez życie sam, ale podążam z Nią. Ten maryjny punkt oparcia jest dla mnie potężną ulgą. Szczególnie odczuwałem to wtulenie się w ramiona Matki Bożej w chwilach, gdy nie działały kroplówki. To było jedyne, co mnie wtedy uspokajało i wyciszało. Wtedy szczególnie czułem, jak ból mija. Całe moje kapłaństwo i życie Jej zawdzięczam. Ona mnie nieustannie prowadzi do Jezusa. Czuję Jej płaszcz na moich plecach. Jej obecność szczególnie uwidaczniała się w chwilach przyjmowania sakramentów: Komunii św., spowiedzi, namaszczenia chorych, które w tym czasie trzykrotnie przyjmowałem. W tym była moja siła i umocnienie. Taka dodatkowa kroplówka. Ja tego doświadczyłem, że Pan Bóg daje pokój i łaskę, aby się nie załamać. Dlatego trzeba Mu zawierzyć.


agnieszka.otlowska@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma