Nowy numer 46/2018 Archiwum

Droga przemienienia

W sanktuarium w Gietrzwałdzie na malowniczej Warmii swój ślad zostawił rzeźbiarz ze Strzegowa – Jan Stępkowski. Zanim odszedł na „wieczny plener”, wyrzeźbił dla tego miejsca monumentalną drogę krzyżową i stacje różańcowe.

Zaskakująco układała się historia powstania tych dwóch cyklów rzeźb, rozpostartych na gietrzwałdzkich błoniach. Pod koniec lat 90. ubiegłego wieku opiekunowie tego miejsca, księża kanonicy regularni laterańscy, postanowili stworzyć na wzgórzu obok sanktuarium maryjnego plenerowe stacje drogi krzyżowej i powierzyli to dzieło Alfredowi Kotkowskiemu. Jednak niedługo po rozpoczęciu pracy artysta zginął tragicznie w swojej pracowni.

Jego dzieło kontynuował Jan Stępkowski ze Strzegowa. – Najpierw wyrzeźbił stacje drogi krzyżowej, które spodobały się ówczesnemu rektorowi sanktuarium o. Kazimierzowi Brzozowskiemu. Ten zaproponował więc rzeźbiarzowi kontynuację współpracy i wykonanie płaskorzeźb do kapliczek kryjących przedstawienia tajemnic Różańca św. – wyjaśnia Sylwia Powierża z Fundacji Przyjaciół Sanktuarium Matki Bożej Gietrzwałdzkiej. Żona Jana Stępkowskiego, pani Bożena, wspomina, że księża kanonicy znaleźli ich niejako przypadkiem. Pewnego dnia przed ich domem i autorską galerią zatrzymał się samochód. – Jeden z księży, którzy jechał tą trasą z Gietrzwałdu, zobaczył tabliczkę. Mówił później, że rzadko tędy przejeżdżał i miał wrażenie, jakby ktoś go prowadził. Zapukał. Męża w tym momencie nie było, więc ja pokazałam mu rzeźby – opowiada. Prace twórcy ze Strzegowa tak się spodobały, że księża kanonicy wrócili w to miejsce, by złożyć zlecenie. Jednak historia po trosze zatoczyła koło, bo Jan Stępkowski zmarł przedwcześnie 12 marca 2011 r., nie ukończywszy ostatniej płaskorzeźby swojego drugiego cyklu – stacji różańcowych. – Książa kanonicy postanowili jednak, że tak już pozostanie – wspomina pani Bożena. Rzeźby do gietrzwałdzkich kapliczek były największym przedsięwzięciem i wyzwaniem dla Jan Stępkowskiego, a dziś są artystycznym przewodnikiem w modlitwie i kontemplacji tajemnic wiary.

Twarze jak autograf

Podążając dróżkami gietrzwałdzkiej kalwarii, nie zobaczymy tabliczki z informacją o autorze tego monumentalnego cyklu. Są tylko masywne płyty przy kapliczkach z nazwiskami fundatorów – Polaków z całego świata. Wiele to mówi o naturze artysty, który, jak mówią najbliżsi, nigdy nie szukał zaszczytów i laurów. W ostatnim czasie, już chorując, chętniej oddawał się malowaniu, odtwarzając na płótnie dzieła wielkich mistrzów. Powstawały wspaniałe kopie Moneta, Degasa... Tylko dzięki konsekwencji pani Bożeny na niektórych obrazach mąż dopisywał swój autograf. W przypadku drogi krzyżowej przy warmińskim sanktuarium podpisem artysty są już same rysy postaci. – Gdy rzeźbił kobiece twarze, zawsze były piękne i subtelne – uważa Bożena Stępkowska. I takie są właśnie kobiety, które Chrystus spotyka na swojej drodze na Golgotę. Zawsze uderzająco szlachetna, piękna i łagodna jest twarz Chrystusa. Widoczny kontrast tworzą z nią żołdacy, z fizjonomią naznaczoną jakąś sadystyczną radością i pustką. – Mimo że mąż robił już drogi krzyżowe, to nigdy nie były to tak duże rzeźby. Dlatego szukał wzorców. Pojechaliśmy z tą myślą na Jasną Górę i do Lichenia, by przyjrzeć się tam stacjom dróg krzyżowych. Mąż nie tworzył rysunków, ale małe modele z gipsu. Nikt by chyba nie uwierzył, ale on rzeźbił dużą pracę w tydzień, góra dwa – wspomina pani Bożena. Droga krzyżowa dla Gietrzwałdu zajęła mu nieco ponad 2 lata. Kolejne rzeźby do kapliczek autorstwa Marcina Dutki z Warszawy tworzył w przydomowym ogródku, wtedy jeszcze przy ruchliwej „siódemce”. Pani Bożena przyznaje, że nie pamięta zbyt wielu szczegółów z tego czasu; bo to było całkiem naturalne, że mąż tuż obok pracuje nad kolejnym zleceniem. – Starałam się mu nie przeszkadzać. On cały czas  myślał o tej drodze krzyżowej, bo to było dla niego wielkie wyzwanie – opowiada żona. Czasem przyglądała się przywiezionej niedużo wcześniej bryle kamienia, zastanawiając się, od czego można zacząć. Potem patrzyła, jak mąż odcina piłą niepotrzebne fragmenty materiału, a potem w końcowej fazie wygładza je szlifierką i wykuwa dłutkiem detale, szczególnie twarzy, by były piękne i subtelne. – Zawsze bałam się o niego, gdy pracował z piłą. Gdy się zaangażował, to bezpieczeństwo schodziło na dalszy plan – opowiada.

Sztuka zwyciężyła

Patrząc na rzeźby, czy te z gietrzwałdzkiej kalwarii, czy na inne prace, jakie pozostawił po sobie Jan Stępkowski, trudno uwierzyć, że jego pierwszy wyuczony zawód, z którym miał związać swoje życie, był zgoła odmienny. Miał kontynuować tradycje rodzinne w gospodarstwie rolnym, zajmując się hodowlą trzody chlewnej. – Chciał iść do szkoły przyteatralnej w Warszawie, ale takie były czasy, że nikt na wsi nie traktował wtedy poważnie marzeń o sztuce. Ukończył więc Technikum Przetwórstwa Mięsnego w Mławie, a później pracował w wyuczonym zawodzie w zakładach mięsnych w Olsztynie i Ostródzie. Nienawidził tego zajęcia, ale nie było wyjścia – wspomina żona. Jednak swojej pasji, którą miał od dziecka, nie zarzucił. – Dostaliśmy małe mieszkanie w Ostródzie, i tam, w łazience, tworzył swoje pierwsze prace. Mnie to bardzo cieszyło, bo nie wiedziałam, że on ma taki talent – dodaje żona artysty. Na początku powstawały niewielkie przedmioty użytkowe w drewnie, np. świeczniki. Jan Stępkowski sprzedawał z powodzeniem swoje prace w Ostródzie; kupowali je często turyści. Pod koniec lat 70. XX w. małżeństwo wróciło do Strzegowa, i tam zaczęła się na dobre przygoda z rzeźbą. Pan Jan zaczął tworzyć w materiałach trwalszych: w wapieniu, marmurze, granicie. Od lat 90. sztuka stała się dla Jana Stępkowskiego głównym źródłem utrzymania, a on sam wszedł formalnie w środowisko artystyczne, m.in. stając się członkiem, a później wiceprezesem Klubu Pracy Twórczej przy Wojewódzkim Domu Kultury w Ciechanowie oraz Związku Artystów Polskich w Warszawie. Studiował też w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, ale – jak mówi pani Bożena – czuł, że te zajęcia są dla niego jałowe. – „Papier” nie był mu potrzebny. Chciał po prostu tworzyć. Kiedyś usłyszał opinię od jednego z profesorów sztuk pięknych w Warszawie, że studia nie są mu potrzebne, bo ma swój styl.

Pozostawiony ból

Ten osobisty styl zapewnił Janowi Stępkowskiemu popularność i stworzył popyt na jego prace. Niewielka ich reprezentacja pozostała w minigalerii i w ogrodzie przy domu artysty. Stworzył m.in. popiersia wielkich Polaków dla Amerykańskiego Centrum Kultury w Waszyngtonie, niezliczoną liczbę realizacji tematów sakralnych, jak drogi krzyżowe, figury świętych w Polsce i za granicą. Niezliczoną, bo – jak przyznaje Bożena Stępkowska – nie katalogował swoich prac. Pokazywał je na wystawach m.in. w warszawskiej Starej Pomarańczarni, Płocku, Ciechanowie, Mławie, w niemieckim Haldensleben, amerykańskim Portland, uczestniczył w wielu plenerach w Polsce i za granicą, zdobywał wyróżnienia w przeglądach twórczości nieprofesjonalnej. Jest autorem wielu pomników w naszej diecezji oraz rzeźb sakralnych w kościołach w Polsce, Anglii i Kanadzie. Jego marmurowe rzeźby zdobią Ośrodek Olimpijski w Cetniewie i Ogród Botaniczny w Powsinie. W tym dorobku rzeźby dla sanktuarium w Gietrzwałdzie – miejsca objawień Matki Bożej w 1877 r., są wyjątkowym, bo najbardziej monumentalnym dziełem. – Teraz jeżdżę tam co roku, zwykle w tygodniu, gdy nie ma zbyt wielu pielgrzymów... – mówi ze wzruszeniem pani Bożena, bo odżywają wspomnienia, gdy bywała tam z mężem. Dla wielu pielgrzymów i rekolektantów to także wyjątkowe miejsce. – Zawsze nasze spotkania w Gietrzwałdzie zaczynamy od nabożeństwa Drogi Krzyżowej na błoniach. Dla naszego środowiska to szczególna modlitwa, w której możemy łączyć bolączki, cierpienia, trudności z męką Chrystusa – mówią Karol i Iwona, małżeństwo z Gostynina ze Wspólnoty Rodzin Katolickich z Problemem Alkoholowym. To właśnie w Gietrzwałdzie, na Warmii, wówczas pod panowaniem pruskim, Matka Boża, przemawiając po polsku, nie tylko zachęcała usilnie do odmawiania Różańca, ale też ostrzegała przed nałogiem pijaństwa. Do Gietrzwałdu pokierował rodziny ze wspomnianej wspólnoty papież Jan Paweł II. – Naszą modlitwę rozpoczynamy przy źródełku i idziemy w górę, od stacji do stacji. To podchodzenie pod górę, męka Pańska ukazana w rzeźbach i rozważania robią wielkie wrażenie, szczególnie na tych, którzy idą pierwszy raz. Mamy takie doświadczenie, że gdy już schodzimy, to tak jakbyśmy coś tam, przy tych kapliczkach, zostawili. Jakbyśmy byli innymi ludźmi. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy