Nowy numer 49/2020 Archiwum

Święte szaleństwo

Spotkała cara, Bismarcka, papieża i wielu świętych; w tamtych czasach czyniła niemożliwe dla Jezusa, którego spotkała w klasztorze.

W środę 24 stycznia minie 100 lat od śmierci sługi Bożej Walentyny Łempickiej, pochodzącej z naszej diecezji kandydatki na ołtarze.

I w głowie, i w sercu...

Urodziła się w 1833 r. w Godziszewach należących wtedy do parafii pw. Trójcy Świętej w Rypinie. Dziś to parafia św. Stanisława Kostki. Przyszła na świat w wielodzietnej rodzinie ziemiańskiej prawnika Jana Łempickiego i Wiktorii z Wiercińskich. W domu otrzymała staranne wykształcenie. W wieku młodzieńczym lubiła się bawić i ubierać w wyszukane stroje, ale – jak zaznaczają świadkowie – odznaczała się przy tym szlachetnym charakterem. Gdy miała 22 lata, zmarł nagle, na atak serca, jej ojciec. To zdarzenie bardzo odbiło się na niej, wiele wtedy rozmyślała o kruchości ziemskiego życia. W 1858 r. spotkała słynnego już wówczas kapucyna o. Honorata Koźmińskiego. W wieku 26 lat (w 1859 r.) wstąpiła do zgromadzenia felicjanek w Warszawie i przyjęła imię Maria Bronisława. W klasztorze pełniła obowiązki zakrystianki i kierowniczki zakładu dla dziewcząt z trudną przeszłością, skonfliktowanych z prawem, zwanych wtedy potocznie „magdalenkami”. Ale gdy w 1860 r. w odrębnej części klasztoru 11 felicjanek utworzyło ścisłą klauzurę, s. Bronisława zapragnęła do nich dołączyć. Przełożeni nie wyrazili jednak na to zgody. Uważali, że ze względu na swoją przedsiębiorczość będzie potrzebna w pracy charytatywno-społecznej. W 1862 r. w jednym z listów do spowiednika, o. Honorata, wyraziła swoje pragnienia, pisząc: „Wyznaję, że od czasu, jak zaczęli budować klauzurę, pali mi się ta myśl i w głowie, i w sercu, że ja też w niej będę”. Po upadku powstania styczniowego w 1864 r., gdy carat dokonał kasaty zakonów, siostry zostały przymusowo deportowane z Warszawy do Łowicza. Wtedy część z nich zmuszono do zdjęcia habitów i odejścia do rodzin. Część z nich wyjechała do odradzającego się zgromadzenia w Krakowie. Wyjechała też s. Bronisława. Tam była kwestarką, jeździła m.in. do Belgii i Francji, gdzie zbierała datki na budujący się klasztor w Grodzie Kraka. Wciąż jednak pragnęła klauzurowego życia.

Na co Bóg te ruble dawał?

Po powrocie z zagranicy w 1870 r. s. Łempicka nie zrezygnowała ze starań, aby powstał klasztor sióstr klauzurowych, mimo carskiego zakazu. I choć wszystko wydawało się ryzykowne i nierealne, a siostrę odsyłano od jednego urzędnika carskiego do drugiego, zdobyła się wówczas na rzecz niemożliwą: „Czy to nie ma Boga i Najświętszej Panny?! Jeżeli pan marszałek nie udzieli mi swej protekcji, to ja do cara się dostanę i prośbę swoją podam!”. Siostra Maria Bronisława w cywilnym stroju postanowiła udać się na dwór carski do Petersburga, aby osobiście przekazać prośbę władcy. Wrażenia z tej podróży opisała w październiku w 1870 r. w liście do hrabiny Julii Pusłowskiej: „Dziś w Wilnie nocujemy, zaczynając prośby nasze podawać do najwyższej władzy, to jest do cudownej Pani Ostrobramskiej. Jak tu potwierdzenie otrzymamy, spokojne będziemy, bo to pewna, że Jej wszyscy muszą słuchać i o niższe władze nic się nie trwożymy. Pan Bóg tak mi sypał w końcu pieniędzmi [na tę podróż], że kiedy już dostałam od dobrych znajomych krewnych i przyjaciół 94 ruble na drogę, wtedy przyjeżdża mój brat stryjeczny i daje mi jeszcze 50 rubli – już nie wiedziałam, na co to Bóg dawał”. Dotarłszy do Petersburga s. Bronisława zdecydowała się wręczyć carowi Aleksandrowi II prośbę w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP, czyli 8 grudnia. Dzień ten wybrała, głęboko wierząc, że Maryja zwycięży. Dowiedziała się, że car każdego ranka ma zwyczaj przechadzać się w swoich ogrodach. By rozpoznać cara, kupiła sobie jego fotografię. W przeddzień wydarzenia modliła się żarliwie o Bożą opiekę, w nocy również czuwała na modlitwie. Wreszcie rano 8 grudnia 1870 r. pojechała bryczką w stronę Pałacu Zimowego, siedziby imperatorów Rosji. Podeszła blisko ogrodów carskich. W oddali ujrzała mężczyznę w wojskowym mundurze, podobnego do cara Aleksandra II. Spacerował z wielkim psem, w towarzystwie adiutanta, również ubranego po wojskowemu. Gdy tylko zaczęła biec w kierunku władcy, drogę zagrodził jej adiutant. „Bojąc się stracić tak wspaniałą okazję, jaka się jej nadarzyła, s. Bronisława wymachiwała energicznie trzymaną wysoko prośbą, krzycząc, ile tylko miała sił: »O… o… o… o…!!!«. Krzykiem tym odważna siostra rzeczywiście zwróciła na siebie uwagę władcy. Car zatrzymał się. Zauważyła to i zawołała po francusku: »Jestem Polką!«. »Czegóż więc pani chce?« – zapytał car, również po francusku. »Chciałam waszej cesarskiej wysokości podać osobiście tę oto prośbę« – padła odpowiedź s. Bronisławy. »Proszę ją oddać temu oficerowi« – odpowiedział car z daleka, wskazując ręką na wojskowego, który wcześniej ją zatrzymał. Odważna zakonnica wręczyła oficerowi prośbę, okazując przy tym cyfrę cesarską s. Kolumby Łastowieckiej, kapucynki, absolwentki rosyjskiego Instytutu Maryjskiego. Cyfra to odznaka z metalu, na której w jeden symbol były „związane” pierwsze litery imienia absolwentki oraz cyfra jakiejś ważnej osoby, np. cesarzowej Katarzyny II (E2). Jeśli odznaka była podarowana przez carową, oznaczało to wyraz jej szczególnej łaski. Taką odznakę należało przypinać na ważne wizyty, np. bal w pałacu. Sprawa została więc pomyślnie zakończona. Teraz trzeba było czekać na odpowiedź cara. Przyjmując list, adiutant poinformował siostrę, że skoro car kazał prośbę przyjąć, to znak, że ma on dobrą wolę załatwienia jej pomyślnie.

Cztery nowicjaty

Tak niezwykła była geneza kontemplacyjnego klasztoru sióstr w Przasnyszu. W 1871 r. s. Bronisława mogła już przekazać o. Honoratowi radosną nowinę: „Otóż, mój drogi ojcze, otrzymałyśmy w tych czasach dla naszych sióstr klauzurowych klasztor po bernardynkach w Przasnyszu. Pojmuje to ojciec, co za spokój, co za cisza wśród nawałności największych – zawsze możemy sobie powiedzieć: Pan jest! On z nami, a my w Nim na wieki. Amen”. Była jedną z pierwszych kapucynek w Przasnyszu, ale po kilku miesiącach musiała opuścić klasztor, poszukiwana przez policję carską. Udała się też do Berlina, wręczając osobiście Bismarckowi prośbę o pozwolenie otwarcia klasztoru kapucynek na terenie zaboru pruskiego. To jednak przedsięwzięcie zakończyło się niepowodzeniem. Jak podają jej biografowie, wielokrotnie była zakonspirowaną łączniczką między kapucynami, kapucynkami i felicjankami; kilka razy cudem uniknęła aresztowania. Gdy władze rządowe na terenie Królestwa Polskiego zaczęły zwracać uwagę na jej ożywioną działalność, aby zmylić tropy wroga, przebrała się w ubiór biednej kobiety, a innym razem eleganckiej damy. Ponieważ wokół niej zaczynało się robić niebezpiecznie, za radą o. Honorata i przasnyskiej opatki m. Izabeli Leben- stein wyjechała do Rzymu. Tam, za zezwoleniem papieża Piusa IX, rozpoczęła nowicjat u sióstr Maryi Wynagrodzicielki i w 1873 r. złożyła śluby zakonne jako kapucynka, s. Maria od Najświętszego Serca Jezusa. Nawiązała kontakt ze św. Janem Bosko, założycielem salezjanów, który przyjął ją do rodziny salezjańskiej. W ten sposób stała się chyba jedyną mniszką należącą do niej. Tam poznała również bł. Bronisława Markiewicza, założyciela michalitów. Gdy wróciła do kraju, nie mogła zamieszkać w Przasnyszu, dlatego podjęła się fundacji drugiej siedziby kapucynek na ziemiach polskich – w Kętach. Tam ufundowała klasztor i kościół pw. Trójcy Świętej. Tu nasuwają się skojarzenia z Rypinem oraz z tamtejszym kościołem pw. Trójcy Świętej – jakby sługa Boża chciała duchowo połączyć swoje nowe dzieło z parafią swojego pochodzenia. W Kętach s. Łempicką odwiedził m.in. bł. Michał Rua, pierwszy następca ks. Jana Bosko i przełożony generalny salezjanów. Na południu Polski nie opuszczały s. Łempickiej trudności, bo nie udawało się uzyskać zatwierdzenia przez władze kościelne i austriackie tej nowej wspólnoty. Trzeba było połączenia kęckich kapucynek z franciszkankami Najświętszego Sakramentu aż ze Lwowa. Siostry z Kęt zostały poddane ich władzy. Wtedy też, po raz czwarty w swoim długim zakonnym życiu, rozpoczęła nowicjat zgodnie z wymogami nowego prawa zakonnego. „Z młodzieńczym zapałem i gorliwością przepisywała różne modlitwy i formułki. Z największym podziwem patrzyły siostry, jak ich założycielka spokojnie, bez okazywania najmniejszego niezadowolenia przyjmuje wszelkie zmiany, i mimo że przez 24 lata piastowała urząd przełożonej, jest dla nich wzorem podwładnej”. W klasztorze w Kętach do dziś przechowuje się wspomnienie, że s. Maria od Najświętszego Serca Jezusa wstawała o 3.00 w nocy na adorację Najświętszego Sakramentu.

Przyjdzie Pan Jezus?

W swoim życiu wewnętrznym nie tolerowała namiastek. Głównym przedmiotem kultu była dla niej Trójca Święta. Tak pisała m.in. do bł. o. Honotara Koźmińskiego: „Pan Jezus więcej mnie ukochał niż na to zasłużyłam. O! brakowałoby mi słów na wydziękowanie się za wszystko Panu memu”. „Nie rozumiem starania innego, jak tylko to jedno, aby Panu w sercu swoim nigdy nie przeszkadzać, aby zawsze czuwać czego ode mnie żąda i choćby się skonać miało, wszystko spełnić według woli Jego”. Na początku 1918 r. zachorowała na zapalenie płuc. Życie gasło. Przed śmiercią często się modliła słowami: „Przyjdź, Panie Jezu, przyjdź! Ja Cię tak pragnę. Przyjdź, mój Jezu ukochany. Jakże to długo jeszcze trzeba czekać?! Przyjdź już, Panie Jezu, przyjdź! Kiedy nareszcie Pan przyjdzie?”. Do sióstr, które ją odwiedzały, mówiła: „Tak żyjcie, abyście już tu na ziemi odbyły swój czyściec”. Na kilka godzin przed śmiercią spytała: „Przyjdzie Pan Jezus?”. Jedna z sióstr odpowiedziała: „Przyjdzie, najmilsza matko, przyjdzie”. Chora wyszeptała: „Gotowe serce moje, Boże, gotowe serce moje!”. Zmarła 24 stycznia 1918 roku. 7 lutego 2006 r. rozpoczął się jej proces beatyfikacyjny.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama