Nowy numer 32/2020 Archiwum

Coraz trudniej utrzymać pasieki

Hodowcy tych pożytecznych owadów mówią, że poza miodem liczy się coś jeszcze: sama praca pszczół zapylających i kontakt człowieka z przyrodą.

Wszystkie pszczoły, czy to matki, czy robotnice, zwykle z precyzyjną prawidłowością wykonują swoje zadania. Jednak wiele zależy od czynników zewnętrznych, czyli od pogody, pojawiających się chorób, od doświadczenia hodowców i od, niestety, postępującej chemizacji rolnictwa. To problemy, z którymi mierzą się także hodowcy naszego płocko-ciechanowskiego regionu.

– Zimowla tego roku była dość trudna. Szacujemy, że ten rok przyniesie tylko 60 proc. zbiorów miodu w stosunku do ubiegłych lat. Mieliśmy długą zimę; dopiero po 15 maja pszczoły zaczęły prace w polu, na pożytkach. Na wiosnę część pszczelarzy musiała jeszcze dokarmiać pszczoły – mówi Roman Kluska, prezes Regionalnego Związku Pszczelarzy w Płocku. Kwitnące wiosną żółte połacie rzepaku pod Płockiem są dominującym pożytkiem na tym terenie; podobnie jest w regionie ciechanowskim. I to właśnie miodu rzepakowego nasi pszczelarze pozyskują najwięcej. Jest też miód lipowy, ale ten rok nie był łaskawy dla pozyskiwania nektaru tego drzewa. – Mieliśmy właściwie tylko 3 dni, w których panowały odpowiednie warunki do tego, by pszczoły mogły zbierać nektar – zwraca uwagę pszczelarz z Płocka. – Nie ma praktycznie miodu lipowego i akacjowego, bo kwiaty przemarzły wiosną – przypomina Henryk Krasucki, szef Regionalnego Związku Pszczelarzy Północnego Mazowsza w Ciechanowie. Całkiem niezłe jednak są zbiory miodu rzepakowego, średnio nawet do 20 litrów z ula. Oczywiście, jak przyznają hodowcy pszczół, mówienie o miodzie rzepakowym czy lipowym jest uproszczeniem i oznacza po prostu pewną dominantę. Zwykle są też domieszki składników z innych pożytków. Nie tylko pogoda psuła szyki pszczelarzom. Od lat zmorą dla współczesnych bartników są opryski, stosowane przez rolników w czasie oblotu pszczół. Już w maju Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa Oddział w Płocku wystosowała pismo do okolicznych gmin i powiatów z informacją o warunkach stosowania środków chemicznych do ochrony roślin, by nie zagrażały owadom zapylającym. Chodzi nie tylko o ich rodzaj, ale i czas ich stosowania. Także wiosną apelował o to w lokalnych mediach szef powiatowego koła pszczelarzy w Mławie Jan Rejniak, przypominając, że opryski robione przez rolników w ciągu dnia, a często w samo południe, są zabójcze dla pszczół. – Chemia w rolnictwie to jest przekleństwo dla pszczelarstwa – uważa Roman Kluska. Dlatego ocenia się, paradoksalnie, że miód z pasiek miejskich jest często zdrowszy i czystszy niż ten zbierany na pożytkach wiejskich. – W ogóle, biorąc pod uwagę alergeny, warto spożywać miód z terenu, na którym się żyje, bo został on wyprodukowany z tych samych pyłków, które obecne są w powietrzu – przypomina szef RZP w Płocku. Jakie miody spotkamy w naszej części Mazowsza? Przeważnie wspomniany już rzepakowy, ale także lipowy, akacjowy (np. pozyskiwany w okolicach Gąbina) czy gryczany (mają go m.in. pszczelarze z okolic Mławy). Raczej nie spotkamy tu miodów spadziowych z drzew iglastych ani wrzosowych. W hodowli pszczół nie tylko o miód chodzi. Główną rolą tych owadów jest jednak zapylanie i tym samym wzbogacanie plonów. Większość pszczelarzy na północnym Mazowszu prowadzi pasieki stacjonarne. – W naszym regionie może z 10 proc. to pasieki wędrowne. Mamy ok. 330 zarejestrowanych hodowców i nieco ponad 10 tys. uli. Wydaje się, że pszczelarzy przybywa, ale ja mam wrażenie, że po prostu rejestrują się ci hodowcy, którzy do tej pory nie byli w związku pszczelarskim, a chcą teraz ubiegać się o dopłaty – zwraca uwagę Henryk Krasucki z Ciechanowa. W samym Płocku np. działają dwa duże koła, liczące po 50 osób. Przybywa nowych i młodszych bartników. Napszczelenie bywa jednak nierównomierne. – W gminie Łąck mamy do czynienia z przepszczeleniem, dlatego część hodowców wywozi owady w inne tereny, bo pożytki nie są tu zbyt bogate. Mniej pszczelarzy jest z kolei w gminie Drobin – mówi Roman Kluska. Większość hodowców to hobbyści, pasjonaci, ludzie, którzy często dziedziczyli to zainteresowanie po ojcu, dziadku. Traktują pracę w pasiece jako aktywny wypoczynek i formę kontaktu z przyrodą. Pszczoła to przecież fascynujący owad. Okazuje się też, że jest swoistym barometrem na zmiany ekologiczne i cywilizacyjne. – Mimo że zajmuję się od 40 lat pszczołami, zauważam, że z każdym rokiem coraz trudniej utrzymać pasieki – przyznaje Henryk Krasucki. – Rozmawiamy z kolegami między sobą, że np. zrobiliśmy wszystko jak trzeba, dostosowaliśmy się do wszystkich zasad, a tymczasem pszczoły „zachowały się” inaczej, niż można było się spodziewać. I trudno powiedzieć, co było przyczyną. Dlatego coraz trudniej jest młodym, początkującym pszczelarzom, którzy starają się postępować „książkowo”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama